Po co dzień ich budzi.../II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Feliks Brodowski
Tytuł Po co dzień ich budzi...
Pochodzenie Liote (nowele)
Data wydania 1905
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Całe opowiadanie
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
II.

Była to kobieta trzydziestu paru lat, o twarzy ściągłej, śniadej, poplamionej — od niewywczasowania i chłodu zapewne — sinością pod oczami i wybledzeniem na policzkach i czole. Oczy jej niezwykle wielkie, ciemne, płomiennemi być musiały, bo i teraz pod cieniem, którym okrutne ciała umęczenie je przyćmiło, snuły się w nich blaski jakty niezgaszonego jeszcze doszczętnie ogniska.
Twarz to była bardzo miła, współczucie i pewną ciekawość budząca wyrazem swoim dość trudnym do odczytania, wśród tłumu zrzadka napotykanym.
Przed dziesiątkiem lat musiały się za nią niejedne obracać oczy i niepokój unosić ze sobą od płomieni, bijących z młodych, śmiałych źrenic. W owe czasy i na czole tej kobiety nieraz zuchwałość a hardość osiadać musiała, i nozdrza niewielkie a kształtne gniewnie wzdymać się potrafiły, i uśmiech, po ustach małych przewijając się, wyrazić pewnie umiał słodycz, lub drwiny. Tak musiało być dawniej, nim ją chwyciła fala owa bezlitosna, fala urągliwa i straszna, po przez miasto wielkie lecąca, zmiłowania nie znająca ni dla tego co młode, ni dla tego, co wdzięku pełne, ni dla tego, co ku dobremu się pnie, ni dlatego, co żyć chce.
Co ta topiel z jej duszą zrobiła, to właśnie w twarzy jej było zagadką. Widziałeś tylko, źe coś rychło i brutalnie spłoszyło jej młodość, zmięło urodę, skruszyło hardość, że fala musiała nią tłuc o kamienie niegościnnego wybrzeża, raniąc coraz silniej, okrutniej; że wyszła z tej kaźni żywa, jeno nabyła spojrzenie takie nieruchome chwilami i osłupiałe, właściwe ludziom, którzy już niedolę wszelką widzieli, co ani pobledną przed wy gniły mi oczodołami czaszki trupiej, ani strachu, ni wstrętu nie uczują, choćby im wypadło koło trupa się położyć — sami spragnieni może nieruchomości spokojnej, wiecznej.
A dusza w niej była jeszcze — odgadywałeś, czułeś to. Może cała ranami krwawiącemi okryta, lub skorupą chropawą, ale — była... Nie objęta ostatecznem pognębieniem i jeszcze walcząca. Z oczu jej patrzało, że to jedna z istot, którym koniec życia tam, gdzie walka w ich duszy ustaje. Póki jeszcze czegoś bronią, o coś utarczkę toczą — póty żyją. Gdy zaś dusza — jak ptak z sił opadający — ma rozciągnąć się w pyle a po hańbieniu ostatniem — wtedy i ciało śmierci przyzywa i jej się oddaje bez targów, ni wypraszania nijakiego. Śmierć je bierze, jak miecz katowski głowę dobrowolnie podeń układzioną.
Wzdrygając się jeszcze od dreszczu przelotnego, ale już zewsząd ogarniającym ją i coraz głębiej wsiąkającym ciepłem ożywiona, fizycznie miłemu uczuciu poddająca się, uspokojona jakoś odrazu i do głębi, uśmiechnęła się Agnieszka — jak dziecko po płaczu — do Jana, patrzącego na nią dobrodusznie i poczciwie. Sam się też roześmiał.
— A co przydała się budka?
— O — i jak. Że ja jeszcze żywa, to mi nawet dziwno — odparła. — Toć całą noc nie pod dachem.
— Takem ja myślał — rzekł Jan, nie okazując zdziwienia. — A gdzieżeście siedzieli bez noc?
— Dwie nas było — mówiła zwolna. — Wlazłyśmy pomiędzy stragany, tam na dole, gdzie targ, nieopodal rzeki. Zrazu było nienajgorzej, bo od wiatru dobrześmy były osłonięte; przytuliwszy się jedna do drugiej, możnaby jako tako do rana wysiedzieć i nie koniecznie zamrzeć ze zimna. Ale tamtej naprzykrzyło się i jakoś wprędce po północy poszła.
— I gdzie poszła?
Agnieszka milczała, oczu jednak nie kryjąc.
No tak — począł się Jan domyślać — jeśli niestara... Trafił się onej jaki znajomy lub nieznajomy, uczepiła się byle którego chłopa, żeby ją tylko gdzie bądź do dom zabrać. Wiadomo — głodnego djabeł chlebem kusi, a marznącego — ciepłą izbą.
— A wy zostaliście?
— Ostałam.
— No to nie dziwota, żeście zmarzli jak sęk.
Nie obchodziła go wiele obca, napotkana kobieta, mimo to sprawiało mu przyjemność, że... została. «Znaczy się, jeszcze nie ostatnia — myślał — dość to urodne, nie stare jeszcze i miłe jakieś, żeby więc chciała, łatwo by sobie znalazła lepszy nocleg, niż pod straganem. Otóż nie chciała».
— Tak to tak — przemówił po chwili, rozcierając sobie to jedną, to drugą rękę miarowo, powolnie. — I dawno-ż tak bez dachu?
Kobieta odwróciła głowę ku oknu i nieruchomie zatrzymała oczu swoich spojrzenie na jednym dalekim punkcie. Nie było w twarzy jej wzruszenia żadnego, zakłopotania najmniejszego, ani nieukontentowania, że ktoś ją bada. Ona dotychczas co mówiła, to w połowie jakby do siebie, i teraz pytanie: dawno-żeś bez dachu?—trąciło jej myśli, jakby z własnej jej głowy, nie zzewnątrz, od ust obcych — szło.
Dawnoż ja bez dachu? — powtórzyło jakieś echo żałosne, niby pisk i poświst tego wiatru, co nocą, od rzeki rwąc, między domy się zapędził, po placu latał, wkoło straganów się kręcił, raz wraz to o deskę, źle umocowaną, to o blaszane daszki postukując.
Niby niedawno, a zdaje się, że już życie upłynęło, drugie życie całe od tej chwili — gdy dom swój, kąt swój postradała.
I zwracając znów oczy do twarzy stróża, rzekła przyciszonym, ale spokojnie i nieskargliwie brzmiącym głosem:
— Wczoraj — wypędził mnie.
— O! — podjął. Kto? Mąż?
Milczała.
Jan podniósł się, powyglądał chwilę oknem, naciągnął potem swe rękawice futrzane i chwyciwszy grackę do wygarniania śniegu z wklęśnięcia szyn, zbierał się ku wyjściu.
— Gadu, gadu, a robota śpi — odezwał się też więcej do siebie, niż do niej. Coś prószyć zaczyna, śnieg czy sadź z mgły tej opada. Czas podły.
W istocie nic nań pilnego nie wołało, tyle tylko, że odrazu zrobiło mu się jakoś niemile. Nie potwierdziła tego, że — mąż. Omylił się — mało ona warta.
Jednak przemogła go ciekawość, w jaki sposób ją djable opętały potęgi, a prędzej przemógł napływ niespodziany tej dobroci łaskawej, niewiadomo, z czego się rodzącej, od niejakich lat chwytającej go za serce, ilekroć o grzesznego i błądzącego idzie człowieka. Dawniej pięść mu się zaciskała, język lżyć był gotów, teraz nie. «Bo te najgorsze ludzie, to i najbiedniejsze» — usprawiedliwiał się sam przed sobą, obawiając się, że przestępuje przykazanie — by nie pobłażać złemu, a tego się trzymał przykazania od młodości, w pracy i czystem zachowaniu się poczętej.
Ode drzwi zawrócił i znów przysiadł koło niej, pomilczawszy zaś nieco, rzekł, z pode łba na nią poglądając:
— Jucha i chłop, żeby w taką porę wypędzić jak sukę na dwór.
— Kochanek? Na wiarę żyjeta? — zniżając głos i głowę w inną odwróciwszy stronę, zapytał po chwili.
I znów wydało się jej, że te słowa: na wiarę żyjecie-ż, same zrodziły się w jej głowie i trąciły znienacka myśli zaschłe i prawie umarłe, a te myśli zaszeleściły odrazu, jak liście suche szeleszczą, jesienią odarte, gdy ptak wpadnie w ich kupę — rozgartywać je i rozrzucać pocznie.
Tedy, jakby sobie odpowiadając:
— Oj! długo już, długo — rzekła — dziesięć lat tak żyjemy... Żyliśmy — poprawiła się niepewnym głosem, wspomniawszy, że od wczoraj wszystko się skończyło.
Nie dźwięczał w jej mowie wstyd, raczej splatała słowa obojętność istoty, która ukrywać się nie czuje już potrzeby ni chęci, ani się nie zarumieni, gdy nędzę jej obnażoną przed ludzkie wywleką oczy, a sądów ludzkich sobie nie waży.
Jan markotnie potarł dłonią czoło.
— Dziesięć lat. Prawda, czasu to kawał. Żeby i u ślubnych, to też nie inaczej by się zwało, jak ładnymi latami pożycia. I dzieciaków parę bez czas ten odchować można niezgorzej.
— A u was są-ż dzieci? — pytał, posiedziawszy dobrą chwilę w milczeniu.
O, jak szeleszczą gdzieś liście, jak podrywają się w górę, jak pęd je chwyta wichrowy — a rzuca — a niesie...
Masz-że dzieci, ty nieślubna, ty wiaruśna? — zalatuje echo skądciś.
Gdzie one, gdzie dzieci moje! — taki płacz w jej głowie naraz się rozlega, cościś za gardło ją chwyta, cościś zjadliwie pierś jej kąsa pod sercem, pod sercem.
Niemal że się przeląkł Jan, tak twarz je. zdziczała naraz i tak rozbłysnęły, niczem u zwierzęcia, jej oczy i tak wparły się w niego, nalane ognistością, pytające, badawcze, złe, jakby skoczyć doń miała zaraz z wołaniem: «Gdzie one, powiadaj, jeśli wiesz!»
Wnet jednak słabość ją wzięła, słabość przemarzniętego i czczego, a umęczonego ciała. Tylko usta jeszcze krzywiła, tylko wzdrygnęła się raz i drugi gwałtownie, a potem już bezwładna i skurczona w kąt się zacisnęła.
Jakby niespełna będąc rozumu, lub jak stara baba nad nieboszczykiem modlitwy odmawiająca, kiwać głową poczęła przed się i w tył, aż o ścianę raz po raz nią uderzając.
I prawiła spiesznie jakoś:
— Dzieci moje, panie — przecież pomarły. A jakże. Sześciolatkiem chłopaczek zmarł a dziewczynka rok coś i miesięcy — tak, miesięcy cztery przeżywszy. I jak z Władkiem trumienkę do dołu spuszczano, to tam woda chlupnęła — słyszy pan — woda chlupnęła. Sypano piasek a ona precz chlupała. Tak z tą wodą mój chłopiec zapodział się gdzieściś i gdzie jest, nie wiem. Prawdę mówię. Sameś pan chyba słyszał, że biednych to na takim cmentarzu grzebią, że nie szukaj trumny w tem miejscu, gdzieś ją do ziemi dał, bo piaski sypkie albo woda na stronę odniesie. Ja zaś święcie powiadam, że w oczach moich trumienkę Władczyną woda, czy cościś porwało i poniosło hen pod ziemią. Dokąd — to nie wiem.
Ostatnie jej słowa brzęczały cichutko a żałośnie.
Jan wtłoczył sobie zrazu czapkę na oczy, potem desperackim ruchem na tył głowy ją zacisnął, poderwał się i znów usiadł.
— Cóż poradzić, wola na to Boska — przemówił nie głośno, sobie pod nosem. Że pomarły — może dla nich lepiej.
Gracką swoją o podłogę stuknąwszy i kobiecie krótkie: «Ostańcie z Bogiem» — rzuciwszy, wyszedł.
A już po nim drzwi coraz częściej skrzypiały. Goście nowi do budki przybyli.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Feliks Brodowski.