Podróż w czasie/XIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Herbert George Wells
Tytuł Podróż w czasie
Podtytuł Opowieść fantastyczna
Wydawca Bronisław Natanson
Data wyd. 1899
Druk P. Laskauera i W. Babickiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Feliks Wermiński
Tytuł orygin. The Time Machine
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XIII.
Zasadzka w Białym Sfinksie.

Około ósmej lub dziewiątej zrana doszedłem do tej samej ławki z żółtego metalu, z której rozglądałem się był po świecie w wieczór mojego przybycia. Myślałem o pośpiesznych swoich wnioskach tego wieczora, i nie mogłem powstrzymać się od gorzkiego śmiechu ze swej łatwowierności.
Krajobraz był tak samo piękny, taka sama bujna roślinność, te same wspaniałe pałace i okazałe, dumnie piętrzące się ruiny, ta sama srebrna rzeka, płynąca wśród dwóch brzegów żyznych. Wśród drzew tu i owdzie migały mi przed oczyma wesołe szaty pięknego ludu. Niektórzy kąpali się w tem samem miejscu, gdzie uratowałem był Uinę, i nagle silny ból odezwał mi się w duszy. Jak plamy na krajobrazie wznosiły się kopuły nad wejściami do świata podziemnego: wiedziałem już teraz, co się ukrywa pod całem tem pięknem świata oświecanego przez słońce. Ludzie pędzili dnie miłe bardzo, jak miłemi są dnie bydła w polu; jak bydlęta nie mieli nieprzyjaciół i nie dbali o żadne potrzeby: lecz czekał ich też taki sam koniec, jak i bydlęta.
Gnębiła mnie myśl: jak krótkim był sen ludzkiego rozumu. A ten rozum dopuścił się na sobie samobójstwa! Dopóty ustawicznie dążył do wykwintu i wygody, biorąc za hasło społeczeństwo zrównoważone z zapewnionem bezpieczeństwem i trwałością, aż się nadzieje jego ziściły, ale tylko na to, aby w końcu ludzie mogli dojść do tego stanu! Musiał być moment, kiedy życie i własność osiągnęły bezpieczeństwa absolutne. Bogacz był spokojny o swe bogactwa i wygody, pracownik — o życie i zatrudnienie. Bezwątpienia, w tym świecie doskonałym nie było już sił niezużytych, nie było kwestyi społecznych nierozwiązanych. I oto nastąpił wielki spokój w ludzkości.
Jest to prawem przyrody, na które nie zwracamy uwagi, że sprężystość umysłu stanowi równoważnik niestałości niebezpieczeństwa i niepokoju. Zwierzę doskonale przystosowane do otoczenia jest też i doskonałym mechanizmem. Przyroda ucieka się do inteligencyi dopiero wtedy, kiedy nawyk i instynkt już nie wystarczają. Niema inteligencyi, gdy niema zmiany i potrzeby zmiany. Inteligencya bywa udziałem tylko takich zwierząt, które mają ogromną rozmaitość potrzeb i niebezpieczeństw.
Jak już zauważyłem, człowiek podsłoneczny doszedł do swej piękności wątłej purchawki, podziemny — do mechanicznej zmyślności. W tym doskonałym stanie brakło przecież jednej rzeczy do doskonałości nawet mechanicznej: brakło trwałości absolutnej. Widocznie, z biegiem czasu w owym świecie podziemnym środki do życia, skądkolwiek je brano, wyczerpały się. Matka Konieczność, która trzymała się na uboczu przez jakie kilka tysięcy lat, wtargnęła znowu i zaczęła działać od głębin. Świat podziemny, który był w ciągłej styczności z machinami, wymagającemi nawet w stanie doskonałym trochy myśli oprócz samego obycia się, prawdopodobnie zachował więcej przedsiębierczości, jakkolwiek miał znowu mniej w sobie człowieczeństwa, niż świat na ziemi. I gdy zbrakło mu innego mięsa, zwrócił się do tego, którego zakazywał dawny obyczaj. To, mówię, widziałem w ostatniem spojrzeniu na świat z roku 802701. Wyjaśnienie takie może być złem, tak złem, jakby tylko na to dowcip śmiertelnych mógł się zdobyć; ale mnie tak się te rzeczy przedstawiały, i tak też je wam w tej chwili wykładam.
Po znojach, wzruszeniach i okropnościach dni ubiegłych i pomimo całego zmartwienia, ta siedziba, ten widok spokojny, to nasze ciepłe światło słoneczne, prawdziwie mi się uśmiechały. Byłem bardzo zmęczony i senny i wkrótce moje teoryzowanie przeszło w drzemkę. Schwytawszy się już raz na gorącym uczynku senności, poszedłem za jej popędem: położyłem się na murawie i zażyłem snu długiego i pokrzepiającego.
Przebudziłem się na krótko przed zachodem słońca. Czułem już teraz, że się nie dam pochwycić Morlokom we śnie: wstałem, przeciągnąłem się i skierowałem kroki ze wzgórza ku Białemu Sfinksowi. W jednej ręce miałem maczugę, drugą trzymałem na zapałkach w kieszeni.
Teraz spotkała mnie rzecz najmniej przewidziana. Gdym zbliżał się do piedestału sfinksa, dostrzegłem, że wejście do niego stoi otworem. Drzwi bronzowe opuszczone były w dół.
Zatrzymałem się na chwilę, wahając się czy wejść do środka. Wewnątrz był niewielki pokój; w kącie, na wzniesieniu, stała moja Machina Czasu. Dźwignie miałem w kieszeni. I tak, po tych wszystkich moich planach oblegania Białego Sfinksa, z takim wysiłkiem obmyśliwanych, zaskoczyła mnie niespodzianie dobrowolna kapitulacya. Odrzuciłem od siebie ułamany kawał stali, żałując, że mi się już na nic nie przyda.
Przyszła mi do głowy nagła myśl, gdym się pochylił ku wejściu. Nareszcie pochwyciłem typ działalności umysłowej Morloków. Powstrzymując śmiech radości, przez bronzową ramę wszedłem do wnętrza i stanąłem przy Machinie Czasu. Z podziwem zobaczyłem, że była wyczyszczona i nasmarowana oliwą. Przypuszczałem przedtem, że Morloki rozebrali ją na części, starając się na chybił trafił poznać jej przeznaczenie. Gdym tak stał i przypatrywał się jej, czując przyjemność w samem już dotknięciu, stało się to złe, którem przewidywał, ale w sposób nieprzewidziany. Bronzowe tablice raptownie zasunęły się i z łoskotem zamknęły wyjście z piedestału. Znalazłem się w ciemnościach — złapany w zasadzkę. Był to podstęp Morloków. Uśmiechnąłem się tylko wesoło. Posłyszałem ich szmery i śmiechy... już się do mnie zbliżali.
Z zupełnym spokojem spróbowałem zapalić zapałkę. Potrzebowałem tylko przymocować dźwignie, i mogłem już zniknąć jak duch. Lecz nie zwróciłem uwagi na jedno: zapałki były z tego obrzydliwego rodzaju, który się zapala tylko o pudełko. Możecie sobie wyobrazić jak prędko mój spokój prysnął. Małe bestye były tuż koło mnie; jeden już się mnie dotknął. Zacząłem machać dźwigniami na oślep i podczas tej operacyi właziłem na siodło. Uczułem na sobie jedne rękę, potem drugą. Musiałem jednocześnie bronić dźwigni od ich uporczywych palców i zarazem namacać te miejsca, do których miałem dźwignie dopasować, — a one właśnie wymykały mi się z pod rąk; szukając ich wciąż, biłem głową w ciemności. Czułem, że uderzam o czaszki Morloków. Ostatnia ta już walka toczyła się na mniejszej już odległości, niż owa bitwa w lesie.

Nareszcie przymocowałem dźwignie i wprawiłem machinę w ruch. Ręce, które mnie chwytały, nagle puściły. Ciemność opadła mi z oczu. Znalazłem się w tem samem szarem świetle i w tym samym zgiełku, które już raz opisałem.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Herbert George Wells i tłumacza: Feliks Wermiński.