Strona:Mark Twain - Pretendent z Ameryki.djvu/39

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


czułby się pochlebiony pochwałą jakiejś księżniczki. Jest to pomysł tak groteskowy, że paraliżuje wprost wyobraźnię. A jednak temu Merunonowi pochlebiło uznanie takiej figurynki.
— Sam się do tego przyznaje! System, który prowadzi do tego, iż Bóg zapomina o swoich boskich atrybutach i pozwala na ich profanację, jest zły i zasługuje na zniszczenie. Oto moje zdanie.
Wspomnienie Darwina wprowadziło dyskusję na tory literackie, a temat ten tak rozentuzjazmował pana Barrow, iż zdjął marynarkę, żeby czuć się zwobodniej i wygodniej. Mówił też tak długo, aż hałaśliwi właściciele izby weszli wesoło jak skowronki i zaczęli się czyścić, myć, oporządzać i czynić inne temu podobne rzeczy. Przewlókł jeszcze chwilkę, i ofiarował Tracy swój pokój i bibljotekę, poczem zadał mu kilka pytań natury osobistej:
— Jaki jest pański zawód?
— Nazywają mię cowboy’em; ale to niesłusznie. Nie jestem nim. Nie mam żadnego zawodu.
— A co pan robi, żeby się utrzymać?
— Wszystko — to znaczy chętnie podjąłbym się wszystkiego, co mógłbym dostać; ale dotychczas nie znalazłem jeszcze zajęcia.
— Może być, że będę mógł wam pomódz; spróbuję.
— Będę niezmiernie rad. Ja sam próbowałem aż do znużenia...
— No, człowiek bez określonego zawodu nie ma wiele do roboty w tym kraju. Widzę, że powinniście byli mniej uczyć się na książkach, a więcej o zdobyciu chleba i masła. Nie wiem, o czem myślał wasz ojciec. Powinniście byli mieć zawód w ręku, jakikolwiek zawód — za wszelką cenę. Ale nie martwcie się tem. Już tam coś znajdziemy — jestem przekonany. I nie tęsknijcie za domem, to zły interes. Jeszcze o tem pomówimy i rozejrzymy się. Niedługo wybrniecie z kłopotów. Czekajcie na mnie — zejdę z wami na kolację!
Tymczasem Tracy zdążył zbudzić w sobie bardzo przyjazne uczucie dla pana Barrow. Był zadowolony z towarzyszów, i było mu lżej na sercu, niż przedtem. Zaciekawiło go również, jaki to zawód umożliwił panu Barrow taką szeroką znajomość z książkami i pozostawiał mu tyle czasu na czytanie.


ROZDZIAŁ XII

Nagle na dole rozległ się dźwięk dzwonu, wzywającego na kolację. Stopniowo wznosił się on ku górze, potężniejąc w miarę przenikania na wyższe piętra. Im wyżej się podnosił, tem groźniejszy stawał się ów dźwięk, aż wreszcie pochłonął go hałas i szum, czyniony przez lawinę stołowników, biegnących po niepokrytych dywanem schodach. Parowie nie w ten sposób udają się na posiłek. Wychowanie Tracy nie nauczyło go rozkoszować się ową wesołą zwierzęcą wrzawą i zapałem. Przyznawał, że w tym niezwykłym wybuchu instynktów zwierzęcych było coś, do czgo będzie musiał przywyknąć, nim się z tem pogodzi. Niewątpliwie z czasem będzie mu się to podobało, wolałby jednak, iżby proces odbywał się stopniowo, nie tak nagle i głośno. Barrow i Tracy szli lawiną, wśród rosnącego wciąż i coraz bardziej napastliwego smrodu nieboszczki kapusty i pokrewnych woni; woni, których nie znajdziesz nigdzie, za wyjątkiem tanich prywatnych jadłodajni; woni, których nikt nie jest w stanie zapomnieć, skoro raz się z niemi spotka; woni, które poznaje się w kilkanaście lat później — nigdy jednak z przyjemnością. Dla Tracy zapachy te były straszne, duszące, nieznośne. Ale zachowywał spokój i nic nie mówił. Doszedłszy na parter, weszli do dużej jadalni, w której trzydzieści pięć lub czterdzieści osób siedziało przy stołach. Zajęli swoje miejsca. Uczta już się zaczęła, a rozmowa płynęła żwawo, od jednego końca do drugiego. Obrus był bardzo szorstki, poplamiony kawą i tłuszczem. Noże i widelce żelazne, z kościaną oprawą, łyżki zdawały się z żelaza, z blachy, czy czegoś w tym rodzaju. Filiżanki do kawy i herbaty były z najpospolitszej i najmocniejszej glinki. Cała zastawa stołu — z rodzaju najtańszych i najcięższych. Obok talerza każdego stołownika leżała gruba kromka chleba, i jasnem było, iż je ją uważnie, niespodziewając się, że mu podwoją. Wzdłuż stołu ustawione były maselniczki, na odległość ramienia siedzących, brakowało jednak pojedynczych porcyj masła. Być może, iż masło byłu świeże i dobrze przechowane, posiadało jednak więcej „bukietu“ niż potrzeba — nikt jednak nie zastanawiał się nad tym faktem, ani nie zdawał się nim niepokoić.
Głównem daniem była nędzna potrawka