Podróż do Bieguna Północnego/Część II/Rozdział XVII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juljusz Verne
Tytuł Podróż do Bieguna Północnego
Podtytuł Pustynia lodowa
Data wydania 1876
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Józef Sikorski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Voyages et aventures du capitaine Hatteras
Podtytuł oryginalny Le desert de glace
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część II
Indeks stron
ROZDZIAŁ SIEDMNASTY.
Zemsta Altamonta.

Nazajutrz doktór i dwaj jego towarzysze, zbudzili się po wybornie spędzonej nocy, choć nad ranem dał się im czuć chłód, nieco przejmujący Dobrze jednak byli odziani, spali więc doskonale pod strażą spokojnych zwierząt.
Czyste niebo zapowiadało piękną pogodę. Postanowiono cały ten dzień jeszcze poświęcić na zwiedzanie kraju i szukanie piżmowców, boć nareszcie trzeba było Altamontowi dać sposobność do strzelania. Postanowiono tedy, że choćby te zwierzęta najnaiwniejsze były, będzie mógł je zabijać. Bo też i mięso ich, choć mocno przejęte zapachem piżma, smaczne jest i posilne; nie zaszkodziłoby więc przynieść do Szańca Opatrzności kilka kawałków tej zwierzyny.
W rannych godzinach nic osobliwszego nie zdarzyło się myśliwym. Posuwając się na północo-wschód uważali, że kraj zmienia się widocznie. Kilka podniosłości gruntu, pierwsze falistości górzystej okolicy, kazały się domyślać czegoś nowego. Wnoszono, że jeśli Nowa Ameryka nie była lądem stałym, to przynajmniej bardzo rozległą wyspą; zresztą nie chodziło tu wcale o sprawdzenie tego punktu geograficznego.
Duk wysunął się naprzód, lecz wkrótce stanął do tropu piżmowców, a potem nagle poskoczył naprzód i znikł z oczów myśliwcom. Zwrócili się za głośnem szczekaniem, którego natarczywość zapowiadała, że nieme zwierzę znalazło wreszcie czego tak pragnęło.
Po półtoragodzinnym szybkim pochodzie, spotkali dwoje zwierząt dość dużych o groźnej zewnętrzności. Zdawały się być bardziej zdziwione niż przestraszone napaścią Duka; nie zważając na niego, szczypały mech różowawy, ukazujący się tu i owdzie na gruncie ze śniegu oczyszczonym. Doktór poznał je łatwo po średnim ich wzroście, po rogach bardzo rozgałęzionych u wierzchu a skupionych przy osadzie, po charakteryzującym je braku pyska, wypukłym łysie, i bardzo krótkim ogonie. Dla tejto właśnie budowy szczególnej, naturaliści dają tym zwierzętom nazwisko „ovibos“ doskonale malujące połączenie kształtów owcy i wołu. Skóra ich pokryta była długiemi i gęstemi kłakami, w rodzaju brunatnego i cienkiego jedwabiu.
Na widok ludzi, zwierzęta pierzchnęły; myśliwcy gonić je poczęli, ale bezskutecznie, bo już po półgodzinnym biegu zdyszani stanęli.
— Do licha! zawołał Altamont.
— Tak, do licha! powtórzył doktór tchu zaczerpnąwszy. Te przeżuwające zwierzęta muszą pochodzić z Ameryki; ale widać nie tęgą mają opiniję o swych rodakach skoro uciekają przed nimi.
— To dowodzi, odrzekł Altamont, że dobrze strzelamy.
Piżmowce widząc że ich już nie gonią zatrzymały się w postawie zdziwionej. Gdy strzelcy spostrzegli, że ich nie dościgną, zaczęli przemyśliwać jakby je otoczyć ze trzech stron. W tym celu pozostawiwszy Duka żeby niepokoił zwierzęta, sami przez poblizki wąwóz spuścili się na dół i okrążyli płaszczyznę. Altamont i doktór ukryci za skałami, z bronią do strzału gotową czekali na zwierzynę, którą na nich miał napędzić Hatteras nagle się z przeciwnej strony ukazujący.
— Spodziewam się, że teraz już mi strzelać nie zabronicie, rzekł Amerykanin.
— O bynajmniej! tu już jest otwarta wojna, odpowiedział Clawbonny, który przy całej dobroci serca, w gruncie był myśliwym.
Tak rozmawiając, strzelcy ujrzeli wkrótce wypadające na nich, przez uporczywie napastującego je Duka i przez krzyczącego na całe gardło Hatterasa, pędzone zwierzęta. Poskoczyli naprzeciw tej wspaniałej zdobyczy.
Woły zatrzymały się i mniej się obawiając jednego nieprzyjaciela niż dwóch, zwróciły się na Hatterasa. Nie uląkł się ich i czekał na nie. Wymierzył, strzelił, ale mimo że kula ugodziła zwierzę w czoło, nie wstrzymało go to bynajmniej. Drugi strzał także nic nie zrobił, tylko podżegł zwierzęta. Rzuciły się na myśliwca i przewróciły go w oka mgnieniu.
— Zgubiony! zawołał doktór.
W chwili gdy doktór wyrzekł te wyrazy, Amerykanin posunął się na ratunek kapitana; zatrzymał się jednak, walcząc z sobą i ze swemi uprzedzeniami.
— Nie! zawołał, byłoby to podłością.
I rzucił się za Clawbonnym na pole walki.
Wahanie się jego nie trwało dłużej jak pół sekundy. Jeśli doktór dojrzał co się działo w duszy Amerykanina, to Hatteras zrozumiał, on, który dałby się zabić raczej, niż wzywać swego współzawodnika na pomoc. Zaledwie jednak miał czas zdać sobie sprawę z tego co widział, a już Altamont stanął przy nim.
Hatteras wywrócony usiłował odpierać ciosy zadawane mu nogami i kopytami dwóch nieprzyjaciół; walka ta jednak nie mogla się długo przeciągnąć. Już blizkim był rozszarpania na kawałki, gdy nagle zabrzmiały dwa strzały; Hatteras słyszał kule świszczące mu nad głową.
— Śmiało! krzyknął Altamont, rzucając na ziemię swą dubeltówkę wystrzeloną i skoczył na rozjuszone zwierzęta.
Jedno z nich ugodzone w samo serce, padło na miejscu; drugie miało już zmiażdżyć kapitana, gdy nagle przyskakujący Altamont utopił nóż w otwartej jego paszczęce, a jednocześnie toporkiem w drugiej ręce trzymanym, rozdwoił mu głowę potężnym ciosem.
Wszystko to stało się tak szybko, że byłoby dosyć jednej błyskawicy na oświecenie tej sceny. Drugi wół zachwiał się na nogach i padł bez życia.
Hatteras został ocalonym.
Zawdzięczał więc życie Amerykaninowi, którego nienawidził więcej niż cokolwiek na świecie. Cóż się dziać musiało w tej chwili w jego duszy? jakież uczucie ludzkie a nieprzeparte, owładnęło jego całą istność? Jestto jedna z tajemnic serca, nie dająca się rozbierać. Jakkolwiek bądź, Hatteras bez wahania się postąpił ku swemu rywalowi i przemówił do niego poważnie:
— Ocaliłeś mi życie Altamoncie.
— I tyś mi je był ocalił Hatterasie, odrzekł Amerykanin, a po chwili milczenia dodał: — Kwita między nami.
— Nie, rzekł Hatteras; gdy cię doktór wydobył z twego lodowego grobu, nie wiedziałem kim byłeś; ty zaś wiedząc kim jestem, ocaliłeś mnie z narażeniem własnego życia
— Eh! odparł Altamont, jesteś moim bliźnim, Amerykanin zaś nie jest nikczemnikiem.
— Naturalnie że nie, wtrącił doktór, to taki sam człowiek jak i ty Hatterasie.
— I równie jak ja będzie miał udział w należnej mu chwale, rzekł kapitan.
— W chwale dojścia do bieguna północnego, wtrącił Altamont.
— Tak jest, wspaniale odparł Hatteras.
— A więc zgadłem, zawołał Amerykanin. Więc ośmieliłeś się powziąć podobny zamiar! odważyłeś się na usiłowanie dotarcia do punktu nieprzystępnego! Ah! jakże to wzniosłe! jakże wspaniałe!
— A ty, zapytał Hatteras, nie miałżeś zamiaru tego samego co i my, dostać się do bieguna?
Altamont zdawał się wahać nim odpowiedział.
— No i jakże? naciskał doktór.
— Nie, zawołał Amerykanin, nie! prawda iść winna przed miłością własną. Nie! nie powziąłem tej wielkiej myśli, która was tutaj przywiodła. Starałem się przeprowadzić mój okręt przez północno-zachodnie przejście, i nic więcej.
— Altamoncie! rzekł Hatteras wyciągając rękę do Amerykanina, bądźże więc uczestnikiem naszej chwały, idź z nami na odkrycie bieguna północnego!
I dwaj ci ludzie spletli swe dłonie w szczerym i serdecznym uścisku.
Gdy się zwrócili do doktora, spostrzegli że płacze.
— Ach! przyjaciele moi! szeptał ocierając sobie oczy, serce moje nie może objąć radości którą je przepełniacie. Ah drodzy towarzysze! poświęciliście sobie nawzajem wasze uprzedzenia i podaliście sobie ręce do wspólnego dzieła. Powiedzieliście sobie że Ameryka i Anglija nie mogą wam przeszkodzić do popierania się w osiągnięciu wielkiego celu. Jeśli biegun północny odkryty zostanie, mniejsza kto go odkryje! Nad Anglika, nad Amerykanina, człowiek wyżej stanie.
Zacny doktór ściskał pojednanych nieprzyjaciół, a dwaj nowi przyjaciele czuli się jeszcze więcej zjednoczeni we wspólnej dla nich przyjaźni doktora. Clawbonny nie mógł się powściągnąć, żeby nie narzekać na próżność współubiegania się narodów, żeby nie zalecać jedności i zgody niezbędnej dla opuszczonych i dalekich od rodzinnego kraju. Jego łzy, słowa, uściski, wszystko to tryskało z głębi jego zacnego serca.
Nareszcie, uściskawszy Hatterasa i Altamonta po dwudziesty już raz może, doktór się nieco uspokoił.
— A teraz, rzekł, do roboty! Nie zdałem się na nic jako myśliwy, to niechże inne moje talenta zostaną spożytkowane.
I zaczął oprawiać wołu, nazywając go „wołem zgody“ a sprawiał się zręcznie, jakby jaki biegły chirurg przy kunsztownej amputacyi.
Dwaj jego towarzysze uśmiechali się patrząc na tę jego robotę. Wkrótce biegły operator odłączył od reszty z jakie sto funtów mięsa najlepszego, rozdzielił je na trzy części, po jednej dla każdego, i ruszono z powrotem do Szańca Boskiej Opatrzności.
O dziesiątej wieczorem myśliwcy powrócili do Domku Doktora, gdzie już ich czekała wyborna uczta. Ale nim zasiedli do stołu, doktór zawołał głosem tryumfującym, wskazując na dwóch swych towarzyszy w wyprawie myśliwskiej:
— Słuchajno Johnsonie, wszak wyszedłem w towarzystwie Anglika i Amerykanina, nieprawdaż?
— Tak jest panie Clawbonny, odpowiedział retman.
— No, otóż powróciłem z dwoma braćmi.
Dwaj żeglarze radośnie uściskali dłoń Altamonta. Doktór opowiedział im co kapitan amerykański zrobił dla kapitana angielskiego, i tej nocy domek ze śniegu osłonił pięciu ludzi najzupełniej szczęśliwych.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Verne.