Po co dzień ich budzi.../I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Feliks Brodowski
Tytuł Po co dzień ich budzi...
Pochodzenie Liote (nowele)
Data wydania 1905
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Całe opowiadanie
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
I.

Koło godziny ósmej zrana Agnieszka zziębnięta, zesztywniała, ogłupiona tą nocą na dworze spędzoną, wlokła z trudem nogi pod górę. Wązka uliczka, wiodąca z dolnej, nadrzecznej dzielnicy do górnej, wspinała się wzdłuż arkad, podpierających zjazd do mostu, po stokach dość stromego wzgórza.
Zdawało się kobiecie, że końca temu uciążliwemu wchodzeniu nie będzie. Wreszcie chodnik podstępować począł do pochylonej jeszcze płaszczyzny placu, a na zakręcie zlał się z równią szerokiej ulicy.
U żelaznych sztachet poblizkiego kościoła Agnieszka musiała się wesprzeć. Wcisnęła grzbiet między dwa pręty, jakby chciała, żeby ją trzymały, nie dały jej upaść na ziemię, ciągnącą ją nieprzeparcie ku sobie. Ach, zacisnąć się do jakiego kąta, zwinąć się w kłębek — jak to robią psy, nakryć głowę chustką i usnąć na krótko lub zamrzeć... Nie miała innego w tej chwili pragnienia.
Dzień listopadowy, mglisty, zaszarzał dopiero. Ruch uliczny zaledwie się budził. Od placu ukazał się pierwszy tramwaj, szparko sunący, bo pusty prawie. Stróż stacyjny, ukończywszy odgarnianie śniegu z pomiędzy szyn, otwierał poczekalnię.
Jest to izdebka maleńka, ze wszystkich czterech stron oszklona dużemi szybami. Żelazny piecyk, dwie ławy po jednej ścianie, po drugiej dwie skrzynie, w których stróż przechowuje narzędzia, węgle, drzewo i swe rupiecie, w kącie konewka z wodą, a obok kubek na łańcuszku uwiązany, para kinkietów na ścianach, niesymetrycznie porozwieszane jaskrawe malowanki z ogłoszeniami na tekturze lub blasze — to wszystko, co w niej się mieści.
Jednym więcej jest ta poczekalnia dowodem, iż życie, przystosowując do różnorodnych swych potrzeb rzecz ludzką, czyni to niejako na swój sposób, nie dbając o cel, jaki jej ludzie przyswoili. Czasem trafia się istotnie, że wpada tam ktoś, oczekujący na tramwaj, przeważnie jednak «budka» — jak pospolicie zowią — bywa schronieniem, lub miejscem wypoczynku ludzi, dalekich od myśli, chęci, potrzeby i możności jeżdżenia tramwajem.
Przesiadują tu emeryci, inwalidzi, rozmaite niedobitki nędzy, pensyonarze z poblizkiego przytułku, próżniacy niewiadomo z czego żyjący, chłopcy sprzedający dzienniki, dziewczęta uliczne, kochankowie tych dziewcząt, rodzaj przybocznej straży ich stanowiący, ludzie znużeni bezowocną bieganiną za jakiem zajęciem, robotnicy bez pracy, istoty tak szare i wypłowiałe, że niepodobna odgadnąć czem są lub były.
Jednych widuje się tu jak rok okrągły, prawie co dnia. Inni, pojawiając się przez czas dłuższy, znikają następnie, uniesieni widocznie falą swoją w inne strony i znów, po czasie, wypływają na widok tu, w tej samej poczekalni, więcej tylko zamorusani i wy miętoszeni, niż poprzednio.
Typy najrozmaitsze, ale wszystkie jakby z jednej zatoki życia wyłowione. Na ogół wszyscy oni, ci bywalcy stali, ani zbyt weseli nie są, ani zbyt czyści, ani zbyt syci, ani zbyt cnotliwi. Nie brak też między nimi poprostu łobuzów, wojujących przy sposobności nożem, rzezimieszków małych i dorosłych, przygodnych i fachowych. Tropy zaś ich i dziewcząt, wałęsających się w tej stronie, ściągają często do budki łapaczy, tych, co węszą zwolenników cudzego mienia i tych, co polują na kobiety w początkach złego zawodu będące.
Wszystkich tych ludzi Jan, stróż stacyjny, zowie: prześwietną publicznością, która — oby ręce i nogi połamała — bezpłatnymi lokatorami, zarazą, złym nasieniem.
Pierwsze zwłaszcza lata stróżowania zatruwało Janowi poczucie daremnych wysiłków, by utrzymać w budce czystość.
—Człowiek naharuje się, zamiecie, czy tam zmyje podłogę. Patrz, już za pół godziny obdartusy nanieśli błota, że po porządnych osobach przez cały dzień tyleby się nie uzbierało.
Zimą mawiał:
— Pud węgla spalę i dla kogo? Ludzie, jak się patrzy, panowie, ichmoście godni, prawie że nie zaglądają, wygrzewa się sama zaraza.
Twierdził, iż łajdactwo to obrabia w budce najpodlejsze interesy, że uszy więdną od słuchania rozpustnej mowy, że zostawiają po sobie najobrzydliwszą woń i roztrząsają robactwo.
— Tak, tak. Jedna pani w paradnem, aksamitnem okryciu, spasiona pięknie, usiadła se raz na ławce — odpocząć krzynę. Ale to, mówię, osoba, co od urodzenia może nie widziała nic takiego obrzydliwego. Patrzy — aż tu lezie po rękawie... co nie potrzebuję powiadać. Jak też pani nie wrzaśnie, jak się nie zacznie ciskać a błagać, żeby to z niej zdjąć.
Miał Jan wtedy co słuchać, bo wszyscy na niego, źe porządku nie pilnuje. A cóż jego pilnowanie! Po tym wypadku dobrał sobie do pomocy stójkowego i przez parę dni oddawali się wyłącznie płoszeniu włóczęgów z tych stron. Ale Jan, prócz dozorowania poczekalni, musi jeszcze obmiatać tor tramwaju, a stójkowy ma gdzieindziej posterunek.
— Było dobrze dzień, dwa — opowiada stróż znajomym. — Omijali. Ale zajrzał jeden, drugi — widzą, że mnie niema — i ot, wsunął się dziad zatabaczony, co godzinami w kącie się wysypia; wlazło dziewczysko ladaczne, oberwane a przemarzłe od latania cięgiem po ulicy, a za nią jużci jest jej najdroższy, któremu nóż z cholewy wygląda — i zaraz się pojawiły chłopaki od gazet — i stara warjatka z tej tu ulicy, co jak ją dzieci własne spierą za jej mamrotanie ustawiczne a na ulicę wypędzą, to nigdzie, ino tu do mnie, do budki prosto sypie — i komornik ten dawny, czy sędzia, tera w Dobroczynności odpoczywający. Jemu to znów cięgiem z nosa kapie i cuchnie coś kiele niego, że ani wysiedzieć... I kto je tam wszystko przeliczy — i kto je wie, skąd się to nabierze!
— Żeby choć nie kradli! — wzdychał.
Co tam mogło być w poczekalni do ukradzenia! A było. Zaczęło się od klosza matowego z kinkietu, ukradziono jeden, po jakimś czasie — drugi, następnie powędrowało gdzieś szkło ze zbiorniczkiem do nafty, potem samą podstawę kinkietu odłamano, nie mogąc jej zdjąć, z kolei ułaszczył się ktoś na fajerkę i drzwiczki od piecyka, na kubek blaszany do wody, na łopatę zapomnianą wypadkiem przez Jana, na trzonek od miotły. Puszkę blaszaną z napisem: «Zażalenia», przytwierdzoną do ściany, też usiłowano oderwać, choć na co się komu zdała. Wszystkie te szkody Jan musiał pokrywać z własnej kieszeni, więc — klął.
Marzył — to o ogromnem klepisku, gdzieby całą tę zarazę ułożyć można, a sprawić młóckę aż do wytrzęsienia z onych duszy, to znów o sicie, rozpostartem nad rzeką, i takiem przesiewaniu ludzi, żeby ostali się tylko ci, co nie nanoszą błota do poczekalni i nie wysiadują w niej bez potrzeby, reszta niechby się potopiła.
Raz jednak zdarzyło się, iż Jan zastał w budce kolegę swego, ongi woźnicę od tramwaju. Biedak chorował długo, postradał miejsce i oto kilka już miesięcy tuła się bez pracy, przymierając głodem. W domu baba skrzeczy, dzieciaki piszczą. Słuchać tego skowytu — to głowa pęka i serce się ściska. Ucieka tedy Franciszek na miasto, łazi, przepytuje się o robotę, a choć nic nie znajdzie, to myśl przynajmniej trochę rozerwie, odwróci, inaczej odrazuby kamień sobie u nogi — i do wody.
— No, no — pomyślał Jan — czyż to samo nie mogłoby mnie spotkać. Musiałbym więc przez to sito moje przelecieć i użyć śmiertelnej kąpieli lub na klepisku się rozciągnąć.
Jakoż czas i doświadczenie złagodziły odrazę jego do ludzi, przesiadujących w budce.
Po kilku latach już mawiał:
— Co prawda, wszystko to biedota sama. A że są źli między nimi — ha, niema chyba jednego człowieka, żeby nie wolał być uczciwym a szanowanym, niż takim, co mu w oczy plują. Ale to tak. Jeść się chce a djabeł zdaleka kęs chleba pokazuje; głodnemu mało ozór do jadła nie wyskoczy, tamten zaś prawi: zrób to, zrób owo. Niechże jeszcze na głodny brzuch wódki owemu przyleje, to już go ma. Idzie jeden na złodziejstwo, inna własne cielsko sprzedaje.
Swoją drogą wspierać swoim dorobkiem złodziei nie miał ochoty, więc kubek i konewkę zabezpieczył łańcuszkami, fajerkę przymocował drutem, kinkiety na dzień chował do skrzyni.
Podmiótłszy budkę, wziął się Jan owego ranka do rozniecenia ognia w piecyku.
Drzwi skrzypnęły. Nie odwrócił głowy: już sam sposób otwierania nieśmiały i stąpanie jakieś skradające się objaśniło go, że to przywlokła się biedota, zwabiona nadzieją ciepła.
Z ukosa jeno spojrzał na Agnieszkę. Nie znał jej, była tu chyba pierwszy raz.
Kobietę ziąb przejąć musiał do szpiku kości; usiadła w kątku, skurczywszy się i zacisnąwszy rękami na piersiach chustkę, która i twarzy jej prawie widzieć nie pozwalała. Wymknęły się tylko z pod chustki kosmyki nieczesanych włosów.
Z poufałością człowieka, w mocy którego jest wyświadczyć, lub nie wyświadczyć komuś dobrodziejstwa, czyli pozwolić albo nie pozwolić na rozkoszowanie się ciepłem poczekalni, zagabnął ją Jan:
— No, matko, nie pod pierzyną chyba wygrzewaliście się do tej godziny?
Agnieszka usiłowała ocknąć się, zebrać myśli, ale wysiłek, by coś powiedzieć nie powiódł się jej, ustami poruszyła bezdźwięcznie.
Jan nie nastawał, rozgrzewał teraz swoje ręce przy drzwiczkach piecyka, od którego ciepło szybko rozchodzić się poczęło.
Stopniowo traciły członki Agnieszki sztywność i odrętwiałość, ale gdy ta ustąpiła, chwycił ją całą dreszcz silny, tak, iż nogi zlekka odskakiwać poczęły, postukując o podłogę; trząsł wychodzący zamróz tułowiem jej, rękami, głową. Wreszcie i zębów powstrzymać nie mogła, zaczęły szczękać, wydając suchy, niemiły odgłos.
— Ziąb bo ziąb — rozpoczął znów Jan, sadowiąc się przy niej na ławce. — Ale żeby tak przemarznąć, no — chyba skądciś z za miasta, parę mil szliście?
— Nie — wyksztusiła, usiłując jeszcze szczelniej owinąć się chustką i przyciskając grzbiet ile mocy do ściany, dla powstrzymania drżenia.
Zwolna zaczynała się uspokajać. Wstrząśnienia całego ciała powtarzały się już tylko z przestankami, dając jej chwile odpoczynku. W izdebce było coraz cieplej.
Po niejakim czasie poprawiła się na swem miejscu, odzyskując panowanie nad ciałem. Nie zaciskała już chustki na piersiach, ręką przygładziła włosy roztargane. Jan mógł się jej przypatrzeć.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Feliks Brodowski.