Pretendent z Ameryki/XI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Mark Twain
Tytuł Pretendent z Ameryki
Data wydania 1926
Wydawnictwo E. Wende i Spółka
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz J. P.
Tytuł orygin. The American Claimant
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI


ROZDZIAŁ XI

Przez parę pierwszych dni wbijał sobie w mózg fakt, iż przybył do kraju, w którym dla każdego jest „chleb i praca”. Ułożył to sobie w piosenkę i nucił dla ułatwienia. Ale z biegiem czasu sam fakt zaczął mieć wygląd wątpliwy, zaś piosenka stawała się nużąca, potem nagle urwała się i zamilkła. Pierwszą jego próbą było zdobycie posady w jednym z departamentów, gdzie oxfordzkie wykształcenie mogło wchodzić w grę i pomóc. Ale nigdzie nie znalazł szczęścia. Kompetencja nie była żadną rekomendacją; „plecy polityczne” bez kompetencji warte były trzy razy tyle. Wyglądał na anglika, a to z konieczności świadczyło przeciwko niemu w kraju, w którym oba wrogie sobie stronnictwa walczyły o sprawę irlandzką; modląc się za nią w górnych piętrach domu i przeklinając w piwnicach. Z ubrania był cowboyem. To mu zyskiwało szacunek, ale nie posadę. Ale w chwili podniecenia postanowił, że będzie nosił ten strój, dopóki właściciel lub który z jego przyjaciół nie spostrzeże go i nie zażąda zwrotu pieniędzy, i sumienie nie pozwalało mu teraz niespełnić tego postanowienia.
W końcu tygodnia rzeczy zaczęły przybierać raczej zatrważający obrót. Biegał wszędzie za pracą, stopniowo obniżał swoje żądania; zdawało się, iż dopraszał się o każdą pracę, jaką człowiek, nie mający specjalności w ręku, łudzi się, że wykonać może — za wyjątkiem kopania kanałów i innych robót ziemnych — a nie zdobył ani pracy, ani nawet obietnicy.
Mechanicznie przewracał kartki dziennika i oczy jego zatrzymały się na słowach, zapisanych bezpośrednio po pożarze:
„Nie podejrzewałem w sobie nigdy tyle siły życiowej, w którą niktby teraz nie wątpił, widząc, jak mieszkam, i uświadamiając sobie, że nie czuję wstrętu do tych dzielnic i czuję się tu zadowolony, jak pies, który się znalazł w podobnej do tego psiarni. Opłata 25 dolarów tygodniowo. Powiedziałem, że zacznę od początku. Dotrzymałem słowa”.
Dreszcz go przeszył. Zawołał:
— O czem ja myślałem? To ma być początek?!... Zbałamuciłem cały tydzień, a te okropne wydatki rosną i rosną! Muszę skończyć to szaleństwo!
Wyszedł natychmiast na poszukiwanie tańszego lokum. Musiał chodzić długo i daleko, ale znalazł wreszcie. Kazali mu z góry zapłacić — cztery i pół dolara. To mu gwarantowało łóżko i jedzenie na tydzień. Poczciwa, zapracowana gospodyni zaprowadziła go na trzecie piętro i pokazała jego pokój. Były tam dwa łóżka podwójne, i jedno pojedyńcze. Pozwolono mu — bez osobnej dopłaty — spać samemu w jednym z podwójnych łóżek, dopóki nie zgłosi się nowy mieszkaniec.
A więc może będzie musiał spać z kimś! Ta myśl przyprawiała go o mdłości. Mrs. Marsh, gospodyni, nastrojona była przyjaźnie i wyraziła nadzieję, że polubi jej dom — wszyscy go lubią, powiedziała.
— To bardzo mili chłopcy. Widzi pan, ten pokój łączy się z tamtym w głębi, więc czasami wszyscy siedzą w jednym, a czasami w drugim. W gorące noce sypiają na dachu. Idą tam, jak tylko jest ciepło. Jeżeli pan chce, może pan tam iść i zająć miejsce. Znajdzie pan kredę około komina, tam, gdzie brakuje jednej cegły. Weźmie pan kredę i — oczywiście, robił pan to już nieraz?
— O nie!
— Oczywiście — co mi przychodzi do głowy?! Dość jest miejsca na prerjach. Kreda jest zbyteczna! Otóż zakreśli pan sobie kredą miejsce jeszcze niezajęte, i to jest pańskie miejsce. Pan i pański towarzysz łóżka wnosicie sobie materace i poduszki razem na górę, albo jeden je wnosi, a drugi znosi. Polubi pan tych chłopców — są bardzo towarzyscy — za wyjątkiem drukarza. On jeden śpi w pojedyńczem łóżku. Okropny dziwak. O, wyobrażam sobie, że nie możnaby go było zmusić do spania z kimś w jednem łóżku, nawet gdyby dom się palił. Myśli pan, że mówię na wiatr? Nie, ja wiem! Chłopcy zrobili z nim kiedyś próbę. Pewnej nocy wynieśli jego łóżko, a kiedy wrócił o trzeciej w nocy — pracował wtedy w porannem piśmie, ale teraz jest w wieczornem — nie miał innego legowiska, jak tylko z odlewaczem żelaza. Czy pan uwierzy? Całą noc przesiedział na krześle, caluteńką! Chłopcy mówili, że to pyszałek; ale chyba nie. To anglik, a anglicy są tak okropnie dziwaczni. Pan się nie gniewa, że to mówię. Czy i pan jest anglikiem?
— Tak.
— Ja też myślałam. Odgadłam to ze sposobu, w jaki pan wymawia niektóre wyrazy. Naprzykład mówi pan mięso zamiast mnięso, ale z czasem oduczy się pan tego. Tamto z kościami poczciwy chłopak, przyjaźni się trochę z pomocnikiem fotografa, z kowalem, który pracuje w porcie, i z dychtownikiem, ale z innymi to nie. Faktem jest — ale mówię to panu w zaufaniu, bo inni tego nie wiedzą — że należy właściwie do arystokracji, bo jego ojciec był lekarzem — pan wie, jakiego to stylu ludzie tam u was w Anglji, mówią, bo u nas to i doktór niewiele znaczy, chociaż i jest tym doktorem. Ale u nich naturalnie, wszystko jest inaczej. Ten smarkacz miał zajście z ojcem, a że był dumny, więc wyrwał do nas, gdzie przekonał się, że albo musi znaleźć robotę, albo umrzeć z głodu. Skończył kolegjum, widzi pan, i myślał że to wystarczy. Czy pan co mówił?
— Nie — westchnąłem sobie.
— I tu się pomylił. Prawie umierał z głodu i byłby umarł, przypuszczam, gdyby nie zlitował się nad nim jakiś zecer czy ktoś w tym rodzaju i nie wziął go na naukę. A więc nauczył się rzemiosła — i wszystko w porządku — ale to bardzo specjalny zawód. Co panu jest! czy moja gadanina?...
— Ach nie! Proszę niech pani mówi. Słucham z przyjemnością!
— No, więc widzi pan, jest on tu u mnie już dziesięć lat; ma już dwadzieścia osiem lat teraz, ale w duszy nie jest zadowolony, bo nie może zżyć się z myślą, iż jest mechanikiem, i musi żyć z mechanikami, bo mówi do mnie, że jest dżentelmenem, co znaczy, że tamci chłopcy nie są dżentelmenami. Ale ja wiem dobrze, że taką prawdę chowa się pod korcem.
— Dlaczego? cóż w tem złego?
— Złego? Pobiliby go, czy nie? a pan by go za to nie pobił? Oczywiście, by go pan pobił! Niech no pan powie komu w tym kraju, że nie jest dżentelmenem! Ale prawda — co mi przychodzi do głowy! Przypuszczam, i człowiek pomyśli dwa razy, zanim powie, że cowboy nie jest dżentelmenem!
Do pokoju weszła teraz ładna, ruchliwa, wysmukła osiemnastoletnia dziewczyna. Zachowywała się bardzo swobodnie. Ubrana była ubogo, ale zręcznie i ze smakiem; szybkie spojrzenie, rzucone przez matkę na twarz cudzoziemca było z tych które pytają, jakie wrażenie wywarło jej wejście, oczekując zachwytu i zadowolenia.
— To moja córka, Hatie — nazywamy ją Kizią. Nowy lokator, Kiziu, dodała, nie wstając.
Młody anglik złożył ukłon właściwy jego ziomkom i odpowiedni dla człowieka w innych czasach i warunkach; był zaskoczony, i jego wrodzone, pielęgnowane przez całe życie ja wysunęło się naprzód — nie wiedząc oczywiście, jak się należy zachować, gdy jest się przedstawionym pokojówce lub córce właścicielki domu noclegowego dla mechaników.
Drugie ja — to, które uznawało równość wszystkich ludzi — zrobiłoby tę rzecz lepiej, gdyby go nie zaskoczono i przez to nie pozbawiono sposobności. Młoda dziewczyna nie zwróciła najmniejszej uwagi na ukłon, poprostu wyciągnęła dłoń i oddała mu serdeczny uścisk:
— Jak się pan ma?
Potem podeszła do jedynej umywalni w pokoju, pokiwała głową nad rozbitem taniem lusterkiem wiszącym nad nią, zwilżyła palce śliną, przygładziła niesforny loczek, który spadał na czoło, i wzięła się do wylewania brudnej wody.
— No, już idę — widzę, że zmitrężyłam sporo czasu. Niech się pan rozgości, panie Tracy. Zadzwonią, jak przyjdzie czas!
Gospodyni wyszła powoli, nie troszcząc się o to, by jedno z młodych opuściło przed nią pokój. Młodzieniec zdumiał się, że matka, która wygląda tak szanownie i uczciwie, może być tak bezmyślna, i sięgnął po kapelusz, chcąc uwolnić dziewczynę od swego towarzystwa.
— Dokąd pan idzie?
— Właściwie nigdzie. Ale ponieważ zawadzam?...
— Kto mówił, że pan zawadza? Niech pan siada. Już ja pana ruszę z miejsca, kiedy mi pan będzie zawadzał...
Teraz zabrała się do słania łóżek. Usiadł i śledził jej zręczne i pewne ruchy.
— Co panu przyszło do głowy? Potrzebuję cały pokój, kiedy ścielę łóżka?
— Właściwie, to mi nie o to chodziło. Jesteśmy sami w pustym domu, i matka pani...
Dziewczyna przerwała mu wesołym śmiechem:
— Niema mię kto bronić? Pan Bóg z panem, obejdę się! nie boję się! Może bałabym się sama, bo boję się duchów i nie ukrywam tego. Nie to, żebym w nie wierzyła. Nie. Ale się ich boję.
— Jakże może się pani bać duchów, jeżeli pani w nie nie wierzy?
— O, nie wiem, jak się to dzieje! to za wiele na mój rozum! Boję się i koniec. I Maggie-dee również.
— Kto?
— Jedna z lokatorem. Młoda dama, która pracuje w faktorji...
— Pracuje w faktorji?
— Tak. W składnicy butów.
— Pani nazywa ją młodą damą?
— No, ma tylko 22 lata! jakże mam ją nazwać?
— Nie chodzi mi o lata, myślałem o tytule. Przyjechałem z Anglji, aby się pozbyć sztucznych tytułów — gdyż sztuczne tytuły są odpowiednie dla sztucznych ludzi. Ale widzę, że i wy ich tu używacie. Bardzo mi przykro. Przypuszczałem, iż są tu tylko mężczyźni i kobiety. Wszyscy równi. Żadnych różnic...
Dziewczyna znieruchomiała z poduszką w zębach, trzymając w rękach poszewkę. Przyglądała mu się z pod zmarszczonych brwi, nieco zdziwiona.
Powlokła poduszkę, mówiąc:
— Ależ, wszyscy są równi! gdzież tu różnice?
— Nazwała pani robotnicę młodą damą; jak nazwie pani żonę prezydenta?
Starą damą!
— A tylko z tą różnicą?
— Nie widzę innej.
— Więc wszystkie kobiety są damami?
— Oczywiście. Wszystkie godne szacunku.
— No, to mi się lepiej podoba. Niema nic złego w tytule jeżeli udziela się go wszystkim! Zło jest wtedy, jeżeli tytuł staje się przywilejem pewnej grupy... Ale panno... hm...
— Hattie.
— Niech pani będzie szczera, panno Hatie! Musi pani przyznać, że tytuł ten nie jest przez każdą nadawany każdej. Bogata amerykanka nie nazywa swojej kucharki damą, prawda?
— Prawda. Ale cóż z tego?
Był zdumiony i nieco rozczarowany, że ów cudowny pocisk nie wywarł wyraźnego efektu.
— Cóż z tego? powiedział. — Ależ to: pomimo wszystko równość nie panuje w Ameryce, a amerykanie nie są lepsi od anglików. Faktycznie nie ma między nimi żadnej różnicy.
— Też pomysł! Tytuł jest tylko tem, co się w niego wkłada — sam pan to powiedział. Przypuśćmy, że zamiast tytułu dama, mówimy „czysta”. Rozumie pan?
— Zdaje mi się. Zamiast powiedzieć o kobiecie, że jest dama, używa pani wyrażenia czysta i mówi pani „to czysta osoba”.
— Właśnie! W Anglji ludzie wyższych klas nie mówią o ludziach pracy jak o damach i dżentelmenach?
— O, nie!
— A pracujący też nie nazywają siebie damami i dżentelmenami!
— Oczywiście, że nie!
— A wiec gdyby pan użył drugiego wyrażenia, nic by się nie zmieniło. Ludzie, którzy się dmą, tylko o sobie mówiliby „czysty”, a reszta bardzo prędko przyjęłaby ich sposób mówienia i przestałaby mówić o sobie „czysty”. U nas jest inaczej. Każdy nazywa siebie damą albo dżentelmenem, uważa siebie za to, i nie dba, czy kto inny myśli o nim inaczej — byle nie powiedział tego głośno. Pan uważa, że niema żadnej różnicy? Wy poniżacie, a my nie. Czy to nie różnica?
— Tak, nie zastanowiłem się nad tem. Przyznaję. Jednak czy nazywając siebie damą...
— Gdybym był panem, nie mówiłbym dalej.
Howard Tracy odwrócił głowę, chcąc zobaczyć, kto wtrącił tę uwagę. Był to nizki mężczyzna pod czterdziestką, z włosami barwy piasku, ogolony; miał miłą twarz, zbrzydzoną śladami po ospie, ale żywą i inteligentną; ubrany był w garnitur czysty, ale trochę znoszony. Wyszedł z frontowego pokoju za sienią, gdzie zostawił kapelusz, w ręku niósł stłuczony kubek. Dziewczyna wzięła mu go z rąk.
— Załatwię to panu, panie Barrow. Niech pan się z nim rozprawi! to nowy pensjonarz i, jak dla mnie, zabrnął zagłęboko.
— Będę ci bardzo wdzięczny Hattie. Chciałem pożyczyć od którego z chłopców. — Usiadł wygodnie na starej walizie. — Słyszałem i zainteresowałem się tem, coście mówili. I, jak powiedziałem, nie mówiłbym dalej, gdybym był panem. Widzi pan, do czego to prowadzi? Nazywając siebie damą, kobieta nie siebie wyróżnia. I pan widzi, że gdyby pan to powiedział, natknąłby się pan na inną trudność. Kto ma prawo być wyróżniony? Tam u was 20 tysięcy ludzi na miljon wybiera siebie na dżentelmenów i damy, a dziewięćset osiemdziesiąt tysięcy akceptuje to postanowienie i połyka rzuconą sobie obelgę. Przecież gdyby jej nie przyjęli, wybory byłyby martwą literą, bezsilną! U nas, te dwadzieścia tysięcy musiałoby wywędrować na biegun, chcąc głosić siebie za damy i dżentelmenów. Ale nie na tem koniec. 5.980.000 ogłasza siebie również za damy i dżentelmenów, i dzięki temu w elekcji bierze udział cały naród. Ponieważ cały naród uważa się za dżentelmenów i damy, wybory są bez znaczenia. To jest absolutna wolność, a nie fikcja! Podczas gdy wasza nierówność (przypieczętowana zgoda słabych na rzecz mocnych) jest tak realna i absolutna jak nasza równość.
Kiedy zaczęła się przemowa, Tracy chronił się szybko w swoją angielską skorupę, chociaż od kilku tygodni trenował się już w życiu z gminem i słuchanie gminnych wyrażeń! Nie tracił jednak czasu na uwolnienie się z tej skorupy, więc, zanim przemowa dobiegła końca, Tracy bez urazy przyjął szczery sposób zachowania ludzi prostych i uprzejme ich mieszanie się do cudzej rozmowy — bez zachęty rozmawiających. Tym razem proces nie był trudny, gdyż uśmiech i maniery tego człowieka miłe były i zniewalające. Tracy polubiłby go odrazu, ale faktycznie — z czego nie zdawał sobie nawet sprawy — równość wszystkich była dla niego jeszcze tylko teorją. Umysł pojął, ale człowiek nie mógł tego odczuć. Teoretycznie Barrow był mu równy, ale przykro mu było, że to podkreśla. Powiedział:
— Wierzę w szczerość tego, co pan mówił o was, amerykanach, chociaż nieraz wątpliwości nawiedzały mój mózg. Nierówność wydaje mi się rzeczą przyrodzoną tam, gdzie tytuły i kasty są en rogue. Ale tu tytuły przestały być obrazą, są neutralne, nieszkodliwe, są zerem, jeżeli są bezsprzeczną własnością każdego członka narodu. Zdaje mi się, iż zdaję sobie sprawę, że kasty istnieć mogą jedynie za zgodą mas, nieobjętych niemi. Sądziłem, że kasty tworzą się same i same siebie bronią; ale wydaje mi się prawdopodobne, że one tylko siebie tworzą, a są bronione przez pogardzany tłum, który może znieść je każdej chwili przez proste przyjęcie tytułów.
— Tak właśnie sądzę. Nie ma takiej potęgi na świecie, któraby powstrzymać mogła 30.000.000 anglików od ogłoszenia siebie księżniczkami i książętami. A wtedy co niespełna pół roku wszystkie dawne księżne i wszyscy książęta wycofają się z byznesu. Chciałbym, żeby do tego doszło. Nawet królewskość nie mogłaby przeżyć podobnego procesu. Garść niezadowolonych przeciw 30.000.000 kpiarzy w bojowej postawie. Jakto! toż to Herkulaneum przeciw Wezuwjuszowi! Trzebaby nowych osiemnastu stuleci dla odnalezienia Herkulaneum po tym katakliźmie. Czem jest pułkownik u nas na Południu? Niczem. Bo każdy jest tam pułkownikiem więc, Tracy (Tracy wzdrygnął się) nikt w Anglji nie nazwałby cię dżentelmenem i ty nie powiedziałbyś, że jesteś dżentelmenem. Powiadam wam, Tracy, taki stan rzeczy sprawia, że człowiek znajdzie się czasem w trudnem położeniu — szerokie i powszechne uznawanie kast tworzy kasty. Człowiek robi to nieświadomie, wyrósł w tem, nie zastanawia się, nie myśli o tem. Przecież nie myślisz, że Matterhorn czułaby się pochlebiona uznaniem jednego z waszych małych angielskich wzgórków, hę?
— Oczywiście, że nie!
— Albo wyobrażamy sobie, że Darwin czułby się pochlebiony pochwałą jakiejś księżniczki. Jest to pomysł tak groteskowy, że paraliżuje wprost wyobraźnię. A jednak temu Merunonowi pochlebiło uznanie takiej figurynki.
— Sam się do tego przyznaje! System, który prowadzi do tego, iż Bóg zapomina o swoich boskich atrybutach i pozwala na ich profanację, jest zły i zasługuje na zniszczenie. Oto moje zdanie.
Wspomnienie Darwina wprowadziło dyskusję na tory literackie, a temat ten tak rozentuzjazmował pana Barrow, iż zdjął marynarkę, żeby czuć się zwobodniej i wygodniej. Mówił też tak długo, aż hałaśliwi właściciele izby weszli wesoło jak skowronki i zaczęli się czyścić, myć, oporządzać i czynić inne temu podobne rzeczy. Przewlókł jeszcze chwilkę, i ofiarował Tracy swój pokój i bibljotekę, poczem zadał mu kilka pytań natury osobistej:
— Jaki jest pański zawód?
— Nazywają mię cowboy’em; ale to niesłusznie. Nie jestem nim. Nie mam żadnego zawodu.
— A co pan robi, żeby się utrzymać?
— Wszystko — to znaczy chętnie podjąłbym się wszystkiego, co mógłbym dostać; ale dotychczas nie znalazłem jeszcze zajęcia.
— Może być, że będę mógł wam pomódz; spróbuję.
— Będę niezmiernie rad. Ja sam próbowałem aż do znużenia...
— No, człowiek bez określonego zawodu nie ma wiele do roboty w tym kraju. Widzę, że powinniście byli mniej uczyć się na książkach, a więcej o zdobyciu chleba i masła. Nie wiem, o czem myślał wasz ojciec. Powinniście byli mieć zawód w ręku, jakikolwiek zawód — za wszelką cenę. Ale nie martwcie się tem. Już tam coś znajdziemy — jestem przekonany. I nie tęsknijcie za domem, to zły interes. Jeszcze o tem pomówimy i rozejrzymy się. Niedługo wybrniecie z kłopotów. Czekajcie na mnie — zejdę z wami na kolację!
Tymczasem Tracy zdążył zbudzić w sobie bardzo przyjazne uczucie dla pana Barrow. Był zadowolony z towarzyszów, i było mu lżej na sercu, niż przedtem. Zaciekawiło go również, jaki to zawód umożliwił panu Barrow taką szeroką znajomość z książkami i pozostawiał mu tyle czasu na czytanie.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Samuel Langhorne Clemens i tłumacza: anonimowy.