Powrotna lektura

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Stefan Napierski
Tytuł Powrotna lektura
Pochodzenie Poeta i świat
Wydawca Księgarnia F. Hoesicka
Data wydania 1932
Druk „Monolit“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tomik
Pobierz jako: Pobierz Cały tomik jako ePub Pobierz Cały tomik jako PDF Pobierz Cały tomik jako MOBI
Indeks stron
POWROTNA LEKTURA

Ach! jakże dawno prozy nie czytałem,
ciemnej, jak wino, aksamitnie-groźnej
i melodyjnej: Fryderyka Hebbla.
Czemuż wspomniałem ją dzisiaj? — Wiatr szumi
i supła liny deszczu, jak okrętu,
co w przeszłość sunie, rozwinąwszy żagle
rude; gałązki o szyby kołaczą,
jakby od marnych łez młodości mokre,
jako wilgotne drobne piąstki dzieci,
nieutulonych w szlochu, wystających,
aby je wpuścić nocą, drżące — ogrzać.
Czemuż dygocę, przyłożywszy czoło
do tafli czarnej, jakbym patrzał w studnię
i śledził pręgi srebrne, księżycowe
na dnie wabiącem, śpiewnie-obłąkanem,
jakbym wstępował w muły jezior mrocznych
i zmartwychwstawał, nagi i w torturze?

Pamiętam: szczupły tomik w karminowej,
w ciemno-wiśniowej okładce. O, zmierzchy,
o, rąbki cienia na stole otwartym
— jak plastry rany nigdy niezamknionej,
sączącej krew niechętną, jak gangrena —
o, zwolna przesuwalne pasma lampy,
gdy, wsparty w muszli dłoni, jakbym słyszał,
mamlałem obce, wspaniałe wyrazy,
obiecujące wszechświat, śmierć i miłość;

od obietnicy aż tak pękające,
jak strąk od ziaren, i jak pomarańcza,
sycona słońcem, soków brzemiennością,
która goryczą cierpką, ściąga gardło
i bliznę, nigdy nie zarastającą,
na podniebieniu narysuje płasko,
jak nóż! — gdy wkrótce gnijącą jeść będziesz.

Wązki był ganek po prawej (pamiętam),
lecz długi, dziwnie szary; wybiegałem,
z włosem rozwianym, z pałającem licem,
aby je chłodzić o wichury ziemi,
wstające w świerkach i gąszczach szumiące,
jak zew, muzyki pełen i błagania.
Tam biegłem w dżdżysty dzień; sunęły chmury,
strzępione, jako serce; tam, na rogu,
pluskały strugą rynny, jak okrągłe
wargi trytonów, napół-rozchylone
i w marmurowej plujące harmonji.
Biegłem, wracałem. Jeszcze mogłem wracać.

Cóżże zostało z wielkiej obietnicy,
o, Fryderyku Hebblu? Oto kłamię,
aby módz przetrwać, jako ty, słowami.
Góry nad nami, a ludzie pod nami,
i nie czekamy niczego, spokojni.
Lecz jaka gorycz, większa od harmonji,
lecz jakaż miłość, większa od miłości,
pali me wargi i mówić zabrania?
Przy oknie stoję, skronie zapadnięte
ku szybie chylę, na nich krople potu
chłodne (nie zbierze ich niczyja chusta,
ni dłoń, — jeżeli: to ta niewidzialna,

a ona będzie krająca, jak wawrzyn,
ostry, złocony, martwo szeleszczący!).
Oto nam ziemia pod usta podpływa,
morza, posągi, gwiazdy przyzywają,
a my stoimy, bardzo nieruchomi,
jak na pokładzie wielkiego okrętu.

Znów pod rękami dziś wyciągniętemi
czuję parapet, chwiejny, jako struna,
koniuszczkiem palców ledwo go dotykam,
jakbym się wspierał.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stefan Marek Eiger.