Podróż króla Stanisława Augusta do Kaniowa/12 Marca, poniedziałek

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Podróż króla Stanisława Augusta do Kaniowa
Podtytuł w r. 1787.
Wydawca Józef Zawadzki
Data wyd. 1860
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

12 Marca, poniedziałek.

«Porujnowane złą drogą pojazdy, pisze Plater, a przeto potrzebujące reparacji dla odbycia reszty podróży aż do Kaniowa, potrzebne przytém wywiedzenie się czy w dalszym trakcie mniejsze, czy większe są śniegi, ażeby na podobne niewygody jakich doświadczać przyszło, nie był król narażonym, stały się powodem wczesnéj determinacji, aby dzień dzisiejszy przebyć jeszcze w Wiśniowcu, a dla tego na dniu wczorajszym uprosiwszy u N. Pana uwolnienie siebie na godzin kilkanaście do Horynki, wyruszyliśmy z tego miejsca około godziny dziewiątéj, i wraz z bratem, bratową, księżną Józefową oraz szambelanem Sosnowskim, stanęliśmy przed dziewiątą jeszcze w Horynce, rezydencji brata mojego, z działu na niego spadłéj, a niegdyś do rozległych dóbr, tak jak i Wiśniowiec sam księcia hetmana Wiśniowieckiego należącéj.
«Z jaką czułéj duszy pociechą, powiada daléj Plater, przyszło mnie oglądać te wszystkie miejsca, którém przed dwudziestą cztérma laty porzucił, jak miło było w każdym zakącie przypominać dziecinnego wieku niewinne epoki, każdy podobno z czytelników moich domyśleć się łatwo może, przypominając własne w podobnych okolicznościach czucia. Tu w dawnéj kancelarji ojca mojego przypominałem prace jego w usłudze publicznéj i prywatne szczęścia gościńce, nakształt dzisiejszych zawiane i zasypane, tam zdawało mi się widzieć ciotkę Burzyńską dozgonną przyrzekającą przyjaźń zawcześnie zmarłemu w Paryżu posłowi naszemu u dworu angielskiego, — indziéj rozpamiętywałem bytności częste matki Honoraty, w łonie familji klasztorne rozrywającéj nudy, i przyjacielskie odwiedziny Drzewieckich, Małachowskich, Błędowskich i innych. Lubo te przypomnienia smutny zarazem obraz wystawiały wieczności, która już w bezdenném swém łonie pochłonęła wszystkich ukochanych i znajomych, w momencie smutek znikł gdym postrzegł przybyłą p. Oraczewskę i innych, którzy z liczby dawnych sług rodziców moich przy życiu jeszcze pozostali. Najmilszéj zaś przemiany powodem stała się synowica moja panna Cecylja pomnażającemi się wdziękami i udatnością równie duszy jak serca i ciała zawdzięczająca troskliwe staranie i pieczołowitość obojga rodziców. Zdziwił mnie zaś najbardziéj prezbiter miejscowy, prostak poczciwy, którego prace parafjalne jak długo trwają, ztąd można miarkować, iż za prezentą jeszcze ks. Wiśniowieckiego hetmana wydaną mu została Horyńska parochia, a ten pan, czternasto-miljonowego w swoim czasie dziedzic majątku, w r. 1744 w Mereczu żyć przestał.»
«W Horynce lubo rezydencjonalne gmachy co do powierzchowności zewnętrznéj takie znalazłem jakiém był porzucił, we środku jednak zupełna przemiana z gustem i wygodą pracy i expensy brata mojego jest dziełem, który i dach nawet przesypać kazał, i w tyle pałacu po obojéj stronie pawilony poprzydawał, dla wygodniejszego mieszkania swojego i umieszczenia przybywających gości. Wał, który całe zabudowanie otaczał na przedzie otwartym został, dla korzystania z prospektu na trakt Krzemieniecki na którym z daleka widzieć można wszystkich gościńcem jadących. Odmiana i wydoskonalenie rezydencji pewnie równą ukazałaby się w oczach moich i co do miasteczka, gdyby przed laty dziesięcią znalezione wygodniejsze na osadę miasteczka miejsce o pół mili od Horynki, nieobróciło było wszystkich dziedzica staranności i Katerynburgowi nie dało początku przynoszącemu dziś do ośmiu tysięcy złotych intraty, tém wygodniejszéj i znaczniejszéj dla dziedzica, że bez wyłożonych na fundusz miasteczka wydatków ten dochód się zjawił, i coraz zapewne pomnażać się będzie dla wybornéj pozycji osady na wielkim szlaku Jampolskim, i dla osiadających tam oraz budujących się własnym kosztem mieszkańców.»
«Byłbym zapewne oglądał ogród, a w nim skutek pracy i zasadzania własnéj ręki matki naszéj, podobnie i inne pryncypalniejsze miejsca bym obiegł, gdyby wszędzie zimowe ślady i niespodziane śniegu zasypy, nie były mi téj satysfakcji odjęły. Po obiedzie więc i krótkiéj zabawie, gdy powracać do Wiśniowca potrzeba mi by to, tak samo około piątéj z południa wróciłem jakém tu zrana przybiegł. Oprócz tego com widział, i co słodką przypominało mi przeszłość, znalazłem drogę nierównie lepszą niż przed kilką dniami była, i w trzech ćwierciach godziny przebiegłem tę milę, którą do Wiśniowca król w dwóch zaledwie godzinach mógł przebyć.
«Krasław i Daugieliszki zapewne będą wdzięczne za te moje wyboczenie i ustronną relację z przedmiotem głównym dyarjuszu nie zgadzającą się, innych zaś czytelników moich o przebaczenie proszę. — »
Ustęp ten wypisujemy cały jako pełen uczucia przywiązania do rodziny, wyrażającego się żywo i w sposób zajmujący. Tymczasem w Wiśniowcu król bawił wesół i dobréj myśli, a chwil wolnych użyto na czytanie satyr ks. biskupa Warmińskiego.
Zrana tegoż dnia odjechali z Wiśniowca goście niektórzy: wojewoda Ruski do Kijowa. Grocholski kasztelan Bracławski z synem do domu. Około godziny szóstéj przybył pan szambelan Littlebcytz (? sic) Amerykanin z osad angielskich od roku już znany królowi i pensję od niego pobierający, przywożąc wiadomość o mającym wkrótce pośpieszyć księciu de Ligne. Ten przybywał tu z Wiednia przez Lwów z synem swym młodszym, a starszy żonaty z księżniczką Massalską z Warszawy za ojcem dążył także, by z nim razem udać się do Kijowa. Około godziny siódméj sami książęta przyjechali i weszli na pokoje, a po oznajmieniu N. Panu, wpuszczeni zostali do jego gabinetu, wraz z p. Dillon Francuzem świéżo z podróży do Egiptu wracającym.
Razem z niemi prawie nadjechał Morski kasztelan Lwowski z Paryża przybywający, którego N. Pan przyjął wychodząc na pokoje z książętami. Zabawiano się muzyką do wieczerzy, a w czasie jéj nie jadający nigdy w téj porze król, z cudzoziemcami rozmawiał.
«Księcia de Ligne ojca, powiada Plater, jam do dziś dnia nie znał, jak z portretu, a że zwyczajném jest każdemu, nieznajome sobie osoby wystawiać na umyśle, podług fantazji do różnych podobieństw i osób widzianych stosowanéj, omylonym bardzo w moich supozycjach znalazłem się, wyższym go, chudszym i młodszym rzeczywiście postrzegłszy, niżelim sobie w myśli wystawiał. Lecz nie sam jeden zdziwiony zostałem, bo i sam N. Pan lubo znajomego sobie zdawna, znalazł ks. de Ligne i chudszym i na twarzy jakoby odmłodniałym. Żywość zaś tego granda Hiszpańskiego i kawalera Złotego Runa nic się bynajmniéj nie odmieniła, jak wszyscy twierdzą, a spodziewać się, że jutro po wypoczynku lepiéj się jeszcze okaże. Albowiem los jego podróży tenże był co i nasz, bo przez trzy dni jechał ze Lwowa, mil osiemnaście tylko od Wiśniowca odległego, a o mil trzy zostawiwszy pojazdy, saneczkami chłopskiemi się dowlókł.
«Po wieczerzy znów rozpoczęto muzykę, a brat Platera ex-pisarz Lit., wygrywał na klarynecie z towarzyszeniem waltornisty biegłego p. Markley dawniéj w służbie Platerów zostającego. Około godziny dwunastéj, król i towarzystwo poszli do swych pokojów.»






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.