Strona:Mark Twain - Pretendent z Ameryki.djvu/36

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Oczywiście — co mi przychodzi do głowy?! Dość jest miejsca na prerjach. Kreda jest zbyteczna! Otóż zakreśli pan sobie kredą miejsce jeszcze niezajęte, i to jest pańskie miejsce. Pan i pański towarzysz łóżka wnosicie sobie materace i poduszki razem na górę, albo jeden je wnosi, a drugi znosi. Polubi pan tych chłopców — są bardzo towarzyscy — za wyjątkiem drukarza. On jeden śpi w pojedyńczem łóżku. Okropny dziwak. O, wyobrażam sobie, że nie możnaby go było zmusić do spania z kimś w jednem łóżku, nawet gdyby dom się palił. Myśli pan, że mówię na wiatr? Nie, ja wiem! Chłopcy zrobili z nim kiedyś próbę. Pewnej nocy wynieśli jego łóżko, a kiedy wrócił o trzeciej w nocy — pracował wtedy w porannem piśmie, ale teraz jest w wieczornem — nie miał innego legowiska, jak tylko z odlewaczem żelaza. Czy pan uwierzy? Całą noc przesiedział na krześle, caluteńką! Chłopcy mówili, że to pyszałek; ale chyba nie. To anglik, a anglicy są tak okropnie dziwaczni. Pan się nie gniewa, że to mówię. Czy i pan jest anglikiem?
— Tak.
— Ja też myślałam. Odgadłam to ze sposobu, w jaki pan wymawia niektóre wyrazy. Naprzykład mówi pan mięso zamiast mnięso, ale z czasem oduczy się pan tego. Tamto z kościami poczciwy chłopak, przyjaźni się trochę z pomocnikiem fotografa, z kowalem, który pracuje w porcie, i z dychtownikiem, ale z innymi to nie. Faktem jest — ale mówię to panu w zaufaniu, bo inni tego nie wiedzą — że należy właściwie do arystokracji, bo jego ojciec był lekarzem — pan wie, jakiego to stylu ludzie tam u was w Anglji, mówią, bo u nas to i doktór niewiele znaczy, chociaż i jest tym doktorem. Ale u nich naturalnie, wszystko jest inaczej. Ten smarkacz miał zajście z ojcem, a że był dumny, więc wyrwał do nas, gdzie przekonał się, że albo musi znaleźć robotę, albo umrzeć z głodu. Skończył kolegjum, widzi pan, i myślał że to wystarczy. Czy pan co mówił?
— Nie — westchnąłem sobie.
— I tu się pomylił. Prawie umierał z głodu i byłby umarł, przypuszczam, gdyby nie zlitował się nad nim jakiś zecer czy ktoś w tym rodzaju i nie wziął go na naukę. A więc nauczył się rzemiosła — i wszystko w porządku — ale to bardzo specjalny zawód. Co panu jest! czy moja gadanina?...
— Ach nie! Proszę niech pani mówi. Słucham z przyjemnością!
— No, więc widzi pan, jest on tu u mnie już dziesięć lat; ma już dwadzieścia osiem lat teraz, ale w duszy nie jest zadowolony, bo nie może zżyć się z myślą, iż jest mechanikiem, i musi żyć z mechanikami, bo mówi do mnie, że jest dżentelmenem, co znaczy, że tamci chłopcy nie są dżentelmenami. Ale ja wiem dobrze, że taką prawdę chowa się pod korcem.
— Dlaczego? cóż w tem złego?
— Złego? Pobiliby go, czy nie? a pan by go za to nie pobił? Oczywiście, by go pan pobił! Niech no pan powie komu w tym kraju, że nie jest dżentelmenem! Ale prawda — co mi przychodzi do głowy! Przypuszczam, i człowiek pomyśli dwa razy, zanim powie, że cowboy nie jest dżentelmenem!
Do pokoju weszła teraz ładna, ruchliwa, wysmukła osiemnastoletnia dziewczyna. Zachowywała się bardzo swobodnie. Ubrana była ubogo, ale zręcznie i ze smakiem; szybkie spojrzenie, rzucone przez matkę na twarz cudzoziemca było z tych które pytają, jakie wrażenie wywarło jej wejście, oczekując zachwytu i zadowolenia.
— To moja córka, Hatie — nazywamy ją Kizią. Nowy lokator, Kiziu, dodała, nie wstając.
Młody anglik złożył ukłon właściwy jego ziomkom i odpowiedni dla człowieka w innych czasach i warunkach; był zaskoczony, i jego wrodzone, pielęgnowane przez całe życie ja wysunęło się naprzód — nie wiedząc oczywiście, jak się należy zachować, gdy jest się przedstawionym pokojówce lub córce właścicielki domu noclegowego dla mechaników.
Drugie ja — to, które uznawało równość wszystkich ludzi — zrobiłoby tę rzecz lepiej, gdyby go nie zaskoczono i przez to nie pozbawiono sposobności. Młoda dziewczyna nie zwróciła najmniejszej uwagi na ukłon, poprostu wyciągnęła dłoń i oddała mu serdeczny uścisk:
— Jak się pan ma?
Potem podeszła do jedynej umywalni w pokoju, pokiwała głową nad rozbitem taniem lusterkiem wiszącym nad nią, zwilżyła palce śliną, przygładziła niesforny loczek, który spadał na czoło, i wzięła się do wylewania brudnej wody.
— No, już idę — widzę, że zmitrężyłam