Powracająca fala/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bolesław Prus
Tytuł Powracająca fala
Pochodzenie Pisma Bolesława Prusa
tom IV Pierwsze opowiadania
Data wydania 1935
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Całe opowiadanie
Pobierz jako: Pobierz Całe opowiadanie jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Całe opowiadanie jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Całe opowiadanie jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
VI.

W oczach ludzkich złe czy dobre życiowe fakta wówczas dopiero zdają się nabierać znaczenia, gdy odbiją się w druku.
O starym Adlerze oddawna wiedziano, że jest egoistą i wyzyskiwaczem, o Ferdynandzie, że jest egoistą i rozpustnikiem; ale dopiero artykuły, wydrukowane z powodu śmierci Gosławskiego, oburzyły przeciw nim opinją.
Teraz cała okolica poczęła zajmować się fabryką. Opowiadano o wszystkiem, co się tam działo, i komentowano w odpowiedni sposób. Ludzie wiedzieli o najdrobniejszych szczegółach. Wiedzieli, ile Ferdynand narobił długów zagranicą, ile obecnie tracił, i co jego ojciec odbijał na zmniejszaniu zarobków, a powiększaniu pracy robotnikom. Nadewszystko jednak oburzano się z powodu śmierci Gosławskiego, który, w oczach ogółu, był ofiarą chciwości starego fabrykanta i rozpusty jego syna.
Wprawdzie niektórzy wspominali, że w każdym zakładzie przemysłowym i przy każdej machinie, nie wyłączając młocarni i sieczkarni, może trafić się nieszczęście. Ale ich łatwo pokonywano. Jakto, mówiono, więc w fabryce godzi się trzymać robotników od świtu do północy? Więc w zakładzie, posiadającym setki machin, nie powinien być lekarz i felczer? Czy Adler jest tak ubogi, że tysiąc rubli wydanych na obsługę sanitarną, zrobi mu różnicę? Wszakże dawniej był tam lekarz i felczer, i dopiero, gdy młody narobił długów, stary spłaca je krwią ludzi, których i bez tego wyzyskiwał.
Taki nastrój opinji niebawem dał się uczuć Ferdynandowi. Paru ludzi młodych, na wyraźny rozkaz swoich rodziców, zerwało z nim stosunki. Inni bardzo ochłodli i postępowali z Ferdynandem raczej przyzwoicie, aniżeli serdecznie. Nawet i od tych przyjaciół, jacy mu pozostali, a pozostali nie najświetniejsi, słyszał nieraz zdania, wyglądające na przycinki.
Niedość na tem. W hotelu, w restauracji, winiarni, cukierni, które to zakłady wiele na nim zarabiały, podsuwano mu, jakby umyślnie, pisma, w których znajdowały się korespondencje o przyczynach śmierci Gosławskiego. A gdy raz, otoczony swoim sztabem, zapytał subjekta: czy jest w sklepie dobre czerwone wino? — odpowiedziano mu:
— Jest panie!... czerwoniutkie, jak krew...
Może w kim innym podobne objawy zbudziłyby zastanowienie. Ktoś inny, widząc powszechną niechęć, może usunąłby się na jakiś czas, a nawet zmienił tryb życia i starał się oddziaływać na ojca. Ale Ferdynand nie należał do rzędu tych innych. On przedewszystkiem nie mógł pracować, chciał hulać, nie słuchał opinji, lecz przeciwnie — drażnił ją i wyzywał. Sądząc po swoich marnych przyjaciołach, był pewny, że prędzej lub później wszyscy ugną się przed nim, że nikt nie ośmieli się stawić mu oporu. Głucha walka, tocząca się między nim i ogółem, gniewała go i podniecała. Widział w niej nietylko źródła przykrości, ale i przyszłego triumfu; był bowiem zdecydowany pierwszemu człowiekowi, który mu wejdzie w drogę, zrobić awanturę. A tak czuł potrzebę awantury, czegoś, coby mu wstrząsnęło nerwy i wyrobiło opinją niebezpiecznego!
Był to syn ojca, który także lubował się w druzgotaniu przeszkód, chociaż na innej drodze.
Niemiłą osobą dla Ferdynanda był niejaki Zapora, obywatel ziemski i sędzia gminy. Człowiek ten, wzrostu średniego, gruby, niezręczny, miał powierzchowność surową i odpychającą. Patrzył z pod oka, mówił niewiele, głosem stanowczym, nie robiąc z nikim ceremonij i nazywając ludzi i rzeczy po imieniu. Pod tą jednak skorupą ukrywał się wielki rozum i obszerna wiedza, serce pełne szlachetnych uczuć i nieugięty charakter.
Zapory nie można było przekupić uprzejmością, dowcipem, stanowiskiem, ani ładnemi teorjami. Słuchał wszystkiego obojętnie, ponuro patrząc na mówcę. Ale rachował tylko czyny i starał się wniknąć w głąb człowieka. W kim poznał prawość, ten stawał się jego przyjacielem w dobrej i złej doli. Ale ludźmi złymi, pozbawionymi charakteru, próżnującymi, hulakami, gardził i nie starał się tego ukrywać.
Młody Adler spotykał niekiedy chmurną osobę sędziego, ale nie rozmawiał z nim ani razu — nie miał sposobności. Zapora ze swej strony nie szukał go i nie unikał, nie zajmował się nim, a w rozmowie z przyjaciółmi nazywał go „błaznem“.
Ludzie, żyjący w bliższych stosunkach z Zaporą, wiedzieli, że słówko: „ten błazen“, oznaczało młodego Adlera. Doświadczeńsi przewidywali, że wcześniej lub później Zapora i Ferdynand w ciasnej sferze małomiasteczkowego życia zetknąć się muszą, i że młody hulaka usłyszy niejedną gorzką prawdę.
Jak zwykle w podobnych wypadkach, Ferdynand podejrzewał, że Zapora nie lubi go; z robieniem więc znajomości nie spieszył się. Zresztą, posądzał on Zaporę o pisanie korespondencyj o Gosławskim i obiecywał sobie, że przy okazji odpłaci mu pięknem za nadobne.
W początkach września był w miasteczku jarmark. Zjechało się dużo szlachty z kilku powiatów, przyjechał i Zapora, który miał w mieście kancelarją. Załatwił najpilniejsze sprawy urzędowe, kupił, co mu było potrzeba, i około drugiej w południe poszedł do restauracji na obiad.
W największej sali znalazł tłum znajomych. Wszystkie stoły, ustawione w jeden szereg, nakryto i ozdobiono mnóstwem butelek wina, przeważnie szampańskiego. Przygotowania zdawały się zapowiadać niezwykłą pijatykę.
— Cóż to znaczy? — spytał Zapora. — Czy kto zamówił obiad?
Otoczyli go znajomi, a między nimi kilku przyjaciół Adlera.
— Wyobraź sobie — rzekł ktoś ze śmiechem — że młody Adler zakupił wszystkie obiady i każdego, kto tu wejdzie, zaprasza na bankiet.
— Spodziewam się, że i sędzia nie odmówi nam swego towarzystwa — odezwał się jeden z przyjaciół Adlera.
Zapora spojrzał na niego z boku.
— Odmówię! — odparł.
Młody człowiek, nie odznaczający się nadmiarem taktu, począł nalegać.
— Dlaczegóż to, szanowny sędzio?
— Dlatego, że na obiad, wydany za pieniądze starego Adlera, mógłby mnie prosić tylko stary Adler, a gdyby on mnie zaprosił — takżebym odmówił.
Do rozmowy wmieszał się drugi przyjaciel Ferdynanda.
— Czy sędzia masz co do zarzucenia Adlerowi?
— Nie wiele. Stary jest eksploatorem, młody próżniakiem, a obaj przynoszą nam więcej szkody, aniżeli pożytku.
Sumienie publiczne pierwszy raz odezwało się tak wyraźnie, przez usta człowieka, mającego cywilną odwagę. Przyjaciele Adlera umilkli, inni goście byli zakłopotani, kilku wrażliwszych wzięło kapelusze, z zamiarem opuszczenia sali.
W tej chwili wbiegł młody Adler z innym swoim przyjacielem. Przy pierwszym kroku spostrzegł on oryginalną figurę sędziego i, nie wiedząc o tem, co się stało, szepnął do towarzysza:
— Zapoznaj mnie z nim!... Podobno dobrze pije?
— Cudownie! — odparł towarzysz i, nie zwłócząc, poskoczył do Zapory.
— Cóż to za szczęśliwy traf! — rzekł. — Adler w tej knajpie wyprawia dziś miastu ucztę, sędzia zatem wpadłeś w sidła, z których go nie wypuścimy. Ale panowie jeszcze nie znają się...
W sali zrobiła się cisza. Wszyscy patrzyli.
— Pan Adler!... Pan Zapora!
— Dawno już pragnąłem poznać sędziego — rzekł Ferdynand i wyciągnął rękę.
— Miło mi! — odparł Zapora i swoją rękę cofnął.
Niektórzy z obecnych poczęli sznurować usta. Ferdynand pobladł; przez chwilę stał zmieszany, ale odzyskał przytomność i nagle zmienił grę.
— Pragnąłem poznać sędziego — mówił dalej — ażeby podziękować mu za... korespondencją o moim ojcu do pism...
Zapora utopił w nim surowe spojrzenie.
— O pańskim ojcu — rzekł spokojnie — pisałem jedną tylko korespondencją, mianowicie: do wójta gminy, ażeby go wezwał na sprawę.
Adler zakipiał z gniewu.
— Ach! Więc w takim razie pisywałeś pan tylko o mnie do pism humorystycznych?
Zapora ani na chwilę nie stracił zimnej krwi. Ścisnął w ręku laskę i odparł:
— Mylisz się pan. Korespondencje do pism humorystycznych zostawiam młodym ludziom bez zajęcia, którzy chcą zostać sławnymi w jakikolwiek sposób.
Adler już nie panował nad sobą.
— Pan mnie obrażasz! — krzyknął.
— Przeciwnie. Nawet nie zaprzeczę ostatniemu twierdzeniu, ażeby nie obrażać pana.
Zdawało się, że rozdrażniony młodzieniec rzuci się na Zaporę.
— Pan mi dasz satysfakcją! — krzyczał Adler.
— Z przyjemnością.
— Ale natychmiast!
— No, naprzód muszę zjeść obiad, bom głodny. Zresztą za godzinę będę u siebie na pańskie usługi — odpowiedział Zapora chłodno.
Potem kiwnął głową paru znajomym i zwolna opuścił salę.
Uczta, urządzona przez Adlera, odbyła się dosyć kwaśno.
Wielu z gości wyszło przed obiadem, inni udawali wesołość. Ale za to Ferdynand miał doskonały humor. Pierwszy kieliszek wina uspokoił go, a dalsze podnieciły. Był kontent, że ma pojedynek, jeszcze z Zaporą! — i ani wątpił o triumfie.
— Dam mu lekcją strzelania — szepnął do jednego z sekundantów — i basta!...
A w duchu pomyślał:
— To mi lepiej wyreguluje stosunki, aniżeli wszystkie obiady.
Doświadczeńsi awanturnicy, jakich nie brakło w sali, patrząc na młodego siłacza, przyznawali mu charakter i fantazją.
— Dzięki niebu — mówił jeden z nich — i nasz partykularz będzie miał głośną sprawę.
— Żal mi tylko... — rzekł inny.
— Czego?
— Tych butelek, które padną trupem...
— Myślę, że im sprawimy świetny pogrzeb.
— Byle nie któremu z przeciwników.
— Wątpię. A jakież są warunki?
— Pistolety i walka do pierwszej krwi.
— Aj, do djabła! Czyjże to pomysł?
— Adlera.
— Czy on taki pewny siebie?
— Ogromnie strzela!...
W ten sposób rozmawiali przyjaciele Ferdynanda, ludzie obeznani z pojedynkami. Przy końcu obiadu dowiedziano się, że Zapora przyjął wszelkie warunki, i że walka odbędzie się nazajutrz rano.
— Panowie! — rzekł na zakończenie Adler — proszę was dziś na stypę. Będziemy pili całą noc.
— Czy to praktycznie? — spytał ktoś.
— Ja tak zawsze robię przed kontredansem, wprawdzie... dopiero czwarty raz! — odpowiedział Ferdynand.
W innej restauracji zebrali się ludzie poważniejsi, przyjaciele Zapory; i ci także rozprawiali o zajściu.
— Fatalność! — mówił jeden — ażeby taki poważny człowiek musiał strzelać się z chłystkiem.
— Coprawda, to Zapora niepotrzebnie właził w ten pasztet.
— Wlazł przypadkiem, a cofnąć się już nie mógł.
— Dziwna historja — odezwał się milczący dotąd siwy szlachcic — że świszczypałka i, powiem nawet, ladaco, jak Adler, nietylko wchodzi w towarzystwa ludzi przyzwoitych, ale nawet ma sposobność zrobić awanturkę takiemu Zaporze. Dawniej nie ścierpianoby między ludźmi podobnej osobistości, choćby ze względu na postępowanie jego ojca.
— To też dlatego, panie radco, że opinja jest u nas trochę za miękka, ludzie uczciwi i silniejszego charakteru muszą nadstawiać głowy. Mnie poprostu żal Zapory.
— Czy on nie umie strzelać?
— Strzela jako tako, ale tamten jest artystą.
— Za pozwoleniem! — krzyknął młody blondyn. — Ponieważ panowie weszliście na moje terytorjum, więc mam honor przypomnieć, że niezawsze ten ginie, kto źle strzela. Pamiętam, jakem był sekundantem Stasia w pojedynku z Edziem, Staś nie umiał trzymać pistoletu, a przecież...
— No, ale w każdym razie bezpieczniej jest dobrze strzelać.
— Naturalnie! naturalnie! — pochwycił młody blondyn.— Ja, kiedy miałem pojedynek z jednym austrjackim kapitanem, to zapowiedziałem mu, że dostanie kulą...
Tu szepnął coś do ucha staremu szlachcicowi.
— I trafiłeś?
— Jak w tarczę, panie radco, jak w tarczę.
— A może to źle, że Zapora jest mańkut? — odezwał się ktoś inny.
— Przy pistoletach nic nie szkodzi — mówił blondyn — a przy pałaszach nawet dużo pomaga. Ja, kiedym się bił na rapiery z jednym mańkutem, to mnie tak trzepnął w czoło, że doktorzy przez dwie godziny uważali mnie za umarłego... O, tu jest blizna.
— Bój się Boga! przez dwie?
— No, może przez półtorej.
— Półtorej godziny nie biło ci serce?
— No, może przez pół godziny. Tego przecież nie pamiętam... leżałem jak trup. Jeszcze mi wtedy mój służący, Niemiec, wyciągnął sakiewkę z lewej kieszeni.
— Skądże wiesz, że on?
— Jakże, skąd? Złapałem hultaja na gorącym uczynku. Ja nie jestem skory do posądzania kogoś na wiatr!
Około godziny 6-ej wieczorem Ferdynand wrócił z restauracji do swego numeru. Chciał podrzemać trochę między pijatyką dzienną i nocną, ale nie mógł zasnąć. Począł chodzić po pokoju i wtedy spostrzegł, że naprzeciw jego okien leżą okna kancelarji Zapory.
Ulica była wąska, kancelarja znajdowała się na dole, a numer, w którym stał, na piętrze. Ferdynand jak na dłoni miał przed sobą mieszkanie Zapory i począł je obserwować.
Sędzia był tam i w tej chwili rozmawiał z ławnikiem i pisarzem, pokazując im jakieś papiery. Trwało to przez pewien czas. Potem ławnik pożegnał Zaporę, pisarz wyszedł do siebie, a sędzia został sam.
Ustawił lampę na biurku, zapalił cygaro i zaczął pisać na arkuszu papieru. Naprzód dość długi tytuł, potem dalszy ciąg, szybko i równo. Adler był pewny, że sędzia, na wszelki wypadek, pisze testament.
Pomimo młodego wieku, pojedynkował się już kilka razy. Walki te uważał za pewien rodzaj niebezpiecznej zabawy. Teraz przecie uczuł, że pojedynek może być posępną uroczystością, do której wypada się przygotować.
W jaki sposób?
Oto pisząc testament!
Położył się na kanapie.
Na korytarzu hotelowym słychać było co chwila głosy dzwonków i bieganinę służby. Ferdynand począł marzyć.
Kiedy był jeszcze małym chłopcem (działo się to w początkach rozwoju fabryki), zauważył w budynku machiny parowej niewielkie drzwi, przybite gwoździem. Drzwi te zaciekawiały go i niepokoiły. Pewnego dnia zdobył się jednak na odwagę, odchylił zgięty gwóźdź, drzwi odskoczyły — i ujrzał za niemi kilka miedzianych rur, zwiniętą linę i miotłę.
Wypadek ten utkwił mu w pamięci i przypominał się przy każdym pojedynku. Ile razy świadkowie postawili go już na mecie, gdy ujrzał wymierzoną lufę przeciwnika i uczuł swój palec na cynglu, przychodziły mu na myśl owe niepokojące drzwi i zgięty gwóźdź. Wtedy przyciskał cyngiel, jak niegdyś gwóźdź, i — sprawa się kończyła. Za tajemniczemi drzwiami losu, jakie czasem otwiera kula, Ferdynand nie spotykał nic osobliwego: co najwyżej rannego przeciwnika, albo — kilkanaście butelek szampana, wypitych w dobrem towarzystwie.
Takie też to i bywały owe pojedynki. Strzelało się o śpiewaczkę, o zakład na wyścigach, o potrącenie na ulicy...
Ale jutrzejszy pojedynek miał być różny od poprzednich. Tu występował do walki z jednej strony on, syn nielubianego ojca, a z drugiej strony człowiek szanowny, niejako reprezentant obrażonego ogółu. Za jego przeciwnikiem stali wszyscy ci, którzy mieli odwagę unikać Adlera, wszyscy robotnicy i prawie wszyscy oficjaliści fabryki. A za nim kto?
Nie ojciec, bo ten nie pozwoliłby mu strzelać się. Nie przyjaciele, którzy z nim pili, ponieważ ci zdawali się zakłopotanymi i czekali tylko na możność opuszczenia go przy lada sposobności.
Któż więc jest z nim? — nikt. A przeciw niemu cały tłum. Jeżeli rani Zaporę, da powód wrogom do nowych krzyków. Jeżeli sam zostanie raniony, powiedzą, że jest to kara boska na niego i na ojca.
Co to znaczy? Jakim sposobem znalazł się sam przeciw wszystkim, on, który chciał tylko hulać ze wszystkimi! Skąd między zbiorowiskiem ludzi delikatnych, miękkich, bojaźliwych, pobłażliwych, zresztą w najgorszym razie odwracających się od niego, wziął się człowiek szorstki, który mu w oczy mówił impertynencje? Jeżeli on istotnie był złym, to dlaczegóż inni go nie ostrzegli? Dlaczego błędy młodości mają kończyć się tragicznie?
Jak niegdyś, tak i dziś, ale już w wigilją pojedynku, Ferdynand przypomniał sobie owe drzwi w fabryce ojca, lecz tym razem wyglądały one inaczej. Zdawało mu się, że gdyby je otworzył, zobaczyłby zamiast rur, liny i miotły — trumnę z napisem: „Mieszkanie dla osoby pojedynczej“. Trumnę z taką kartką widział raz przed sklepem stolarza w Warszawie.
— Mieszkanie dla osoby pojedynczej! — szepnął Ferdynand. — Zabawny stolarz!
Kanapa hotelowa nie odznaczała się miękkością. Ferdynand trzymał głowę na krawędzi i przypomniał sobie swój powozik, którym po pijanemu wracał niekiedy do domu. Powozik, wygodny dla siedzącego, dla leżącego był tak niewygodnym, jak ta kanapa. Zdawało mu się, że jedzie nim, że czuje lekkie drganie, słyszy turkot, tętent koni...
Jest już północ; szosę oświeca księżyc, stojący wysoko. Powozik drży i turkocze, nagle — staje.
„Co to znaczy?“ — pyta Ferdynand w marzeniu.
„Gosławskiemu urwało rękę“ — odpowiada mu jakiś cichy głos.
„Czy temu, co ma ładną żonę?...“ — pyta znowu Ferdynand, jak wówczas na jawie.
„Widzisz, jaki mądry!“ — odpowiada mu ten sam głos.
„Mądry? co to jest mądrość?...“ — mówi do siebie Ferdynand, przewracając się na kanapie, jak gdyby nie chciał patrzeć na widziadła.
Ale widziadła nie znikają. I widzi, jak wówczas na jawie, gromadę ludzi, otaczających kogoś, co leżał na noszach. Widzi jego rękę, sterczącą nad piersiami i owiniętą w gałgany, na których czernią się wielkie płaty krwi. Przeciera oczy... Napróżno! Ludzie stoją i nosze stoją, a wszystko jest tak wyraźne, że na tle szosy widać nawet skrócone cienie przedmiotów i osób.
— Jak ten człowiek cierpi — szepnął Ferdynand. — I musi umrzeć! — dodał. — Ach! umrzeć.
Zdawało mu się, że on jest człowiekiem na noszach, ze zdruzgotaną ręką, bolejącym, pozbawionym nadziei, że to jego wybladłe ciało oświetla ten straszny księżyc.
Skąd podobne myśli? Od kiedyż to szampan nasuwa tak smutne wizje?
Nagle doświadczył nieznanego dotychczas wrażenia. Czuł, że coś go nęka, obezwładnia, szarpie mu serce, świdruje w mózgu. Czuł, że chce krzyczeć, uciekać, schować się gdzieś.
Ferdynand skoczył na równe nogi. W pokoju był już zmrok.
— Do djabła! Ależ ja się boję!... — szepnął. — Ja się boję?... Ja?...
Z trudnością znalazł zapałki, rozsypał je, podniósł jedną, potarł — zgasła; drugą zapalił, a od niej świecę.
Spojrzał w lustro. Miał twarz szarą, oczy podkrojone, źrenice bardzo rozszerzone.
— Ja się boję? — pytał.
Świeca trzęsła mu się w ręku.
— Jeżeli jutro pistolet będzie mi tak skakał, to dobrze wyjdę! — rzekł.
Spojrzał przez okno. Tam w mieszkaniu na dole, po drugiej stronie ulicy, siedział Zapora przy biurku i pisał wciąż — równo i spokojnie.
Widok ten otrzeźwił Ferdynanda. Dzielny temperament wziął górę nad przywidzeniami.
— Pisz sobie, kochanku — pomyślał, patrząc na sędziego — a ja ci postawię kropkę!
Na korytarzu rozległo się stąpanie. Zapukano do drzwi.
— Wstawaj, Ferdynandzie, biba gotowa! — zawołał ktoś.
Usłyszawszy znajomy głos, Ferdynand był już zupełnie sobą. Gdyby mu przyszło skoczyć w przepaść, najeżoną bagnetami, nie zmrużyłby oka. Czuł znowu siłę lwa i tę szaloną odwagę młodości, dla której niema niebezpieczeństw, niema granic.
Kiedy otworzył drzwi i zobaczył swoich towarzyszów, wybuchnął serdecznym śmiechem. Śmiał się z chwilowego rozdrażnienia, z przywidzeń i z tego, że mógł pytać siebie: „Czy ja się boję?“
Nie — on się niczego nie boi, nawet tego, ażeby niebieskie sklepienie nie upadło mu na głowę. Jeżeli nie genjuszem, którego bynajmniej nie posiadał, to odwagą był on prawdziwym orłem, który siada na piorunach, jak na gałęziach, i śmiało patrzy w boskie oblicze samego Jowisza.
Do wschodu słońca biesiadowali towarzysze Adlera pod jego przywództwem. W restauracji okna drżały od śmiechów i wiwatów, a po wina trzeba było chodzić do obcych sklepów.
Około godziny szóstej wyjechały z miasta cztery powozy.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Głowacki.