Podróż w czasie/XI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Herbert George Wells
Tytuł Podróż w czasie
Podtytuł Opowieść fantastyczna
Wydawca Bronisław Natanson
Data wyd. 1899
Druk P. Laskauera i W. Babickiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Feliks Wermiński
Tytuł orygin. The Time Machine
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XI.
Pałac z zielonej porcelany.

Pałac z zielonej porcelany, do którego doszedłem około południa, znalazłem opuszczony i w ruinie. W oknach pozostały tylko kawałki szyb potłuczonych, a duże tafle zielonej licówki powypadały z zardzewiałych ram. Stał on bardzo wysoko nad nizką łąką, a gdym przed wejściem wewnątrz rzucił okiem na północo-wschód, ze zdziwieniem ujrzałem wody szeroko rozlane, tworzące jakby zatokę, w tem miejscu, gdzie niegdyś, jak mniemałem, leżeć musiało dzisiejsze Wandsworth lub Battersea. Pomyślałem wtedy, — nigdy przecież już potem myśl ta nie wróciła do mnie — co się stać mogło, lub co się może jeszcze dzieje, z istotami żyjącemi w morzu?
Po przyjrzeniu się bliższem poznałem, że materyał, z którego zbudowano pałac, był rzeczywiście porcelaną, a na fasadzie pałacu ujrzałem napis nieznanem mi pismem. Pomyślałem sobie, co prawda, bez wielkiego zastanowienia, że Uina może mi pomódz w odczytaniu; lecz dowiedziałem się tylko, że samo pojęcie pisma nie postało nigdy w jej głowie. Zawsze wydawała mi się więcej człowiekiem, niż była w istocie — może dlatego właśnie, że przywiązała się do mnie tak po człowieczemu.
Za wielkiemi podwojami, które były potrzaskane i stały przed nami otworem, ujrzeliśmy, zamiast zwykłej sali, długą galeryę, oświetloną za pomocą licznych okien bocznych. Na pierwszy rzut oka przyszło mi na myśl muzeum. Podłoga ceglana była grubo pokryta pyłem, a na różnych przedmiotach, ustawionych rzędem, zalegał kurz, tworzący grube szare pokrycie. W pośrodku sali stało coś osobliwego, dziwnie zaschłego; była to niższa część dużego skieletu. Poznałem po skośnych nogach, że jest to stworzenie wymarłe, podobne do Megatherium. Czaszka i kości górne leżały obok w grubym pyle, a w jednem miejscu, gdzie woda deszczowa sączyła się przez otwór w dachu, skielet był mocno uszkodzony. Dalej, w galeryi stał olbrzymi skielet baryłkowaty Brontosaura. Stwierdziło się zatem moje przypuszczenie, że to było muzeum. Gdym się zwrócił w bok, znalazłem coś podobnego do pochylonych półek, a ścierając grubą warstwę pyłu, odkryłem dobrze znane pudełka szklane naszych czasów. Wiele z nich musiało jednak być zamkniętemi hermetycznie, jeżeli sądzić z doskonałego przechowania zawartości.
Widocznie, staliśmy wśród ruin jakiegoś South Kensington z ostatnich czasów. Tu niewątpliwie był oddział paleontologiczny, a ten zbiór wykopalisk niegdyś musiał być wspaniałym. Nieunikniony proces rozkładu wśród tych wszystkich skarbów spełniać się nie przestawał, wprawdzie z nadzwyczajną powolnością, ale i ze skutecznością nieodwróconą, jakkolwiek zrazu przez czas pewien go powstrzymywano, a zupełne zniknięcie bakteryi i grzybów odjęło mu dziewięćdziesiąt dziewięć setnych jego siły. Tu i owdzie napotykałem ślady zajmowania się małego ludu zbiorami: rzadkie skamieniałości na kawałki potłuczone, lub ponawlekane na trzcinki, jakby paciorki. Niektóre pudełka były zupełnie poopróżniane — jak sądzę, przez Morloków.
Panowała wielka cisza. Gruby pył głuszył nasze kroki. Uina, która toczyła morskiego jeża po pochyłem szkle gablotki, naraz podeszła ku mnie, gdy się rozglądałem dookoła, najspokojniej wzięła mnie za rękę i odtąd już trzymała się mnie nieodstępnie.
Z początku byłem tak zdziwiony tym starodawnym pomnikiem wieku rozumu, że ani nawet pomyślałem o tem, co też znaleźć w nim mogę. Nawet myśl, która mnie głównie zajmowała, myśl o Machinie Czasu, ustąpiła nieco w głąb mego umysłu.
Sądząc z wielkości budynku, pałac z zielonej porcelany zawierał w sobie znacznie więcej zbiorów oprócz galeryi paleontologicznej; być może — galerye historyczne, a może nawet bibliotekę! Dla mnie, w dzisiejszych okolicznościach przynajmniej, byłoby to daleko ciekawszem, niż ten widok prastarych, rozkładających się już okazów geologii. Przy dalszem badaniu znalazłem inną, krótszą, galeryę, biegnącą poprzecznie do pierwszej. Ta widocznie była poświęcona mineralogii, a widok bryły siarki skierował moje myśli na proch. Lecz nie mogłem znaleźć saletry; zgoła nie było wcale azotanów: bezwątpienia, przed wiekami jeszcze spłukaniu zupełnemu uległy. Jednak siarka utkwiła mi w umyśle i wyżłobiła w nim nowy tor dla myśli. Niewiele mnie zajmowała pozostała część galeryi, jakkolwiek w ogóle była najlepiej zachowaną ze wszystkiego, com widział. Nie jestem specyalistą w mineralogii: przeszedłem więc do bardzo zrujnowanego skrzydła, równoległego do sali, do której byłem wszedł najpierwej. Widocznie ten oddział był poświęcony historyi naturalnej, lecz z tego, co się tu znajdowało, oddawna już chyba nic zgoła nie dawało się rozpoznać. Niewiele pokurczonych i zczerniałych szczątków po wypchanych zwierzętach, pozsychane mumie w słojach, gdzie niegdyś był spirytus, bury proch ze zniszczałych roślin: oto wszystko! Smuciło mnie to, bo bardzo byłbym rad poznać te cierpliwe sposoby, jakiemi utrwalano niegdyś (teraźniejszością była mi przyszłość daleka) kształty przyrody ożywionej.
Następnie doszliśmy do galeryi wręcz kolosalnych rozmiarów, lecz szczególnie źle oświetlonej, której podłoga spadała pochyło pod niewielkim kątem w stronę przeciwległą wejściu. W pewnych odstępach z sufitu zwieszały się białe banie, niektóre potłuczone lub rozbite; widać, że z początku ta sala była oświetlana sztucznie. Tu byłem już bardziej na swoim gruncie. Gdym przechodził, po obu stronach piętrzyły się olbrzymie masy wielkich machin; wszystkie były bardzo już zardzewiałe, niektóre pogruchotane, niektóre wszakże prawie jeszcze nietknięte. Jak wiecie, mam pewną słabość do wszelkich mechanizmów; brała mnie też chętka i wśród tych pozostać, tem więcej, że większość ich była dla mnie zagadką i mogłem tylko stawiać dalekie domysły o tem, do czego niegdyś służyły. Wyobrażałem sobie, że jeżeli się domyślę ich przeznaczenia, pozyskam zaraz siłę, której będę mógł użyć przeciwko Morlokom.
Nagle Uina przybiegła do mnie — tak nagle, żem się aż przestraszył. Gdyby nie ona, nie byłbym chyba zauważył owego pochylenia podłogi galeryi [1]. Drugi kraniec sali, do któregośmy doszli, znajdował się prawie na samym poziomie i był oświetlony za pomocą rzadkich okien wązkich, podobnych do szpar w murze. Kiedy się już przeszło całą długość budynku, miało się przed sobą znowu wzniesienie gruntu, na które wychodziły okna. Przed każdem oknem była jama, podobna do tak zwanego «podwórza» londyńskiego; światło dostawało się do niej tylko przez wazki otwór u góry. Zwolna posuwałem się naprzód, dziwiąc się machinom. Byłem zanadto niemi zajęty, aby dostrzedz stopniowe zanikanie światła, — i dopiero wzrastający niepokój Uiny ocucił moją uwagę. Spostrzegłem wtedy, że galeryą w dole ogarnia już zupełna ciemność. Zawahałem się, a gdym się rozejrzał dookoła, zauważyłem, że na podłodze mniej było tu pyłu i powierzchnia jego nie była tak gładka i równa, jak tam, wyżej. Im dalej w głąb ciemnej części sali, tem więcej drobnych śladów stóp; było ich nawet bardzo wiele. W tej chwili doznałem wrażenia bezpośredniej obecności Morloków. Czułem, że tracę tylko czas na to akademickie badanie machin. Przyszła rozwaga: godzina popołudniowa już późna, a ja dotąd nie mam ani broni, ani schronienia, ani żadnych środków do rozniecenia ognia. Następnie w głębokich mrokach galeryi usłyszałem szczególne dreptanie i takie same dziwne szmery, jakiem już raz słyszał podówczas, w głębi studni.
Schwyciłem Uinę za rękę. Naraz błysnęła mi myśl nagła: puściłem rękę i poszedłem do machiny, z której sterczał drążek, czy ramię, podobne do znajdujących się we zwrotnicach. Wdrapawszy się na podstawę i uchwyciwszy drążek oburącz, nacisnąłem go całym swym ciężarem. Nagle Uina, pozostawiona sama w środkowej części hali, zaczęła płakać. Udało mi się ocenić wytrzymałość drążka, od jednego rzutu oka, bo złamał się po naciśnieciu jednominutowem, i do płaczącej pośpieszyłem już z maczugą w ręku, aż nadto wystarczającą na rozbicie łba każdemu Morlokowi, którego-bym napotkał. A gorąco już pragnąłem zabijać! Bezwątpienia myślicie sobie, że to bardzo nieludzko tak chcieć zgładzić jednego ze swoich własnych potomków; lecz ja wówczas w żaden sposób nie mogłem nic człowieczego odczuć w tych istotach. Tylko wzgląd na Uinę, której nie chciałem opuszczać, oraz przekonanie, że, jeżeli zechcę zaspokoić pragnienie mordu, to może na tem ucierpieć Machina Czasu, powstrzymały mnie od zapuszczenia się w głąb galeryi dla zabijania tych bestyi, których głosy już mnie dochodziły.
A zatem, z maczugą w jednej ręce, drugą prowadząc Uinę, wyszedłem z tej galeryi do innej, jeszcze większej, która na pierwszy rzut oka przypomniała mi kaplicę wojenną, obwieszoną postrzępionemi sztandarami. Poznałem, że szare poszarpane łachmany, które zwieszały się z jednej i z drugiej strony tej galery i, były butwiejącemi szczątkami książek. Oddawna już to wszystko gniło, rozłaziło się, rozsypywało, i nie znać było już na tem żadnych śladów druku. Lecz tu i owdzie zachowane marginesy w obwódkach i popękane okucia metalowe dość wymownie opowiadały dzieje tego przybytku. Gdybym był literatem, może moralizowałbym na temat marności wszelkiej ambicyi; lecz w okolicznościach danych uderzyła mnie tylko, a uderzyła silnie, olbrzymia strata pracy, o jakiej świadczyła ta ciemna otchłań butwiejącego papieru. Muszę przyznać, że w owym czasie myślałem głównie o Philosophical Transactions i o moich własnych siedemnastu pracach z optyki fizycznej.
Następnie po szerokich schodach weszliśmy do czegoś, co mogło być niegdyś galeryą chemii technicznej. Tutaj miałem niemałą nadzieję odkryć użytecznych. Z wyjątkiem miejsca, gdzie zapadł się był dach, galerya była dobrze zachowana. Chciwie przeglądałem każdą gablotkę nieuszkodzoną; wreszcie w jednej, hermetycznie zamkniętej, znalazłem pudełko zapałek. Skwapliwie potarłem jedne na próbę: były zupełnie dobre; nawet nie zwilgły. Zwróciłem się do Uiny, — Tańcz! — krzyknąłem w jej języku. Teraz bowiem miałem już broń przeciwko tym strasznym istotom, których oboje takeśmy się lękali! I w tem opuszczonem muzeum, na grubo wyściełającej je warstwie kurzu, ku wielkiemu zadowoleniu Uiny, uroczyście wykonałem coś w rodzaju tańca wielce złożonego, gwiżdżąc, o ile mogłem wesoło, The Land of the leal. Był tam i skromny kankan i taniec posuwisty i pląsy w szerokim stylu z przysiadaniem (o ile na to pozwalały moje poły), i wreszcie jakieś «divertissement tancerskie» zupełnie oryginalnego pomysłu — jak wiecie bowiem, jestem z natury wynalazczym.
Obecnie przychodzi mi do głowy myśl, że jak dla tego pudełka zapałek wymknięcie się od zagłady czasu w ciągu niepamiętnych lat było rzeczą w najwyższym stopniu zadziwiającą, tak dla mnie znowu stało się szczęściem niewymownem. Co więcej, prawdziwe już dziwo, znalazłem przedmiot daleko jeszcze osobliwszy, mianowicie — kamforę; znalazłem ją w słoiku zapieczętowanym, który wypadkowo, jak przypuszczam, był już rzeczywiście hermetycznie zamknięty. Z początku sądziłem, że to jest wosk parafinowy i rozbiłem szkło. Lecz zapach kamfory nie pozwalał się mylić. W ogólnem zniszczeniu udało się materyi lotnej przetrwać może całe tysiące wieków. To przypomniało mi widziane niegdyś malowidło sepią z belemnitu kopalnego, który chyba przed milionem lat jeszcze zamrzeć musiał, aby się ostatecznie w skamieniałość kopalną zamienić. Już miałem kamforę porzucić, gdym sobie przypomniał, że jest to ciało łatwo zapalne i płonie dobrym, jasnym płomieniem, jest zatem wyborną świecą, i włożyłem mą kamforę w kieszeń. Nie znajdowałem jednak materyałów wybuchowych, ani żadnych środków do wyłamania drzwi bronzowych. Dotychczas owo odłamane ramię stalowe było najużyteczniejszym przedmiotem, jaki znalazłem. Niemniej jednak opuściłem galeryę pokrzepiony na duchu.
Nie zdołam wam opowiedzieć wszystkiego, co mi się wydarzyło w ciągu tego długiego popołudnia. Potrzebaby dużego wysiłku pamięci, aby przypomnieć sobie w porządku to, co się widziało i przeżyło. Pamiętam długą galeryę zardzewiałej broni w rzędach; pamiętam jak wahałem się pomiędzy drążkiem, którym już miał, a siekierą lub mieczem. Nie mogłem jednak zabrać obojga, a mój drążek żelazny wydawał mi się najlepszym na owe drzwi z bronzu. Była również w muzeum wielka liczba dział, pistoletów i strzelb. Większość pozamieniała się już w masę rdzy, lecz niektóre były z jakiegoś nowego metalu i wydawały dobry dźwięk. Natomiast naboje i proch, jakie mogły tu być niegdyś, dawno już obróciły się w pył. W jednym kącie leżały szczątki jakichś przedmiotów podruzgotanych: być może wskutek wybuchu w pośród nagromadzonych okazów. W innem miejscu stały w rząd bożki: polinezyjskie, meksykańskie, greckie, fenickie — z każdego zakątka ziemi, o jakim tylko pomyśleć można. Tutaj, ulegając niepowstrzymanemu popędowi, podpisałem swe nazwisko na nosie steatytowego potwora z Ameryki Południowej, który szczególnie mnie zajął.
Im bliższy był wieczór, tembardziej słabło moje zajęcie się zbiorami. Przechodziłem z jednych galeryj do drugich, zapylonych, cichych, w części zrujnowanych. Okazy w nich były już tylko kupami rdzy i lignitu; rzadko napotykałem trochę świeższe. W jednem miejscu znalazłem się nagle około małego modelu kopalni i przez prosty przypadek dostrzegłem w hermetycznie zamkniętem pudełku dwa naboje dynamitowe! Wykrzyknąłem «Heureka!» i z radością rozbiłem pudełko. Potem dopiero przyszło powątpiewanie: zawahałem się. Wybrawszy następnie na doświadczenie niewielką galeryę boczną, zrobiłem próbę. Nigdy nie czułem podobnego rozczarowania jak wówczas, gdym pięć, dziesięć, piętnaście minut czekał na wybuch, który nie nadchodził. Z pewnością były to tylko modele. Jestem przekonany, że gdyby było inaczej, byłbym zniszczył i wysadził w sfery niebytu i Białego Sfinksa, i drzwi bronzowe, i (jak się okazało) — moje jedyne widoki znalezienia Machiny Czasu.

Potem dopiero, jak sądzę, przeszliśmy na niewielkie podwórze wewnątrz pałacu. To podwórze było trawnikiem, a rosły na niem trzy drzewa owocowe. Odpoczęliśmy i pokrzepili się. Około zachodu słońca zacząłem się rozglądać w położeniu. Noc już nadciągała, a dotąd jeszcze pozostawało mi do znalezienia moje nieprzystępne schronienie; lecz to mnie mało teraz niepokoiło. Miałem w posiadaniu swem przedmiot, który był może najlepszą bronią przeciwko Morlokom — miałem zapałki! Miałem nadto w kieszeni kamforę, na przypadek gdybym potrzebował płomienia. Zdawało mi się, że będzie najlepiej przepędzić noc na otwartem powietrzu pod osłoną ognia. Zrana wyprawa po Machinę Czasu. Jak dotychczas, na tę wyprawę miałem tylko stalową maczugę. Wiedza moja rosła: inaczej już zapatrywałem się teraz na owe drzwi z bronzu. Dotychczas powstrzymywałem się od wyłamania ich głównie przez wzgląd na tajemnicze wnętrze. Drzwi te nie sprawiały wrażenia przeszkody bardzo silnej, i spodziewałem się, że mój drąg żelazny zupełnie się nada do celu.




Przypisy

  1. Być może, że podłoga nie była pochylona, lecz samo muzeum było zbudowane na zboczu wzgórza. (Autor).


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Herbert George Wells i tłumacza: Feliks Wermiński.