Podróż do Bieguna Północnego/Część II/Rozdział XVIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juljusz Verne
Tytuł Podróż do Bieguna Północnego
Podtytuł Pustynia lodowa
Data wydania 1876
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Józef Sikorski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Voyages et aventures du capitaine Hatteras
Podtytuł oryginalny Le desert de glace
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część II
Indeks stron
ROZDZIAŁ OŚMNASTY.
Ostatnie przygotowania.

Następnego dnia pogoda się całkiem odmieniła, przez kilka dni było zimno; deszcz, śnieg i zawieje kolejno po sobie następowały.
Bell wykończył szalupę; była ona zbudowaną dobrze i odpowiednio do celu na jaki służyć miała. Opomostowana w części, wysokie miała burty i z pomocą żagla mogła trzymać się na morzu nawet podczas burzy. Lekka też była dostatecznie i nie obciążała zbytecznie sań, przez psy ciągnionych.
Nareszcie przyszła ważna chwila, mająca w stanie morza biegunowego stanowczą, uczynić zmianę. Wzruszyły się lody w zatoce. Wyższe z nich, tłoczone ciągłemi uderzeniami, za pierwszą większą burzą miały się oderwać od brzegów i odpłynąć w postaci gór ruchomych. Jednakże Hatteras nie chciał czekać na zupełne puszczenie lodów. Ponieważ podróż i tak lądem odbywać się miała, nie wiele przeto dbał o to, czy morze oczyści się zupełnie czy nie; na wyjazd zatem oznaczył stanowczo dzień 25-ty czerwca, obliczywszy, że na ten termin wszelkie przygotowania będą mogły być ukończone. Johnson i Bell zajęli się przyprowadzeniem sań do zupełnego porządku. Podróżni rachowali wiele na te kilka tygodni pogody, jakie natura udziela w każdym roku owym krainom północy. Cierpienia będą teraz mniej straszne, trudności łatwiejsze do przezwyciężenia.
Na kilka dni przed odjazdem, dnia 20-go czerwca, lody tak już puściły, że można było pomiędzy niemi przepływać swobodnie, z czego skorzystano, dla wypróbowania szalupy; urządzono zatem wycieczkę wodą do przylądka Waszyngtona. Wiele jeszcze brakowało do tego, aby morze zupełnie już było wolne od lodów; ale nie było już stwardniałą przestrzenią, i niepodobieństwem byłoby przechodzić po krach lodowych.
Kilkugodzinna żegluga przekonała o dobroci zbudowanego statku.
Podczas powrotu, żeglarze byli świadkami ciekawego wypadku. Ogromny niedźwiedź upędzał się za foką; tak był nią zajęty, że nie spostrzegł szalupy, za którą byłby się puścił w pogoń niezawodnie. Widać, że foka przez otwór skoczyła do wody, bo niedźwiedź z cierpliwością myśliwca, albo raczej rybaka, czatował nad otworem przyczajony, jakby bez życia.
Nagle woda na powierzchni otworu poruszyła się, foka miała się wychylić dla odetchnienia; niedźwiedź natychmiast położył się na lodzie tuż przy otworze i otoczył go łapami. Gdy foka głowę wychyliła, nie miała już czasu jej cofnąć do wody; łapy niedźwiedzia jakby sprężyną ściągnięte pochwyciły zdobycz z nieprzepartą siłą i wyciągnęły ją z wody. Walka była krótka, foka szamotała się przez kilka sekund, ale zduszona została na piersiach olbrzymiego przeciwnika. Uniósł ją lekko mimo jej ogromu, i przeskakując z jednej kry na drugą, dostał się do lądu i zniknął ze swą zdobyczą.
— Szczęśliwej podróży! wołał Johnson za uchodzącym niedźwiedziem; ta bestya rozporządza za wielką łap liczbą.
Wkrótce potem szalupa zawinęła z powrotem do niewielkiej przystani, jaką Bell umyślnie dla niej przy brzegu urządził.
Za cztery już dni podróżni nasi mieli się puścić w dalszą drogę. Hatteras przyspieszał ostatnie przygotowania; pilno mu było opuścić tę Nową Amerykę, tę ziemię obcą, nie przez niego nazwaną. Nie czuł się na niej u siebie.
Dnia 22-go czerwca zaczęto na sanie pakować zapasy żywności, namiot i przybory podróżne. Zabrano dwieście funtów mięsa solonego, trzy skrzynie jarzyn i mięsa suszonego, pięćdziesiąt funtów soku cytrynowego i solnego, trzysta ośmdziesiąt funtów mąki, pakę rzeżuchy i warzęchy pochodzących z plantacyi doktora, dwieście funtów prochu, rozmaite narzędzia, broń, różne drobiazgi. Wszystko to razem, z ciężarem szalupy i wagą sań, stanowiło około tysiąca pięciuset funtów, co było zbyt wiele na siły czterech psów grenlandzkich; co więcej, psy te u Eskimosów gdy dłużej nad cztery dni z rzędu do pracy nie bywają używane, tu zaś miały codzień chodzić w zaprzęgu. To też podróżni gotowi byli naprzemian pomagać im w pracy, i zamierzali niewiele drogi dziennie przebywać. Odległość od przystani Wiktoryi do bieguna, wynosić mogła najwyżej trzysta sześćdziesiąt mil (angielskich); robiąc zatem po dwanaście mil dziennie, można ją było przebyć w ciągu jednego miesiąca. Zresztą gdy już nie będzie lądu stałego, szalupa pomoże do wodnej podróży, bez utrudzenia psów i ludzi.
Zdrowie w ogóle służyło wszystkim bardzo dobrze; zima chociaż ostra, ukończyła się w przyjaznych warunkach dobrobytu, a rady doktora ustrzegły od wielu chorób właściwych tamtejszemu klimatowi. Trochę schudli wszyscy, co zacnego Clawbonny, osobiście bardzo cieszyło; ale za to ciało i dusza przywykły do ciężkiego istnienia. Już teraz zaaklimatyzowani podróżni, stawić mogli czoło najsilniejszym mrozom i największe pokonać trudy.
Wreszcie zbliżali się już do celu swej podróży, do owego niedostępnego bieguna, poczem już tylko uśmiechał się im miły powrót do ojczyzny. Wzajemna sympatya łącząca obecnie wszystkich pięciu rozbitków, pomoże im do osiągnięcia celu śmiałej ich podróży, i ani jeden nie wątpił o pomyślnym jej skutku.
W widokach dalekiej wyprawy, doktór radził swym towarzyszom, aby się do niej wcześnie przygotowywali i „utrenowali się“ jak najstaranniej.
— Nie żądam od was, mówił on, abyście naśladowali żokejów angielskich, którzy po dwóch dniach trenowania tracą ośmnaście funtów wagi, a po pięciu dniach, dwadzieścia pięć funtów; ale trzebaż przecież cóś uczynić, żeby się znaleźć w najlepszych do podróży warunkach. Otóż pierwszą podstawą utrenowania się jest pozbycie się tłuszczu, a to za pomocą środków lekarskich i wielkiego ruchu ciała. Żokeje wiedzą do jakich się niespodziewanych dochodzi przez to rezultatów. To też nie jeden z nich niezdolny przed trenowaniem ubiedz jednej mili bez utraty tchu, po trenowaniu przebiega dwadzieścia pięć mil z łatwością. Wymieniają pewnego Townsed’a zdolnego przebiedz sto mil w dwudziestu godzinach, bez zatrzymania się ani na chwilę.
— Kiedy tak, rzekł Johnson, to jeśli trzeba schudnąć jeszcze bardziej....
— Ależ nie, odparł doktór, tylko chciałem okazać, że trenowanie może mieć dobre skutki. Daje ono kościom większą siłę oporu, muskułom elastyczność, czyni słuch wrażliwszym a bystrzejszym wzrok. Nie należy zatem zapominać o tem.
W niedzielę 23-go czerwca wszystko już było w pogotowiu i dzień ten, jako świąteczny, na zupełny poświęcono wypoczynek.
Mieszkańcy Szańca Opatrzności z pewnem wzruszeniem oczekiwali chwili wyruszenia w drogę. Żal im trochę było porzucać ten domek lodowy, który im tak wyborne dawał schronienie; tę przystań Wiktoryi, to wybrzeże gościnne, na którem ostatnie miesiące zimowiska przepędzili, Czyż za powrotem znajdą to wszystko w takim samym stanie? Czy promienie słońca nie stopią do reszty ścian ukochanego Domu Doktora?
Bo też nie jedna dobra godzina tam upłynęła. Przy wieczerzy przypomniał doktór towarzyszom owe wzruszające chwile, i nieomieszkał podziękować niebu za widoczną nad rozbitkami opiekę.
Po czem wszyscy wcześnie udali się na spoczynek, aby nazajutrz wstać bardzo rano. Tak przeszła ostatnia noc spędzona w Szańcu Boskiej Opatrzności.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Verne.