Podróż do Turcyi i Egiptu/List XVIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Potocki
Tytuł Podróż do Turcyi i Egiptu
Podtytuł Z wiadomością o życiu i pismach tego autora
Wydawca Żegota Pauli
Data wydania 1849
Drukarz Drukarnie D. E. Friedleina
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


LIST XVIII.
26. Z Kairu.

Najpierwszy raz postrzegłem Piramidy, kiedy płynąc z Rozetty do Kairu, stanąłem u brzegu Delty. O dziesięć mil byłem od nich odległy, gdy mi się zdawały jak góry, których białość oznaczała wielką bardzo wyniosłość. Straciłem je z oczu, przybliżając się do Kairu, i nieodkryłem je jak przy Gizeh. Odległość wsi téj od Piramid jest o trzy mile, a zdaje się, że niemasz więcéj jak sześćset kroków. Doskonale rozeznawać mogłem różne ich spojenia aż do rozdziałów nawet kamieni, które zdawały mi się naówczas wielkości naszych cegieł, i oczy moje mierząc wysokość tych gmachów na téj fałszywéj skali, nic w nich nie znajdowały dziwnego. Toż samo zdarzyło mi się u świętego Piotra w Rzymie, i zdarzyć się koniecznie powinno na widok każdéj budowy, kiedy doskonała proporcyja części onéj, nie zostawia objektu porównania, podług którego możnaby sądzić o wielkości gmachu całego. Żeby więc poznać wielkość Piramid, trzeba przystąpić aż do ich podstawku czyli basis, natenczas szczyt ich znika powoli i niewidać jak tylko stósy niezmiernych kamieni, o których z początku tak się źle sądzi. Natenczas jeżeli chcemy objaśnić rachubą nie mylne już zmysłów świadectwo, znajdziemy, że liczba tych kloców wynosi na trzykroć trzydzieści i trzy tysiące trzysta sześćdziesiąt i siedm, które składają massę z sześćdziesięciu tysięcy sześćset stóp kubicznych. Natenczas choćby się człowiek najbardziéj oddalał, umysł uderzony tą liczbą, saméj niezmierności wystawuje sobie obraz i zachowuje go na zawsze.
Arabowie wiedząc, że przejeżdżający radzi są pisać imiona swoje na wnijściu Piramidy, przynieśli mi kolec, którym ja wyryłem ten wiersz z poematu Ogrodów:

Gmachy te niewzruszone sam czas zmordowały.

Jakimże budowlom bardziéj jest ten napis właściwy? Trzydzieści wieków zaledwie kilka ich ukruszyły kamieni. Trzęsienia ziemi jednego ich nierozdzieliły spojenia. Kąt ich pochyłości tąż samą mocą ciężarną, którą się psują wszystkie ludzkie budowy, coraz ich bardziéj utwierdza. Złączone usiłowania całéj Egiptu ludności nie wystarczyłyby dzisiaj do zrównania ich z ziemią, która je dźwiga, i kto wie, jeźli sama natura z zazdrością patrząc, że dzieła sztuki w trwałości dziełom jéj wyrównywają, do zniszczenia ich miałaby dosyć sposobów? Takie wrażenie widok Piramid sprawił we mnie: znajdziesz może, że z nadto wielkiém mówię o nich uniesieniem, i łatwo się na to zgodzę; ale któraż jest dusza dość nieprzystępna uczuciom zadziwienia, któraby się od nich na widok ten zbronić mogła? i kiedyż uniesieniu temu łatwiéj darować można? Znam jednak, że pióro podróżnego równie w opisaniach swych wierne, jak kréślący widoki ołówek, nie powinno się zaciekać nad to co widzi: spieszę się więc i właściwy opisywania powracam mu sposób. Wielka Piramida otoczona była małemi, których podstawki czyli bazy trwają dotąd. Łatwo rozeznać można położenie téj, którą Herodot twierdzi, że zbudowana była przez córkę Cheopsa kosztem jéj kochanków, którzy za każdy jéj fawor płacili sztukę kamienia etyjopskiego. Piramida ta podług tego autora miała tylko 67 i pół stopy basis, nie równie zatém była mniejszą od téj o któréj mówiliśmy; lecz przekonałem się, iż to było dla tego, że kamienie jéj były mniejsze, nie zaś że mniéj ich było. Z tém wszystkiém biorąc tylko połowę miary którąśmy wymienili, będziem mieli sto sześćdziesiąt i siedm tysięcy trzysta ośmdziesiąt i trzy faworów i pół. Summa dla młodéj księżniczki dosyć znaczna!
O trzysta kroków od Piramid widać kolossalny posąg Sfinksa, czyli raczéj głowę tego posągu, gdyż reszta zasypana jest piaskiem. Głowa ta tak jest ogromna, że cała nasza mała karawana wygodnie wcale pod jéj schroniła się brodę.

Życzyłem sobie bardzo wnijść na wierzchołek najwyższéj z tych Piramid, z kąd, jak na mappie geograficznéj, mógłbym był widzieć cały Egipt roztoczony pod nogami mojemi. Rzecz nie jest tak trudna, lecz siły moje nie pozwoliły mi jéj przedsięwziąść; z trudnością nawet przyszło mi wewnątrz téj Piramidy dostać się do grobu Faraona; strawiłem siedm czy ośm godzin na rysowaniu tych niezmiernych wielkości egipskiéj pamiątek. Zakładałem sobie raz jeszcze do nich powrócić; lecz za powrotem do Gizeh postrzegłem, że słońce przepaliło mi pół twarzy, i żem miał krew całą zburzoną. Nazajutrz febra mię znowu porwała, i powróciłem do Kairu. Jeżeli gorycze zwyczajny swój uczynią skutek, za trzy dni będę w stanie puszczenia się do Aleksandryi z warunkiem zachorowania na febrę za najpierwszém zdarzeniem. Bądź zdrowa: każdy krok który odtąd uczynię, przybliżać mię będzie do Ciebie.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jan Potocki.