Podróż w czasie/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Herbert George Wells
Tytuł Podróż w czasie
Podtytuł Opowieść fantastyczna
Wydawca Bronisław Natanson
Data wydania 1899
Druk P. Laskauera i W. Babickiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Feliks Wermiński
Tytuł orygin. The Time Machine
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


VI.
Zmrok ludzkości.

Rychło odkryłem w moich małych gospodarzach rzecz zadziwiającą: brak wszelkiej ciekawości. Przychodzili do mnie z głośnemi okrzykami podziwu, jak dzieci, lecz, również jak dzieci, szybko przestawali zajmować się i szli dalej, poszukując nowej zabawki. Gdy się skończył obiad wraz z początkami mojej konwersacyi, zauważyłem po raz pierwszy, że odeszli wszyscy, którzy najpierwej mnie otaczali. Dziwna rzecz, jak szybko przestałem być zajmującym dla tego małego ludu! Wyszedłem znowu przez bramę na światło dzienne, jak tylko zaspokoiłem głód. Ustawicznie spotykałem coraz - to więcej tych ludzi przyszłości, którzy kawałek drogi szli za mną, paplali i śmieli się ze mnie, a potem, uśmiechnąwszy się i zrobiwszy parę gestów przyjacielskich, pozostawiali mnie własnemu memu przemysłowi.
Na świecie stała się cisza wieczoru, a gdy wysunąłem się z wielkiej sali, krajobraz był już oświetlony ciepłym żarem zachodzącego słońca. Z początku wszystko wprawiało mnie w zakłopotanie, wszystko różniło się tak bardzo od świata, który znałem — nawet kwiaty. Wielki szary budynek leżał na pochyłości szerokiej doliny rzecznej dolnej Tamizy, lecz Tamiza oddaliła się była może na milę od swego położenia dzisiejszego. Postanowiłem wejść na wierzchołek wzgórza, około półtorej mili od miejsca, skąd mógłbym mieć rozleglejszy widok na naszą planetę roku 802701 Anno Domini. Bo muszę objaśnić, że taką datę wskazywała mała tarcza w mojej machinie.
Tak chodząc, zwracałem uwagę na każdy szczegół, któryby mógł posłużyć do objaśnienia tego stanu świetności na ruinach, stanu, w jakim znalazłem świat przyszły, gdyż istotnie była to ruina. Idąc na wierzchołek pagórka, spostrzegłem, naprzykład, ogromną masę brył granitowych, połączonych z sobą za pomocą glinu: wielki labirynt stromych urwisk i potrzaskanych obłamów, pośród których rosły większe grupy pięknych drzew, z kształtu podobnych do pagód indyjskich — być może pokrzyw — lecz o liściach pięknie brunatno nakrapianych i nieparzących. Widocznie były to zwaliska jakiegoś kolosalnego budynku; przeznaczenia jego w żaden sposób dojść nie mogłem. W tem miejscu było mi sądzonem doświadczyć szczególnego wypadku, pierwszego wtajemniczenia w bardzo dziwne odkrycie — lecz o tem powiem we właściwym czasie.
Rozglądając się dookoła z płaskowzgórza, na którem się zatrzymałem, stwierdziłem przez nagłe zestawienie myśli, że nie widać tu zgoła małych budynków. Prawdopodobnie dom pojedynczy już się w mgłę był rozpłynął, a może nawet i pojedyncza rodzina. Tu i owdzie ponad zielonością wzbijały się budynki podobne do pałaców, lecz dom i zagroda wiejska, które stanowią tak charakterystyczny rys w krajobrazie angielskim, już znikły. — Komunizm! — rzekłem do siebie.
Ale myśl tę zaraz inna spłoszyła. Patrzałem na pół tuzina drobnych postaci, które szły moim śladem. Nagle spostrzegłem, że wszyscy mieli jednakowy krój szat, takie same twarze słodkie i bez zarostu, taką samą dziewczęcą okrągłość nóg. Może się to wydać dziwnem, że nie zauważyłem tego poprzednio. Lecz wszystko tutaj było tak dziwnem!
Teraz stwierdziłem ten fakt w zupełności. Odmienności w ubiorze, wszystkich znamion w budowie i zachowaniu się, które dziś odróżniają jedną płeć od drugiej, ten lud przyszłości zgoła nie znał; dzieci zaś, w moich oczach, były tylko rodzicami w miniaturze. Przyszedłem do wniosku, że młode pokolenie przyszłości odznacza się niesłychanie przedwczesnym rozwojem, przynajmniej pod względem fizycznym, a późniejsze spostrzeżenia utwierdziły mnie w tem przekonaniu.
Widząc dobrobyt i bezpieczeństwo, w którem żył ten lud, zrozumiałem, że podobieństwo płci będzie ostatecznie tem, czego oczekiwać należało; gdyż siła mężczyzny i miękkość kobiety, instytucya rodziny i różnica zatrudnień są tylko koniecznościami wojowniczemi wieku siły fizycznej. Gdy ludność jest doprowadzona do równowagi liczebnej i obfita, wielka liczba urodzeń staje się raczej klęską niż błogosławieństwem państwa; gdy gwałt zdarza się rzadko, a potomstwo jest bezpiecznem, mniej staje się potrzebną, a raczej wcale niepotrzebną już jest, rodzina płodna, i ustaje też różniczkowanie się funkcyi odrębnych obu płci, ze względu na potrzeby dzieci. Początki tego widzimy już nawet w naszych czasach, a w owych wiekach przyszłych porządek taki zupełnie się już był ustalił. Mówię wam to, tak-em sobie te rzeczy wystawiał podówczas. Później dopiero poznałem jak dalece rozmijało się to z rzeczywistością.
Podczas tych rozmyślań uwagę moję zwrócił ładny budynek, podobny do studni pod kopułą. Przemknęła mi przez głowę myśl, iż istnienie studni w Przyszłości jest co najmniej dziwacznem, i zacząłem dalej snuć pasmo swych przypuszczeń. Nie było większych budynków na wierzchołku wzgórza, a ponieważ widocznie mam nogi cudownie uzdolnione do chodu, po raz pierwszy przeto znalazłem się sam. Rwałem się już do swobody i przygody i puściłem się na wierzchołek wzgórza.
Tam znalazłem ławkę z jakiegoś żółtego, nieokreślonego metalu, tu i owdzie nadżartego czerwonawą rdzą i nawpół obrosłego miękkiemi mchami; poręcze miały kształt głów gryfów. Usiadłem na niej i patrzałem na rozległy widok starego świata o zmroku tego długiego dnia. Widok był miły i piękny, taki, jakiegom nigdy w życiu nie widział. Słońce schowało się było już pod widnokrąg, a zachód oblał się świecącem złotem, które przecinało kilka poziomo idących pasów czerwieni i purpury. Poniżej była dolina Tamizy, a w niej rzeka leżała jak wstęga polerowanej stali.
Mówiłem już o olbrzymich pałacach, rozsypanych wśród bogatej zieloności, o pałacach, zarówno rozsypujących się w gruzy jak i ciągle jeszcze zamieszkiwanych. Gdzieniegdzie wznosiły się białe i srebrzyste posągi w olbrzymim ogrodzie ziemi; gdzieniegdzie wrzynała się ostra linia kopuły, lub obelisku. Nie było płotów, nie było znaków prawa własności, nie było śladów rolnictwa: cała ziemia stała się jednym ogrodem. Tak rozmyślając, pragnąłem ustalić pogląd swój na rzeczy, które oglądałem, a pogląd ten, — jak mi się przynajmniej kształtował w mym umyśle owego wieczora, — był mniej więcej taki, jaki tu wyłożę. Później przekonałem się, żem odkrył tylko połowę prawdy, a raczej, żem dostrzegł przebłysk jednej tylko płaszczyzny brylantu.
Wówczas mniemałem, żem się natknął na ludzkość już blizką upadku. Czerwony zachód słońca naprowadził mię na myśl o zachodzie słońca ludzkości. Po raz pierwszy z tych usiłowań społecznych, których my obecnie dokonywamy. zaczęły mi się snuć wnioski dziwaczne; teraźniejszość jednak taka — pomyślałem — jest tylko logicznem następstwem przeszłości. Siła może być tylko dziedzictwem potrzeby; bezpieczeństwo daje w nagrodę niemoc. Praca nad ulepszeniem warunków życia — prawdziwa działalność cywilizacyjna, która czyni życie coraz-to bezpieczniejszem — wstępowała przez wieki ustawicznie na coraz wyższe szczeble; jeden tryumf zjednoczonej ludzkości nad przyrodą następował po drugim. To, co jest obecnie marzeniem, stało się projektem rozważnie ułożonym i wykonanym. I jako plon z takiego posiewu otrzymano to właśnie, na com teraz tu patrzał!
Bądź co bądź, hygiena publiczna i rolnictwo doby obecnej pozostają jeszcze w stanie zaczątkowym. Wiedza naszej doby dotknęła tylko małej części obszaru chorób ludzkich; choć, coprawda, nawet w tym stanie rozszerza swą działalność ustawicznie i wytrwale. Nasze rolnictwo i ogrodownictwo tu i owdzie tępi chwasty i uprawia około jakich dwudziestu roślin użytecznych, pozostawiając innym walkę o zachowanie równowagi, o ile zachować ją zdołają. Ulepszamy rośliny i zwierzęta — co prawda, ulepszamy stopniowo przez dobór; dziś nowy i lepszy gatunek brzoskwini, to znowu winogrono bez pestek, kwiat silniej pachnący i większy, lub odpowiedniejsza rasa bydła. Ulepszamy stopniowo, bo nasze ideały są równie nieokreślone, jak kuszące, a nasza wiedza bardzo ograniczona; bo wreszcie przyroda jest lękliwą i oporną w naszych niezgrabnych rękach. Kiedyś zostanie to zorganizowane lepiej, i coraz lepiej już iść będzie. Taki jest i taki utrzyma się kierunek prądu pomimo tam wszelakich. Świat cały stanie się inteligentnym, wykształconym i współdziałającym; wszystko biedz będzie coraz szybciej i szybciej do podbicia przyrody. W końcu, z rozumem i pieczołowitością, przystosujemy równowagę życia zwierzęcego i roślinnego do ludzkich swoich potrzeb.
Stosunki takie, mówię, musiały się ułożyć dobrze, ułożyć raz na zawsze w tym przeciągu czasu, przez który przeskoczyła moja machina.
Powietrze było wolne od komarów, ziemia — od chwastów i grzybów; wszędzie był owoc i słodycz i kwiat; — kwiaty wonne i rozkoszne; tu i owdzie fruwały świetne motyle. Osiągnięto ideał medycyny zapobiegawczej; chorobę wygnano. Podczas całego mojego pobytu nie widziałem zgoła oznak jakichkolwiek chorób zakaźnych. A powiem wam później, że nawet procesy gnicia i rozkładu uległy głębokim przeobrażeniom wskutek tych przemian cywilizacyi.
Odniesiono też i tryumfy społeczne. Widziałem ludzkość zamieszkującą wspaniałe siedziby, pysznie odzianą, i od pierwszej chwili pobytu w krainie Przyszłości nie dostrzegłem jeszcze wcale ludzi pracujących. Nie było śladów walki, zarówno społecznej jak i ekonomicznej. Do przeszłości już należał sklep, anons, handel — cały ten merkantylizm, który stanowi ciało naszego świata.
W ciszy złotego wieczora było to zupełnie naturalnem, żem aż w górę podskoczył na samą myśl o raju społecznym. Dorozumiewałem się, że poradzono sobie z tą przeszkodą, jaką jest zwiększanie się ludności, i ludność też wzrastać przestała.
Lecz wraz ze zmianą warunków przychodzi też i nieuchronne przystosowanie się do zmiany. Jeżeli wiedza biologiczna nie jest jedną kupą błędów, ze stanowiska jej zapytujemy: co jedynie może podniecać inteligencyę i energię człowieka? Znój i wolność — warunki, w których człowiek czynny, silny i rozważny ostaje się, a słabszy ginie; warunki, które wynagradzają prawe współdziałanie ludzi zdolnych, wynagradzają panowanie nad sobą, cierpliwość i stanowczość. A instytucya rodziny, i wszystkie te uczucia, które w niej i z niej powstają, dzika zazdrość, troska o potomstwo, poświęcenie rodzidziców — wszystko to znajduje swe usprawiedliwienie i poparcie w niebezpieczeństwach grożących młodemu pokoleniu. — Teraz, gdzie są te grożące niebezpieczeństwa? Powstało i rośnie ciągle nowe całkiem uczucie: przeciwko zazdrości małżeńskiej, przeciwko szalejącemu macierzyństwu, przeciwko namiętności wszelkiego rodzaju; wszystkie te rzeczy są teraz już zbyteczne. — sprzeczne z potrzebami wygodnego życia: przeżytki dzikie, dysonanse w bycie wykwintnym i przyjemnym.
Pomyślałem sobie o drobności fizycznej ludu, o jego słabej inteligencyi, o tych ogromnych, a tak licznych ruinach: i przypomnienie to potwierdziło tylko wiarę moją w doskonałe już podbicie przyrody przez owego człowieka przyszłości. Bo po walce następuje spokój. Ludzkość była dawniej silną, energiczną, inteligentną i użyła swej bujnej żywotności do zmienienia warunków, w których żyła. I teraz oto nastąpiło właśnie oddziaływanie tych już zmienionych warunków.
W nowych warunkach doskonałej wygody i bezpieczeństwa ta niestrudzona energia, która w nas jest siłą, staje się słabością. Nawet w naszych czasach pewne dążności i pożądania, niegdyś konieczne do utrzymania, bywają stałem źródłem niepowodzeń. Odwaga fizyczna i zamiłowanie walki, naprzykład, niewielką są pomocą; mogą nawet stać się przeszkodą dla człowieka cywilizowanego: a w stanie równowagi fizycznej i bezpieczeństwa, siła, zarówno intelektualna jak i fizyczna, nie jest już na miejscu. Od niezliczonych już lat — myślałem sobie — nie było tu ani grozy wojny, ani gwałtu jednostki; nie było też niebezpieczeństwa ze strony dzikich zwierząt; nie było choroby niszczącej, od której istoty ludzkie musiałyby się bronić silną budową; nie było wreszcie potrzeby pracy. Do takiego życia ci, których nazywamy słabymi, są również dobrze przystosowani jak silni; słabi już nie są rzeczywiście słabymi — co więcej, mogą nawet jeszcze lepiej się przystosowywać, silnych bowiem zużywa ta energia, dla której nie znajdują ujścia. Bezwątpienia, wyszukana piękność budynków, na które patrzyłem, była wynikiem ostatnich wysiłków energii już bezcelowej, dopóki ludzkość nie zżyła się w doskonałej zgodzie z warunkami życia — z tym rozkwitem, który nastał po ostatnim wielkim pokoju. Taki los spotykał zawsze energię w bezpieczeństwie: zwracała się ona do sztuki i erotyzmu, a po nich znowu zawsze przychodziło omdlenie i rozkład.
Nawet ten rozpęd artystyczny ostatecznie już obumierał, — całkiem już nawet zamarł był w czasach, na które patrzyłem. Ustroić się w kwiaty, potańczyć, pośpiewać w świetle słonecznem: tyle tylko pozostało z ducha artystycznego, — nic więcej. I to nawet ostatecznie zwiędnie w zadowolonej z siebie bezczynności. My, ludzie, ostrzymy się na kamieniu szlifierskim bólu i konieczności; a ja doznawałem właśnie takiego wrażenia, jakgdyby ten nienawistny kamień tutaj nareszcie skruszonym został!

Gdy tak stałem przy zapadającym coraz bardziej zmierzchu, zdawało mi się, żem w tem prostem objaśnieniu pochwycił zagadkę świata — pochwycił całą tajemnicę tego rozkosznie żyjącego ludu. Prawdopodobnie środki, jakich użyli przeciw wzrastaniu ludności, były aż nadto skuteczne, i zaludnienie raczej się zmniejszało, niż utrzymywało w mierze. To nam tłómaczy istnienie tych opuszczonych ruin. — Bardzo proste było moje tłómaczenie i chyba łatwe do przyjęcia. Taką jest większość teoryi opartych na błędzie.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Herbert George Wells i tłumacza: Feliks Wermiński.