Poezye Ludwika Kondratowicza/Tom VI/Rymy łacińskie Jana Kochanowskiego/Elegia VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
ELEGIA VII.
(Księga IV. Elegia 3).

Quae vaga curricula, o Firleu, quae reampla theatra.

Nie amfiteatr, nie wóz zapaśniczy,
Nasze, Firleju, zadowoli oczy:
Nam bardziej k’sercu widok tajemniczy,
Ponętny widok natury uroczej.
Czyż malowidło spodoba się tyle,
Jak kwiat, ocienion na barwy tysiące?
Czyż mocniej błyszczą kryształy, beryle,
Nad majską rosę, co błyszczy na łące?
Pochyłe wzgórze, lub bór gęsto-liści,
Lub błędna fala, co w ciągłej podróży
Nie samej jedno przyjemności służy,
Lecz niesie piękne owoce korzyści.
Stąd człek śmiertelny pożywienie bierze,
Gdy krzepkim pługiem rznie skibę na roli;
Stąd miały paszę bydlęta i zwierze,
Co wysługują człowiekowi gwoli.
Same pustoszę dzikie i nieżyzne
Swojemi skarby zadziwią najsłodziej;
Bo niech-no oracz skarczuje nowiznę,
Na wagę złota swój pot wynagrodzi.
Ani perłowe konchy oceanu
Nie są tak cenne, jak te sterty zboża:
Dań nieprzebraną niosą swemu panu,
Jako strumienie i rzeki do morza.

Patrz na wysoką firmamentu nawę,
Jak ci się wyda za pogodną nocą,
Kiedy Hyady, Plejady złotawe
Iskrami ogniów na stropie migocą?
Tu Oryona płomieniste kreski
Straszą żeglarzów, bo tu grozi burza;
Tu ćma gwiazd inszych; firmament niebieski,
Szparko wirując, w zachód się ponurza;
Tu zodyacznych pięć dopatrzysz zorzy,
Tu błędne gwiazdy w ruchawym płomyku...
Z tych kołowrotów cały rok się tworzy,
I pasmo wieków bez końca, bez liku.
A w środku słońce żarzy się i świeci,
Na bystrych koniach pomyka się cudnie;
Z niego pogody, burze i zamieci,
Mroźliwa północ i skwarne południe.
Księżyc, co ciągle to stary, to nowy,
To w jasnej pełni, to w półnowiu bladem,
Nie bez przyczyny, ani bez wygody
Stworzon tak blizkim dla ziemi sąsiadem:
Aby, na twarzy mając przemian tyle,
Ściągnął na siebie uwagę człowieczą,
By człowiek, w ziemskim zakurzony pyle,
Uczył się myśleć nad niebieską rzeczą.
Poznaj sam siebie, do dawnego Greka
Czyż to źle rzekli delficcy wróżbici?
Poznaj, Firleju, przyrodę człowieka,
A dość twój umysł zajmie się, nasyci:
Jak różne kształty natura wydaje,
W jak różną postać oblekła swe dzieci,
A każda postać ma swe obyczaje,
Cóż więc dziwnego, że w tyle stuleci
Ledwo trzech drużby dojrzano oznaków?
Bo różność serca zgody nie wytrzyma.
Gdzie różność chęci, gdzie duch niejednaków,
Tam pewno węzła przyjaznego niema.
Czytasz, Firleju, o Sfinksach, lub Scylli,

Lub o Centaurach — nie śmiej się z tej zgrai;
Ci cudowiska, choć nigdy nie żyli,
Lecz w nich nauka treściwa się tai,
Że człek hołduje dwoistej przyrodzie.
Patrzaj na ludzi, na ich twarz namiętną:
Tego gniew burzy, tego żądza bodzie,
Gdzie tu rozwaga? gdzie rozumu piętno?
W żądzy namiętnej niebaczni i dzicy,
Pamięć na siebie zatracamy w gniewie,
Jak koń szalony, zerwan z uździenicy,
Leci, ucieka, choć sam drogi nie wie,
Pędzi, czwałuje, lęka się i płoszy,
Już go nie pojmać, — i ludzka czereda,
Gdy hasa w ślepym popędzie rozkoszy,
Pewno się wstrzymać i ocuglić nie da.
Daremnie nosi człowiecze nazwisko
Ów, co hołduje popędowi chęci;
Jest to Centaur, zlepek, cudowisko,
Ciało ma ludzkie, lecz umysł bydlęci.
Czyż z tymi ludźmi w jakimkolwiek czasie
Godzi się równać wielkich mężów łona?
Czyż wszystko człowiek, co człowiekiem zda się,
Co nosi głowę, ręce i ramiona?
Nie ci są męże, co ciałem odziani,
A ducha swego zwierzęcą sromotnie;
Mąż jest — kto idzie, gdzie rozum hetmani,
Kto fałsz i prawdę rozpoznawa lotnie,
Kto z dróg występków dróg cnoty dochodzi,
I kto następność z początków obliczy,
Takiego człeka mężem zwać się godzi.
Kto się w tych rzeczach ustawicznie ćwiczy,
Narzucił jarzmo swym żądzom na szyję,
U niego cnotą sprawiedliwość święta, —
Taki właściwie życiem ludzkiem żyje
I na szlachetność ludzkiej krwi pamięta.
Za słonem morzem, gdzie przestrzeń daleka,
Gdzie twarde prawa śmierci i boleści,

Gdzież jest zacniejsze zwierzę nad człowieka?
A czemuż człowiek, jak zwierz się bezcześci?!
Świat dla nas stworzon, z darami swojemi!
Zwykliśmy mówić — lecz wątpię coś dużo:
Patrz na użytek powietrza i ziemi,
Wszak to człekowi i bydlętom służą.
Gdy ród stanowi te szczeble wzajemne,
Nie bierzmy jeszcze zuchwałej otuchy:
Jesteśmy wyżsi nad zwierzęta ziemne,
Lecz wyższe od nas nadobłoczne duchy.
Gdy tworząc światów Bóg łaskawy tyle,
Chciał dać pierwszeństwo człowieczej przyrodzie,
Za cóż tygrysy, lwy i krokodyle
Stworzył na ziemi gwoli naszej szkodzie?
Przecz głód nas nęka? przed zarazą drżymy?
Przecz dajem śmierci daniny ofiarne?
Mijam krainy wiekuistej zimy,
I kędy słońce promienieje skwarne;
Mijam przepaści, i morza, i skały,
Wolę godziwsze, bezpieczniejsze żniwo.
Czemuż grunt ziemski ciernisty, stwardniały,
Tak się oraczom stawi uporczywo?
Człowiek, szarpany od dzikiego głodu,
Nie szczędzi siły, nie patrzy, że praca:
Rznie sochą skibę, — ileż to zawodu!
Ileż się razy trud w niwecz obraca?
To susz lipcowa nasze morgi pali,
To deszcz rozgrzęzi, to wiatr je ostudzi.
Źle więc, Firleju, źle mówią zuchwali,
Że cała ziemia stworzona dla ludzi.
Powiedzmy raczej, że Ojciec, co w Niebie,
Rządząc się swoją Opatrznością Boską,
Swoje ma cele, dla samego siebie
Ulepił ziemię prawicą mistrzowską.
Ażeby wydać znakomite dzieło,
Godne swej siły, mądrości, dobroci.
Gdzież co większego nad ten cud stanęło?

Gdzie mistrz bieglejszy? ........
On miłem okiem po całym zakresie
Swojemu dziełu przygląda się bacznie.
U nas, gdy bogacz wielki pałac wzniesie,
Już go wspaniale przyozdabiać zacznie,
By odpowiadał znaczeniu i części,
Świadczył przychodniom bogactwa książęce;
Stare swe skarby w komnatach umieści,
Złoto, marmury, oręże i wieńce,
Konie i służbę, od tego dom pański
Ma swą wygodę, stąd cześć jego znamy.
Tu widzisz: bogacz, jak król afrykański,
Słonie postawił na straży u bramy,
I w swojem sercu pyszni się i cieszy,
Mniema, że będzie wiekować budowa.
Śmiejesz się z niego bo czyż nie rozśmieszy
Taka chełpliwa, nierozważna mowa?
Chyba opilcy śni się nie do rzeczy,
Że świat na jego stworzony wesele,
Kiedy sam rozum i natura przeczy,
I świat wskazuje, że wyższe ma cele.
Tak! wyższe cele: ten przestwór daleki,
To Boży Kościół, zbudowany gładko;
A my śmiertelni i przelotne wieki
Jesteśmy Pańską służebną czeladką.
Ziemia jest Bożą, i ku Bożej chwale,
Jeno z niej zażyć na pożytek dano;
Wzięliśmy od niej rozliczne metale,
Na których służby nasze wypisano:
Żelazo czarne, jako rola czarna,
Bo niem się kroi chleborodna niwa.
Miedź różnie służy, więc w rozliczne ziarna
Jak Boże słońce jasno połyskiwa;
A srebro zasię dane człowiekowi
Wyciągać jady, dopomagać w boju.
Złoto świat rządzi i prawa stanowi,
Daje bogactwo i żywot w spokoju.

Kto bez łakomstwa, lecz jak chce przyroda,
Szuka z tych darów właściwej korzyści,
Swojej ojczyźnie prawych ozdób doda
I rozkazanie Najwyższe uiści.
Śmiałe nadzieje niech rokuje wcześnie,
Śmierć go postawi na prawicy Bożej;
Lecz w czyich ręku metal się zapleśni,
Chciwiec — ojczyźnie blasku nie pomnoży!
Jako czmiel w pszczołach, Pospolitej Rzeczy
Będzie szkodnikiem, cały wiek przejęczy;
A w jego trupie ropucha zaskrzeczy,
A jego duszę fury a udręczy.
Bo nasza dusza słodko lub dotkliwie
Na całą wieczność przetrwa w swoim bycie;
Bo gdy Bóg żywie, sprawiedliwość żywie.
A jednak często na ludziach widzicie,
Że poczciw znosi dolę nieszczęśliwą,
Że występnemu sprzyjają zamiary.
Więc Bóg niesłuszny? — O nie! jako żywo!
Indziej jest wieczność nagrody i kary.
Nad żywem ciałem nie spełnią wyroku,
Lecz kiedy ciało skazitelne złożym,
Gdy wielka przyszłość da się widzieć oku,
Wtedy ulegniem wielkim sądom Bożym.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Jan Kochanowski i tłumacza: Ludwik Kondratowicz.