Powracająca fala/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bolesław Prus
Tytuł Powracająca fala
Pochodzenie Pisma Bolesława Prusa
tom IV Pierwsze opowiadania
Data wydania 1935
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Całe opowiadanie
Pobierz jako: Pobierz Całe opowiadanie jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Całe opowiadanie jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Całe opowiadanie jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
V.

Pewnej soboty, w sierpniu, w nocy, warsztat mechaniczny kipiał bieganiną i pracą.
Warsztat składał się z obszernej sali, pełnej okien, jak oranżerja. Pod jedną ścianą leżała parowa machina, nadająca ruch wykonawczym mechanizmom, pod drugą — stały dwa ogniska kowalskie. Znajdował się tu jeszcze mały młotek, podrzucany palczastem kołem, kilkanaście śrubsztaków ślusarskich, tokarnia, bormaszyny i inne przyrządy.
Zbliżała się północ. W reszcie fabryki światła dawno pogasły, znużeni tkacze spali w mieszkaniach; ale tu panował ruch. Przyśpieszony oddech machiny parowej, tętnienie tłoków, huk młotów, turkot tokarni, zgrzyt pilników — potęgowały się na tle nocnej ciszy. W atmosferze nasyconej parą, pyłem węgla i delikatnemi opiłkami żelaza, jak błędne ognie migotały płomienie kilkudziesięciu lamp gazowych. Przez wielkie okna, nieustannie drgające od łoskotu, zaglądał księżyc.
W sali prawie nie rozmawiano. Robota była pilna, godzina późna, więc ludzie spieszyli się w milczeniu. Tu grupa czarnych kowali dźwiga wielką, rozpaloną do białości sztabę żelaza pod młot. Tam szereg ślusarzy, jak na komendę, schyla się i podnosi nad szeregiem śrubsztaków. Naprzeciw nich zgięci tokarze pilnują obrotu swoich machin. Z pod młotów pryskają iskry. Czasami rozlega się rozkaz albo przekleństwo. Niekiedy kucie i piłowanie przycicha, a wówczas słychać żałosny jęk wiatraków, dmuchających na kowalskie ogniska.
Największą tokarnią obsługuje Gosławski. Obtacza on duży, stalowy walec, który musi być wyrobiony bardzo dokładnie. Ale praca idzie niesporo. Gosławski dziś miał tyle zajęcia, że nie mógł nawet opuścić warsztatu w czasie pauzy wieczornej: jest więc bardzo zmęczony i senny. Trapi go lekka gorączka; strugi potu oblewają mu ciało.
Chwilami, skutkiem zmęczenia, doświadcza sennych halucynacyj, i zdaje mu się, że jest gdzie indziej, nie w warsztacie. Wnet jednak otrząsa się, zasmolonemi rękami przeciera oczy i z trwogą spogląda: czy nóż nie za wiele zebrał z walca?
— Oto spać się chce! — rzekł do niego sąsiad.
— Prawda! — odparł Gosławski, siadając na stołku.
— Chyba tak z gorąca — zauważył sąsiad. — Maszyna ogromnie rozpalona, kowale robią przy obu ogniskach... Zresztą, już późno... Zażyj pan tabaki!
— Bóg zapłać! — podziękował Gosławski. — Fajkaby mnie orzeźwiła, ale nie tabaka... Napiję się lepiej wody.
Odszedł parę kroków i zardzewiałym kubkiem zaczerpnął wody z beczki. Ale woda była ciepła, i Gosławski, zamiast orzeźwić się, uczuł, że jeszcze bardziej potnieje i opada z sił.
— Która u pana godzina? — zapytał sąsiada.
— Trzy kwadranse na dwunastą... Skończysz pan dziś robotę?
— Zdaje się, że skończę — odparł Gosławski. — Jeszcze trzeba na jaki włos zebrać... a tu mi się tak dwoi w oczach.
— Z gorąca! z gorąca! — mówił sąsiad.
Zażył znowu tabaki i poszedł do swojej tokarni.
Gosławski zmierzył średnicę toczonego walca, posunął nóż, ścisnął go śrubą i znowu puścił w ruch machinę. Po chwilowym wysiłku uwagi nastąpiła w nim reakcja i począł drzemać stojąc, z oczyma wlepionemi w błyszczącą powierzchnię walca, na którą upadały krople wody.
— Czyś pan do mnie co mówił? — zapytał nagle sąsiada.
Ale sąsiad, pochylony nad swoim warsztatem, nie słyszał pytania.
Teraz wydało się Gosławskiemu, że jest u siebie w domu. Żona i dzieci śpią, na komodzie pali się przykręcona lampa, jego łóżko już rozebrane. Oto stół, przy nim krzesło... Znużony, chciał usiąść na krześle, więc — oparł ciężką rękę na krawędzi stołu...
...W tej chwili tokarnia dziwnie zgrzytnęła. Coś w niej pękło, zaczęło się łamać i — straszny jęk ludzki rozległ się po warsztacie...
Prawa ręka Gosławskiego dostała się między tryby, które zajęły mu naprzód palce, potem dłoń, potem kość łokciową. Krew trysnęła. Nieszczęśliwy oprzytomniał, jęknął, szarpnął się i — padł obok tokarni. Przez mgnienie oka wisiał jak przykuty do machiny, ale zmiażdżone kości i poszarpane muskuły nie mogły utrzymać ciężaru, przerwały się i Gosławski runął na ziemię.
Wszystko to stało się w ciągu kilkunastu sekund.
— Wstrzymać maszynę! — krzyknął sąsiad Gosławskiego.
Ślusarze, tokarze, kowale porzucili robotę i zbiegli się do rannego. Maszynę wstrzymano. Jeden z robotników wylał na Gosławskiego konewkę wody. Jakiś młody robotnik, zobaczywszy fontannę krwi, tryskającą na tokarnią, na podłogę i na obecnych, dostał spazmów; kilku wybiegło z warsztatu, niewiadomo po co.
— Doktora!... — zawołał zmienionym głosem ranny.
— Bierzcie konie! biegnijcie do miasteczka! — krzyczeli robotnicy, jak nieprzytomni.
— Krew! krew! — jęczał ranny.
Obecni nie wiedzieli, czego chciał.
— Na miłość boską, zatamujcie krew! Zwiążcie rękę.
Ale nikt się nie ruszył. Jedni nie wiedzieli, jak związać rękę, drudzy osłupieli.
— Oto fabryka! — krzyknął sąsiad Gosławskiego. — Ani doktora, ani felczera. Gdzie Szmit? biegnijcie po Szmita!
Kilku ruszyło po Szmita, owego robotnika, który miał zastępować felczera. Tymczasem stary kowal, przytomniejszy widać od innych, ukląkł przy rannym i ścisnął mu palcami rękę powyżej łokcia. Krew poczęła spływać wolniej. Rana była straszna. Zamiast dłoni, zostały tylko dwa palce: wskazujący i wielki.
Reszta ręki prawie do łokcia była poszarpana i jakby usiekana z zakrwawionemi szmatami koszuli.
Ledwie w kwadrans zjawił się Szmit, przerażony nie mniej od innych. Obwiązał on zmiażdżoną rękę mnóstwem gałganów, które natychmiast przesiąkły krwią, i kazał zanieść rannego do domu.
Koledzy położyli go na warsztatowych noszach; dwu niosło go, dwu podtrzymywało mu głowę; reszta otoczyła ich — i tak szli gromadą.
W kantorze nie było nikogo; w pałacyku Adlera nie świeciło się. Psy, zwietrzywszy krew, zaczęły wyć. Nocny stróż zdjął czapkę i patrzył wybladły na orszak, posuwający się zwolna po gościńcu, oświeconym blaskami księżyca.
W otwartem oknie robotniczego domu ukazał się człowiek, ubrany w bieliznę, i zapytał:
— Hej! a co tam?
— Gosławskiemu urwało rękę! — odpowiedziano z gromady.
Chory cicho jęczał.
Zdaleka na gościńcu rozległ się turkot i kłus. Ujrzano parę siwych koni, stangreta w liberji na koźle, a w głębi powozu — rozwalonego Ferdynanda Adlera, który z pijatyki wracał do domu.
— Na bok! — krzyknął stangret na gromadę.
— To ty zjedź na bok, bo my niesiemy rannego.
Smutny orszak zrównał się z powozem. Młody Adler ocknął się z drzemki, wychylił się z powozu i zapytał:
— A to co?
— Gosławskiemu urwało rękę.
— Czy temu, co ma ładną żonę?
Chwila milczenia.
— Widzisz, jaki mądry! — mruknął ktoś.
Ferdynand oprzytomniał i, zmieniając ton mowy, zapytał:
— Doktór opatrzył go?
— Doktora niema przecież w fabryce.
— Ach, prawda!... A felczer?
— I felczera niema!
— Aha! To trzeba posłać konie do miasteczka.
— Jużci że trzeba — odpowiedział ktoś. — Może wielmożny pan zaraz z miejsca każe zawrócić?
— Moje konie są zmęczone — odparł Ferdynand — ale wyślę inne.
Powozik ruszył.
— Podły! — rzekł jeden z robotników. — Jak my zmęczymy się przy robocie, to nas nie zmienia, ale o konie to dba!
— Bo konia trzeba kupić, a ludzie są darmo — wtrącił inny.
Gromada doszła do domu, w którym mieszkał Gosławski. W oknie paliła się jeszcze lampa. Jeden z robotników ostrożnie zapukał.
— Kto tam?
— Niech pani Gosławska otworzy!
Po chwili we drzwiach ukazała się do połowy rozebrana kobieta.
— Co to jest? — zapytała, patrząc na gromadę przerażona.
— Mąż pani trochę skaleczył się, i przynieśliśmy go.
Gosławska podbiegła do noszów.
— Jezu mój! — krzyknęła. — Co tobie, Kaziu?
— Nie budź dzieci — szepnął mąż.
— Matko miłosierna, krew!... Tyle krwi!
— Cicho! cicho! — szeptał ranny. — Rękę mi urwało, ale to nic. Poszlijcie po doktora.
Kobieta zaczęła łkać, trząść się. Dwaj robotnicy wzięli ją pod rękę i wprowadzili do pokoju. Inni wnieśli rannego, który siniał z bólu i gryzł wargi, lecz obawiał się jęknąć, aby nie obudzić dzieci.
Zrana doniesiono Adlerowi o wypadku. Wysłuchał, pogrążony w zamyśleniu, i spytał:
— A doktór był?
— Posłano do miasta w nocy, ale i doktór i felczer rozjechali się do chorych.
— Trzeba sprowadzić innego. Trzeba także wysłać ale depeszę do Warszawy po ślusarza na miejsce Gosławskiego.
Około godziny dziesiątej poszedł do warsztatu obejrzeć tokarnią, która zepsuła się.
Przy nieszczęsnej machinie stąpił niechcący w kałużę krwi i drgnął, ale wnet zapanował nad sobą. Uważnie przypatrzył się zębatym kołom, na których widać było zsiadłą krew, ciało ludzkie, parę kawałków płótna z koszuli i kilka szczerb.
— Czy mamy jeszcze takie same kółko? — zapytał mechanika.
— Tak! — szepnął blady Niemiec, którego widok krwi przyprawiał o mdłości.
— A doktór jest?
— Jeszcze niema.
Adler syknął. Nieobecność lekarza robiła na nim przykre wrażenie.
Około południa dano znać fabrykantowi, że doktór przyjechał. Stary szybko wyszedł z domu. Przechodząc około drzwi Ferdynanda, który po pijatyce jeszcze spał, zapukał w nie kijem; ale syn nie odezwał się.
Przed mieszkaniem Gosławskiego stało dużo robotników. W kościele mało kto był. Wszyscy pragnęli dowiedzieć się o losie rannego i usłyszeć szczegóły wypadku. Gosławską i dzieci wzięła do siebie sąsiadka.
Tłum szemrał, ale gdy zobaczono Adlera, umilkły rozmowy. Tylko najbojaźliwsi witali się z nim, inni odwracali się, a śmielsi patrzyli na niego, nie uchylając czapek.
Fabrykanta coś tknęło.
— Czego oni chcą ode mnie? — pomyślał.
Zaczepił jednego z robotników Niemców i spytał, jak się chory ma.
— Niewiadomo — odparł zapytany pochmurnie. — Podobno mu odjęli całą rękę.
Adler posłał po doktora, aby wyszedł do niego.
— No, jak tam? — zapytał fabrykant.
— Umiera — odpowiedział lekarz.
Adler zatoczył się i rzekł podniesionym głosem:
— To nie może być! Ludzie przecież tracą obie ręce, nawet obie nogi, a jednak nie umierają...
— Opatrunek był zły, krew uszła. Przytem, chory jest przepracowany.
Odpowiedź ta rozeszła się prędko między stojącymi przy domu. Tłum znowu począł szemrać.
— Ja ale dobrze panu zapłacę! — rzekł Adler. — Niech pan tylko jego pilnuje starannie. To nie może być, ażeby mężczyzna z takiego skaleczenia umierał!
W tej chwili chory odezwał się. Lekarz pobiegł do mieszkania, a fabrykant zwrócił się zpowrotem ku domowi.
— Gdyby doktór był przy fabryce, nie stałoby się nieszczęście! — zawołał ktoś z tłumu.
— Nam wszystkim zejdzie na taki koniec, jeżeli będą nas trzymali w warsztatach do północka! — krzyknął drugi.
Tu i owdzie poczęto kląć i grozić. Ale olbrzymi tkacz włożył ręce do kieszeni i z podniesioną głową szedł przez największy tłum. Tylko oczy miał przymknięte, i szyja mu zbladła. Zdawał się nie słyszeć tego, co mówią dalsi, a bliżsi rozstępowali się przed nim, instynktownie odgadując, że człowiek ten nie lęka się ani klątw, ani pogróżek, ani nawet otwartej napaści.
Nad wieczorem Gosławski, którego nie odstępował doktór, wezwał żonę; weszła na palcach, chwiejąc się i powstrzymując łzy, które jej wzrok zasłaniały.
Ranny leżał dziwnie wynędzniały, z osłupiałemi oczyma. Przy mroku zdawało się, że twarz jego ma barwę ziemi.
— Gdzie jesteś, Magdziu? — spytał niewyraźnie, a potem mówił z długiemi przerwami — Już nic z naszego warsztatu! Niema ręki! Za nią i ja pójdę, bo pocobym miał darmo chleb zjadać?
Żona zapłakała.
— Czy jesteś tu, Magdziu?... Pamiętaj o dzieciach. Pieniądze są w tej szufladce, wiesz... Na mój pogrzeb... Tyle much lata mi przed oczami... Tak piszczy...
Zaczął się niespokojnie poruszać i chrapać, jak człowiek, który twardo zasypia. Doktór dał znak ręką, i ktoś gwałtem wyprowadził Gosławską do mieszkania sąsiadów.
W kilka minut wszedł tam lekarz. Biedna kobieta spojrzała mu w oczy i z płaczem uklękła na ziemi.
— O panie! dlaczego pan wyszedł od niego?... Czy z nim tak źle? Czy może...
— Bóg panią pocieszy — rzekł doktór.
Otoczyły ją kobiety i starały się uspokoić.
— Nie płaczcie, pani Gosławska. Bóg dał, Bóg wziął!... Wstańcie. Nie płaczcie, bo was dzieci usłyszą.
Wdowa aż zatchnęła się.
— O, zostawcie mnie na ziemi, mnie tu lżej — szeptała. — Niech wam Bóg da wszystko dobre, tak jak mnie dał złe. Już niema Kazika!... O mój ty człowieku kochany, pocóżeś tyle pracował i cierpiał?... Jeszcze onegdaj mówił, że w październiku będziemy na swojem... Masz swój grób, ale nie warsztat... Och...
Aż czkawki dostała z płaczu i poczęła gryźć chustkę, byle łkań nie usłyszały dzieci.
Ale gdy do mieszkania nieboszczyka weszło kilku robotników i poczęli odsuwać sprzęty, gdy zrozumiała, że męża jej żaden hałas już nie obudzi, jęknęła strasznym głosem i wpadła w omdlenie.
Śmierć Gosławskiego stała się źródłem zaburzeń w fabryce i kłopotów dla Adlera. We wtorek przyszła do niego deputacja, prosząc, aby pozwolił wszystkim robotnikom wyjść na pogrzeb. Fabrykant uniósł się gniewem, pozwolił wysłać po kilku delegatów z każdej sali, a jednocześnie zapowiedział, że każdy inny robotnik, który poważy się opuścić warsztat, zapłaci karę.
Pomimo to większa część robotników tłumem wyszła. Adler nakazał zrobić apel, każdemu nieobecnemu strącić z płacy połowę dziennego zarobku i dwa złote za karę.
Wówczas gorętsi zaczęli namawiać kolegów do porzucenia fabryki, a jeden z palaczy bąknął, że wartoby kocioł wysadzić w powietrze. W każdym innym razie Adler gawędy te puściłby mimo uszu, ale teraz wściekłość go ogarnęła. Szemrania nazwał buntem, zażądał straży z miasta, śmielszych wygnał z fabryki raz na zawsze, a palaczowi wytoczył proces.
Wobec tak stanowczych kroków robotnicy zmiękli. Przestali grozić bezrobociem, lecz natomiast żądali, ażeby Adler przyjął napowrót wygnanych, a za pieniądze z kar ażeby choć felczera ugodził do fabryki.
Adler odpowiedział na to, że zrobi tak, jak jemu się podoba i kiedy mu się podoba, a o wypędzonych ani chciał słuchać.
W następny poniedziałek było już cicho w fabryce, a pastor Böhme przyjechał do Adlera, ażeby go udobruchać i skłonić do słusznych ustępstw dla robotników. Nadspodziewanie zastał przyjaciela swego bardziej zaciętym, niż kiedykolwiek. Na wszystkie przedstawienia stary tkacz odpowiadał, że jeżeli miał co zrobić, to już teraz nic nie zrobi. Raczej zamknie fabrykę.
— Ty ale wiesz, Marcinie — mówił Adler — że oni nas w gazetach opisali? W jakiemś piśmie humorystycznem wyśmiewają mego Ferdynanda, a w dziennikach mówią, że Gosławski zginął z powodu nadmiaru pracy i braku doktora!...
— Jużci w tem jest część racji... — odparł Böhme.
— Niema żadnej! — krzyknął fabrykant. — Ja więcej pracowałem niż Gosławski, i każdy niemiecki robotnik więcej pracuje. A doktór mógł był tak samo wyjechać z fabryki do chorego, jak wyjechał z miasteczka...
— Zostałby jednak felczer... — wtrącił pastor.
Adler na ten zarzut nic nie odpowiedział. Chodził po pokoju wielkiemi krokami i sapał; wkońcu zaproponował gościowi, ażeby przenieśli się z mieszkania do ogrodu.
— Johann! — krzyknął na odchodnem — wynieść flaszkę reńskiego wina do altanki.
Przyszli do altany, która stała nad sadzawką. Łagodny powiew wiatru, chłód drzew, a może i kielich dobrego wina, uspokoiły Adlera. Böhme przypatrywał się olbrzymowi przez wierzch złotych okularów, a widząc w nim zmianę na lepsze, umyślił przypuścić jeszcze jeden atak.
— No! — rzekł, trącając jego kieliszek swoim. — Człowiek, który pije takie doskonałe wino, nie może mieć twardego serca. Daruj im karę, miły Gotliebie, przyjmij wypędzonych i zgódź doktora... Za twoje zdrowie!...
— Piję za twoje zdrowie, Marcinie, i powiadam: nic z tego!... — odparł fabrykant już bez gniewu.
Pastor potrząsł głową.
— Hm!... — mruknął — to źle, żeś taki zacięty.
— Nie mogę moich interesów poświęcać dla sentymentu. Jeżeli dziś ustąpię im na tysiąc rubli, to oni jutro zechcą miljona.
— Przesadzasz! — odparł Böhme kwaśno. — A ja ci powiem, że jeżeli za dziesięć tysięcy rubli możesz skończyć tę historją, to daj piętnaście — i kończ!...
— Już się ale wszystko skończyło — rzekł Adler. — Hultaje poszli precz, a inni dowiedzieli się, że u mnie jest rygor. Gdybym ja był taki miękki, jak ty, cała fabryka chodziłaby mi po głowie.
Pastor umilknął, podniósł oczy dogóry, zamyślił się. Potem począł rzucać na czystą powierzchnią sadzawki to korek, to kawałki drzewa...
— Czego ty ale, Marcinie, rzucasz śmiecie na wodę? — spytał go Adler.
Pastor pokiwał głową i wyciągnął rękę w kierunku sadzawki, na której każdy rzucony przedmiot wytwarzał coraz szersze koła.
— Czy widzisz, Gotliebie, te fale?... — spytał fabrykanta. — Widzisz, jak one rosną i płyną coraz dalej?...
— Tak się zawsze robi — odparł Adler. — Cóż w tem dziwnego?
— Masz racją — rzekł pastor. — Tak się robi zawsze i wszędzie: na sadzawce i w naszem życiu. Kiedy złe, czy dobre upadnie na świat, powstają około niego fale coraz większe i idą dalej a dalej...
— Nic nie rozumiem! — przerwał Adler, pijąc flegmatycznie wino z kielicha.
— Zaraz ci wytłomaczę, tylko nie gniewaj się.
— Ja się na ciebie nigdy przecie nie gniewam — odpowiedział fabrykant.
— Otóż, widzisz, jest tak. Ty źle wychowałeś syna i rzuciłeś go w świat, jak ten patyk na wodę. On narobił długów, i to jest pierwsza fala. Ty zniżyłeś płace robotnikom i oddaliłeś lekarza, a to jest druga fala. Śmierć Gosławskiego — to trzecia. Nieporządki w fabryce i opisy w gazetach — czwarta. Wypędzanie robotników, procesy — to piąta fala... A jaka będzie szósta i dziesiąta?...
— Nic mnie to nie obchodzi! — rzekł Adler. — Niech sobie twoje fale idą w świat i trapią głupich, mnie nic do tego...
Pastor rzucił korek przy brzegu sadzawki i znowu wskazał go tkaczowi.
— Patrz, Gotliebie! Niekiedy dziesiąta fala odbija się od brzegu i wraca... tam, skąd wyszła.
Starego fabrykanta zastanowiło to porównanie, bardzo zresztą jasne. Przez chwilę można było myśleć, że się waha, że zbudziła się w nim jakaś nieokreślona obawa.
Ale trwało to tylko chwilę. Adler miał umysł zbyt realny i zbyt słabą wyobraźnią, ażeby mógł bawić się w przeczuwanie odległych wypadków. Osądził więc, że pastor bredzi po kaznodziejsku, i odparł, śmiejąc się, grubym głosem:
— Ho! ho! mój Marcinie, to też ja postarałem się, ażeby twoja fala nie wróciła do mnie.
— Kto wie?...
— Ani doktór nie wróci, ani podżegacze do bezrobocia, ani pieniądze za kary, ani... ani nawet Gosławski!...
— Nieszczęście może wrócić...
— Ho! ho!... nie wróci, nie!... A jeżeli wróci, rozbije się o moją pięść, o fabrykę, o towarzystwo asekuracyj, o policją, a nareszcie — o mój majątek...
Późno w nocy rozeszli się przyjaciele.
— Jaki to warjat z tego Marcina! — myślał fabrykant. — On mnie chce nastraszyć!...
A pastor, jadąc swoim wózkiem do domu, patrzył w niebo i z trwogą zapytywał:
— Jaka tu fala powróci?...
Porównanie to przyszło mu na myśl znienacka, i Böhme uważał je za pewien rodzaj objawienia. Wierzył, że fala krzywdy wrócić musi, ale kiedy i która?...
Tej nocy miał niespokojne sny. Rzucał się i krzyczał, aż zbudziła go żona.
— Marcinie! co ty wygadujesz?... czyś chory?...
Böhme siadł na łóżku, oblany zimnym potem.
— Czy ci się śniło co strasznego?... — zapytała żona.
— Tak, ale nie pamiętam... Czy ja co mówiłem?...
— Wołałeś coś nie do rzeczy: „Fala!... wraca!... wraca!...“
— Niech nas Bóg ma w swojej opiece! — szepnął pastor, czując w głębi serca wielką trwogę.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Głowacki.