Podróż w czasie/XII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Herbert George Wells
Tytuł Podróż w czasie
Podtytuł Opowieść fantastyczna
Wydawca Bronisław Natanson
Data wydania 1899
Druk P. Laskauera i W. Babickiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Feliks Wermiński
Tytuł orygin. The Time Machine
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


XII.
W ciemności.

Kiedyśmy wychodzili z pałacu, słońce było jeszcze nieco nad poziomem. Postanowiłem dojść do Białego Sfinksa nazajutrz wczesnym rankiem, a przed zmrokiem jeszcze chciałem się przedrzeć przez lasy, które mnie zatrzymały były dnia poprzedniego. Miałem postanowienie zajść jak można najdalej tej nocy, a roznieciwszy ogień, spać już pod jego osłoną. Dlatego też po drodze zbierałem wszelkiego rodzaju gałązki i suche trawy, i już miałem pełną naręcz tego paliwa. Przy takiem obciążeniu posuwałem się wolniej, niż chciałem, a nadto Uina była zmęczoną. Ja również zaczynałem już cierpieć od braku snu; tak, iż doszliśmy do lasu dopiero w środku nocy. Na zboczu pagórka, pokrytego zaroślami, Uina chciała się zatrzymać, w obawie ciemności; lecz szczególne uczucie grożącego niebezpieczeństwa, które powinienem był uważać za znak ostrzegajacy, pognało mnie naprzód. Przez całą jedne noc i dwa dni wcale nie spałem i byłem zgorączkowany, podniecony; opadała mnie coraz większa senność, a wraz z nią czułem i zbliżających się Morloków.
Gdyśmy się wahali: czyby istotnie już nie przystanąć? — na ciemnem tle krzaków za sobą ujrzałem trzy pełzające postaci. Byliśmy w gęstwinie leśnej, w wysokiej trawie, tak, iż nie czułem się zabezpieczonym od zdradzieckiego podejścia. Na oko, las nie miał nawet całej mili angielskiej wgłąb. Gdybyśmy mogli dojść przez las do obnażonego boku pagórka, pozyskalibyśmy bezpieczne stanowisko; sądziłem, że zapałkami i kamforą będę mógł oświecać sobie drogę przez las. Oczywiście, chcąc korzystać z zapałek, musiałem wypuścić z rąk ów niesiony z sobą opał, i dosyć też niechętnie złożyłem go na ziemi. Wtedy przyszło mi do głowy, że jeżeli podpalę chróst, wprawię w ogromne zdziwienie naszych nieprzyjaciół. Przekonałem się później, iż w tym zamyśle było straszne szaleństwo; lecz na razie wydało mi się to znakomitą taktyką dla zasłonięcia odwrotu.
Nie wiem czy pomyśleliście kiedy, jak rzadką rzeczą jest płomień w klimacie umiarkowanym przy nieobecności człowieka. Ciepło słoneczne rzadko kiedy bywa tam tak silnem, aby mogło zapalić, nawet jeżeli jest zogniskowane przez krople rosy, co się niekiedy zdarza w okocach podzwrotnikowych. Piorun może opalić i zwęglić, lecz rzadko kiedy wznieca pożar szerzący płomienie. Butwiejące rośliny niekiedy rozgrzewają się od ciepła fermentacyi, lecz również rzadko kiedy zajmują się płomieniem. A nadto w tej epoce upadku zapomniano już na ziemi sztuki rozniecania ognia. Czerwone języki, które zaczęły lizać naręcz mojego drzewa, były nowym przedmiotem podziwu dla Uiny.
Podbiegła do ognia, aby się nim ubawić. — Przypuszczam, że rzuciłaby się w ogień, gdybym jej nie powstrzymał. Lecz schwyciłem ją wpół i pomimo jej oporu śmiało zapuściłem się w las. Na niewielkiej przestrzeni blask płomienia oświecał drogę. Obejrzawszy się za siebie, zauważyłem wśród krzyżujących się konarów, że od mojego stosu płomień przeskoczył do krzaków przyległych i po trawie pagórka pełzała już wężowata linia płomienia. Uśmiechnąłem się i skierowałem ku gęstwinie leśnej, którą miałem przed sobą. Było bardzo ciemno. Uina przycisnęła się do mnie konwulsyjnie... W powietrzu cisza... Oczy moje przywykły były do ciemności: widziałem dość dobrze, aby omijać gałęzie. Nad głowami swemi mieliśmy zupełnie czarną ciemność z wyjątkiem rzadkich szczelin, przez które przeświecały plamy blado-błękitnego nieba. Nie zapalałem zapałek, bo nie miałem rąk wolnych. Na lewem ramieniu niosłem moją małą, w prawej ręce trzymałem drąg stalowy.
Przez pewien czas nie słyszałem nic, prócz chrzęstu gałęzi pod nogami, słabego szmeru wiatru nad głową, własnego swego oddechu i tętna arteryi w uszach. Później usłyszałem około siebie dreptanie. Rozzłoszczony, posuwałem się naprzód. Dreptanie stawało się coraz wyraźniejszem. Rozróżniałem już teraz te same dziwne dźwięki i głosy, którem słyszał już tam, w świecie podziemnym: widocznie, Morloki usiłują mnie osaczyć. Istotnie, naraz uczułem pociągnięcie za surdut, a później za rękę. Uina gwałtownie zadrżała; po chwili ucichła zupełnie.
Był czas zapalić zapałkę; lecz dla wykonania tego musiałem ciężar mój złożyć na ziemi: złożyłem, a gdym szukał w kieszeni, u kolan moich w ciemności zawiązała się walka przy zupełnem milczeniu Uiny i osobliwszem jakby gruchaniu Morloków. Miękkie, drobne ręce pełzały po moim tułowiu i grzbiecie i dotykały nawet szyi. Zapałka błysła z trzaskiem. Trzymałem ją w ręku: ujrzałem białe grzbiety Morloków uciekających pomiędzy drzewami. Czemprędzej porwałem z kieszeni kawał kamfory, gotów go zapalić natychmiast, gdy już zapałka dopalać się będzie.
Spojrzałem na Uinę: leżała, uczepiwszy się nóg moich, bez ruchu, z twarzą zwróconą ku ziemi. W nagłym przestrachu pochyliłem się ku niej. Zdawało się, iż zaledwie oddycha. Zapaliłem kawał kamfory i cisnąłem go na ziemię, a gdy pękał i palił się już i odpędzał i Morloków i cienie, ukląkłem i podniosłem bezwładną. Las za mną był pełen szmeru i zgiełku licznego tłumu.
Uina była jakby zupełnie omdlałą. Wziąłem ją łagodnie na plecy i podniosłem się, aby iść dalej. Wtedy poznałem prawdę straszliwą. Podczas manipulacyi z zapałkami i Uiną, obracając się ciągle na wszystkie strony, utraciłem kierunek drogi i najmniejszego już nie miałem pojęcia, w którą iść stronę. Wiedziałem tylko to, że w tyle za sobą mam Pałac z zielonej porcelany. Zimny pot mnie oblewał. Musiałem prędko obmyślić co robić. Postanowiłem rozniecić ogień i obozować w tem miejscu, gdzie-śmy przystanęli. Złożyłem na murawie Uinę, wciąż jeszcze jakby martwą, pośpiesznie, gdyż szybko znikał pierwszy kawałek kamfory, zacząłem zbierać gałęzie i suche liście; — tu i owdzie dokoła mnie świeciły oczy Morloków jak karbunkuły.
Kamfora zasyczała i znikła. Potarłem zapałkę: spostrzegłem, że dwie białe postaci, które zbliżały się już do Uiny, szybko umykały. Jedne ogień tak oślepił, że pędziła prosto na mnie, i czułem jak jej kości zaskrzypiały pod uderzeniem mojego kułaka. Wydała jęk żałosny, zachwiała się i upadła. Zapaliłem drugi kawałek kamfory i zacząłem zbierać paliwo. Zauważyłem nadzwyczajną suchość gałęzi rosnących na wzgórzu: od czasu mego przyjazdu na Machinie Czasu, od tygodnia już, nie padał deszcz. Zamiast przeto zbierać pośród drzew gałęzie już opadłe, zacząłem podskakiwać w górę i chwytać na dół konary jeszcze żywe na drzewach. Bardzo prędko roznieciłem dymiący ogień z zielonych gałązek i suchego chróstu, i mogłem sobie w ten sposób oszczędzić kamfory.
Wróciłem do Uiny: leżała koło mojej stalowej maczugi. Nie żałowałem wysiłków, aby ją ocucić, lecz leżała wciąż jak martwa. Nie mogłem nawet dla własnego spokoju przekonać się czy jeszcze oddycha.
Teraz dym szedł prosto na mnie. Pod działaniem jego ociężałem, zacząłem tracić siły. Nadomiar złego powietrze było przesycone kamforą. Ognia nie potrzebowałem wcale zasilać przez jaką godzinę. Czułem się bardzo zmęczonym po trudach, i usiadłem. A las wciąż był pełen usypiającego szumu, którego nie rozumiałem. Wiedziałem tylko to, że mi głowa na ramiona opadła...
Otworzyłem oczy. Ciemność dookoła... Morloki wyciągają ręce, sięgają po mnie. Odtrącając ruchliwe ich palce, macałem po kieszeniach, szukałem zapałek: przepadły! Wtedy obskoczyli mnie po raz drugi. Odrazu zrozumiałem co się stało. Spałem; ogień mój zagasł... i cała gorycz śmierci ogarnęła duszę. Las pełen był spalenizny z płonących drzew. Pochwycony za szyję, za włosy, za ręce, staczałem się w dół. Było to niesłychanie okropnem czuć na sobie w ciemności miękkie oślizgujące się dotknięcia tych istot. Czułem się jakby w ogromnej jakiejś pajęczynie. Byłem zmożony: upadłem. Czułem drobne ząbki, kąsające mnie w szyję. Wywróciłem się i w upadku ręka moja dotknęła stalowego drąga. To dodało mi siły. Podjąłem walkę na nowo: strącałem z siebie te ludzkie szczury i, silnie ująwszy żelazo, waliłem tam, gdziem sądził, że mogą być ich łby. Czułem jak ciała i kości pod ciosami mojemi ustępowały. W ciągu minuty byłem już wyswobodzony.
Opanowało mnie to dziwne podniecenie, jakie często towarzyszy zaciętej bitwie. Wiedziałem, że oboje z Uiną jesteśmy zgubieni, lecz powiedziałem sobie, że Morloki muszą drogo zapłacić za to mięso, które spożywali. Oparłem się o drzewo i wywijałem przed sobą stalowym drągiem. Cały las był pełen ich szmerów i krzyków. Upłynęła minuta. Z głosów Morloków wnosiłem, że muszą być w najwyższym stopniu rozżarci; ruchy ich stały się szybszemi. Naraz nie było już żadnego wkoło mnie na odległość ramienia. Stałem wpatrując się w mrok. Wróciła mi nadzieja. Czyżby się przestraszyli? W jednym momencie stała się rzecz dziwna. Ciemność widocznie ustępowała. Niejasno zacząłem rozróżniać około siebie Morloków — trzech podbiegło mi pod nogi — i z niewypowiedzianem zdziwieniem spostrzegłem, że i inni biegli, płynęli nieustannym potokiem, o ile rozpoznać mogłem, z tej części lasu, którą miałem już za sobą, w tę, która mnie jeszcze czekała. Plecy ich wydawały się, nie białemi, lecz czerwonemi. Gdy tak stałem z otwartemi ustami, ujrzałem małą iskierkę czerwoną, jak przeleciała przez kawałek gwiaździstego nieba wśród gałęzi i znikła. I wtedy już zrozumiałem zapach palącego się drzewa, usypiający szmer, który teraz wzrastał w głośny gwar, — zrozumiałem czerwone światło i ucieczkę Morloków.
Odstąpiwszy od drzewa i spoglądając za siebie, ujrzałem płomienie palącego się lasu za ciemnemi ścianami drzew najbliższych. Było to moje najpierwsze ognisko; teraz szło za mną. Jednocześnie obejrzałem się za Uiną: już jej nie było. Syczenie i trzask poza mną, pękanie z łoskotem każdego świeżo zapalającego się drzewa pozostawiały mi mało czasu do namysłu. A mój drąg stalowy wciąż jeszcze bił, uderzał. Puściłem się za Morlokami: była to nędzna rasa! Raz płomienie przemknęły się tak szybko na prawo ode mnie, że już mnie oskrzydlały: musiałem rzucić się na lewo. Lecz w końcu wydostałem się na niewielką polanę leśną i w tej chwili jakiś Morlok, biegnąc na oślep, natknął się na mnie, odbił się i wpadł prosto w płomienie.
Wówczas uderzył mnie widok jeszcze dzikszy, najstraszniejszy, jak sądzę, ze wszystkiego, co przeżyłem w tej przyszłej epoce świata. Cały przestwór od blasku ognia był jasny jak we dnie. Po środku wznosiła się wyżyna czy też pagórek, pokryty kolącym głogiem. Dalej ciągnęła się odnoga płonącego lasu z wijącemi się z niej żółtemi językami, okalająca przestrzeń jakby ognistym parkanem. Na pagórku stało ze trzydziestu czy czterdziestu Morloków, oślepłych od światła i żaru, biegających tu owdzie, w oślepieniu wpadających na siebie. Z początku nie zdawałem sobie sprawy z ich ślepoty i w szale strachu wściekle waliłem w zbliżających się ku sobie, niejednego zabijając i kalecząc. Lecz gdym się przyjrzał ruchom jednego z nich, jak pełzał pod cierniami, gdym usłyszał ich jęki — byłem już pewny zupełnej ich bezradności i niedoli wobec ognia i na żadnego z nich już więcej ręki nie podniosłem.
Chwilami któryś z nich wpadał prosto na mnie, wzbudzając odrazę, która mię zmuszała do usuwania się na bok. Naraz płomienie przygasły, i zacząłem się już obawiać, żeby mnie te nędzne istoty nie dostrzegły. Już myślałem rozpocząć walkę, aby, zanim do niej przyjdzie, z osobna ich zabijać, lecz ogień znów zapłonął jasno, i powstrzymałem rękę. Chodziłem po pagórku, na którym się roili; wymijając ich jednak szukałem tylko jakiegokolwiek śladu Uiny: Uina znikła.
W końcu usiadłem na wierzchołku pagórka i zacząłem się przyglądać temu nie do uwierzenia dziwnemu tłumowi oślepłych stworzeń, które roiły się teraz w różnych kierunkach a wydawały dzikie głosy, ilekroć je ogień żarem swym dotknął. Kłębiące się słupy dymu wzbijały się w niebo, a w rzadkich skrawkach czerwonego sklepienia niebios, dalekiego, jakby należało do innego świata, błyszczały małe gwiazdki. Dwóch lub trzech Morloków wpadło na oślep na mnie; z dreszczem wstrętu odpędziłem ich kułakami.
Przez większą część tej nocy czułem jakby to, co się działo ze mną, było tylko nocną zmorą. W złości biłem samego siebie i krzyczałem namiętnie, pragnąc się obudzić. Waliłem pięściami w ziemię, podnosiłem się i siadałem, biegałem na wszystkie strony i znowu rzucałem się na ziemię. Padałem, trąc oczy i błagając Boga, aby mnie rozbudził. Po trzykroć widziałem Morloków, pochylających głowy jakby w agonii, i wpadających w ogień. Lecz w końcu ponad nieustającą czerwienią ognia, ponad płonącemi masami czarnego dymu, ponad bielejącemi i czerniejącemi pniami drzew, ponad zmniejszającą się wciąż liczbą tych ciemnych stworzeń — zabłysło białe światło dnia.
Znowu zacząłem szukać śladów Uiny, lecz by najmniejszego nawet już nie było. Jasnem się stało, iż biedne, drobne jej ciałko pozostawili w lesie. Nie zdołam wam opisać, jaką mi sprawiła ulgę myśl, że uniknęła złowrogiego losu, jaki ją czekał. Myśląc o tym losie, poczułem znowu chęć mordowania tego wstrętnego a na zagładę już wydanego robactwa, które mnie opadło, lecz powstrzymałem się. Pagórek, jak wspominałem, był rodzajem wyspy w lesie. Z wierzchołka jego zdołałem przez mgłę dymu dostrzedz Pałac z zielonej porcelany, a stamtąd już mogłem posłać wzrok w stronę Białego Sfinksa. Opuszczając niedobitki tych przeklętych istot, które błąkały się jeszcze tu i owdzie i wskutek wzmagającej się jasności dziennej ze strachu jęczały, owinąłem sobie nogi trawą i przeskakiwałem przez dymiące zgliszcza i około czarnych pni, które jeszcze buchały ogniem z wnętrza, — zdążając tak do miejsca, w którem Morloki schowali byli Machinę Czasu, — Posuwałem się zwolna, gdyż byłem śmiertelnie znużony: kulałem, czułem przytem wielką żałość z powodu okrutnej śmierci małej Uiny. Odczuwałem ją jak nieszczęście, które całego mnie przytłaczało.
Tu, w tym pokoju, do któregom tak nawyknął, jest to dla mnie raczej smutkiem doznanym we śnie, niż stratą rzeczywistą; lecz owego poranku zniknienie Uiny absolutnie mnie osamotniło — czułem się straszliwie opuszczonym. Pomyślałem o swoim domu, o tem ognisku domowem, o niektórych z was, a wraz z temi myślami przyszła tęsknota, która była już bólem.

W tej wędrówce przez dymiące popioły, pod jasnem niebem poranku zrobiłem jedno odkrycie. W kieszeniach spodni znalazłem jeszcze kilka zapałek bez pudełka: musiało się popsuć, zanim je zgubiłem.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Herbert George Wells i tłumacza: Feliks Wermiński.