Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.2.djvu/236

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


mimo jej ogromu, i przeskakując z jednej kry na drugą, dostał się do lądu i zniknął ze swą zdobyczą.
— Szczęśliwej podróży! wołał Johnson za uchodzącym niedźwiedziem; ta bestya rozporządza za wielką łap liczbą.
Wkrótce potem szalupa zawinęła z powrotem do niewielkiej przystani, jaką Bell umyślnie dla niej przy brzegu urządził.
Za cztery już dni podróżni nasi mieli się puścić w dalszą drogę. Hatteras przyspieszał ostatnie przygotowania; pilno mu było opuścić tę Nową Amerykę, tę ziemię obcą, nie przez niego nazwaną. Nie czuł się na niej u siebie.
Dnia 22-go czerwca zaczęto na sanie pakować zapasy żywności, namiot i przybory podróżne. Zabrano dwieście funtów mięsa solonego, trzy skrzynie jarzyn i mięsa suszonego, pięćdziesiąt funtów soku cytrynowego i solnego, trzysta ośmdziesiąt funtów mąki, pakę rzeżuchy i warzęchy pochodzących z plantacyi doktora, dwieście funtów prochu, rozmaite narzędzia, broń, różne drobiazgi. Wszystko to razem, z ciężarem szalupy i wagą sań, stanowiło około tysiąca pięciuset funtów, co było zbyt wiele na siły czterech psów grenlandzkich; co więcej, psy te u Eskimosów ni-