Placówka (Prus)/XI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bolesław Prus
Tytuł Placówka
Pochodzenie Pisma Bolesława Prusa
tom X
Data wydania 1935
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XI.

W pół godziny spasione konie proboszcza stanęły przed zagrodą Ślimaka. Ksiądz zapalił wydobytą z pod kozła latarkę i ze światłem w jednej, a koszykiem w drugiej ręce, poszedł do stajni.
Pchnął drzwi nogą i zobaczył trupa Ślimakowej. — Spojrzał w prawo — na barłogu siedział chłop, przysłaniając oczy od blasku.
— Kto to? — spytał Ślimak.
— Ja, proboszcz.
Chłop zerwał się z ziemi i zarzucił na ramiona kożuch. Na twarzy jego widać było zdumienie; nie mógł zrozumieć, co się dzieje. Chwiejnym krokiem przeszedł próg i, stanąwszy naprzeciw księdza, przypatrywał mu się z otwartemi ustami.
— Czego tu chceta jegomość? — rzekł cichym głosem.
— Przynoszę ci błogosławieństwo boskie. Wdziej kożuch, bo zimno, i pokrzep się — odparł ksiądz. Ustawił kosz na wysokim progu stajni i począł wydobywać chleb, mięso i butelkę miodu.
Ślimak zbliżył się do proboszcza, spojrzał mu w twarz, dotknął rękoma futra i nagle upadł mu do nóg, szlochając:
— Jaki ja biedny, mój jegomość... jaki ja biedny... Oj! jaki ja biedny...
— Benedicat te omnipotens Deus — błogosławił go proboszcz. Ale wnet, zamiast przeżegnać, ujął go w ramiona i usiadł z nim na progu. I tak siedzieli długą chwilę — nędzny, płaczący chłop w objęciach eleganckiego księdza.
— No, uspokój się, bracie... będzie dobrze... Bóg nie opuszcza swoich dzieci...
Pocałował go i otarł mu łzy. Ślimak z rykiem upadł mu do nóg po raz drugi.
— Niech już zginę... — szlochał. — Niech pójdę do piekła za moje grzechy, kiej mnie takie szczęście spotkało, że sam jegomość ulitowaliście się nade mną... A czy ja wart tego, a dy, żebym ja sto lat żył, żebym na kolanach do Ziemi Świętej poszedł, to jeszcze się nie odsłużę...
Odsunął się na klęczkach i bił czołem w ziemię u nóg księdza, jak przed ołtarzem. I dużo czasu upłynęło, nim proboszcz zdołał go o tyle uspokoić, że chłop podniósł się i wdział kożuch.
— Napij się — rzekł ksiądz, podawszy mu kielich miodu.
— Kiej nie śmiem, mój serdeczny jegomość...
— No, więc ja piję do ciebie — i dotknął ustami kielicha.
Ślimak ujął miód drżącemi rękoma i znowu uklęknąwszy, z trudnością wypił.
— Cóż, smakuje ci? — zapytał ksiądz po chwili.
— O, dobre! Kiep arak... — odparł chłop innym głosem i pocałował proboszcza w rękę. — Korzeni musi być tu sporo — dodał.
Namówiony, zjadł kawałek mięsa z chlebem i wypił drugi kielich miodu. Posiłek ten widocznie go pokrzepił.
— Powiedzże mi, bracie, co się z tobą stało — zaczął ksiądz. — Boć pamiętam, żeś był gospodarz dostatni.
— Dużoby gadać, mój dobrodzieju. Jeden syn mi utonął, drugi w haryście, żona zmarła, konie mi ukradli, spaliły me... A wszystkie moje nieszczęścia zaczęły się od tych czasów, jak dziedzic sprzedał wieś, jak zaczęli budować kolej i jak przyszły Niemce. Bez tych najpierwszych kolejników, co na naszych polach tyki ustawiali, rozeźliła się na mnie cała wieś. Buntował też ich, bo buntował Josel, za to, że mierniki kupowali u mnie kurczęta i insze tam rzeczy. Do dziś dnia ich buntuje...
— A wy do niego ciągle chodzicie po radę — wtrącił ksiądz.
— Gdzież pójść — dopraszam się laski dobrodzieja? Przecie chłop nieumiejętny, a Żyd zna się na wszystkiem i nieraz mądrze poradzi.
Ksiądz poruszył się. Chłop, podniecony miodem, prawił dalej:
— Jak pana nie stało, urwały mi się dworskie zarobki, i jeszczem musiał oddać Niemcom dwa morgi łąki, com arendował od dziedzica.
— Aaa!... — przerwał proboszcz. — Czy nie tobie chciał dziedzic sprzedać za sto dwadzieścia rubli łąkę wartającą ze sto sześćdziesiąt?
— Jużci mnie.
— I dlaczegożeś nie kupił? Nie wierzyłeś mu. Wam się zdaje, że panowie tylko o waszej krzywdzie myślą...
— Kto ich wie, co oni myślą, dobrodzieju? Między sobą śwargocą jak Żydy, a z człowieka ino se kpinkują. Przecie pamiętam, kiedy z okazji tej łąki zaczął pan z panią i śwagierkiem nade mną wydziwiać, tom się tak zaląkł, żebym i za sto rubli tego kawałka nie wzion. Wreszcie gadali ludzie w onych czasach, że mają grunta rozdawać.
— I tyś uwierzył?
— Czy ja się na tem rozumiem, kiedy ze wszystkich stron idzie samo bałamuctwo, a rzetelnej prawdy nikaj się człowiek nie dowie? Nowięcej to się rozumieją Żydy; ale raz gadają tak, drugi raz inak, a chłop wierzy w to, z czem mu lepiej.
— Hm! a przy kolei nie miałeś zarobków?
— Nawetem grosza nie widział, tak mnie odepchnęły Niemce.
— Nie mogłeś to przyjść do mnie! — obruszył się proboszcz. — Przecież u mnie cały czas mieszkał naczelny inżynier...
— Dopraszam się łaski dobrodzieja, czym to ja wiedział? Wreszcie i chodzić na plebanję nie miałbym śmiałości.
— Hm! hm! Czy i Niemcy ci dokuczali?
— Oj! oj! — westchnął chłop. — Od swego przyjścia tutaj mordowały mnie, żeby im grunt sprzedać. Tak mnie nachodziły, tak się przypominały, że kiedy zesłał Pan Bóg ogień, tom nareszcie uległ i z żoną przeniosłem się do nich...
— I sprzedałeś?...
— Bóg uchronił i moja nieboszczka. Wstała ze śmiertelnej pościeli, wyciągnęła mnie od nich i tak zaklęła, że już wolę zginąć, niż sprzedać. Ale też zrobią oni mi zemstę... — dodał Ślimak, smutnie zwieszając głowę.
— Nic ci nie zrobią.
— Nie oni, to stary Grzyb. Bo jakby Hamer stąd wyszedł, to Grzyb folwark po nim obejmie. A on gorszy od Niemca.
— O, tom dobry pasterz! — pomyślał ksiądz. — Moje owce gryzą się między sobą, jak wilki, Niemcy ich trapią, Żydzi im radzą, ja zaś jeżdżę na zabawy!... — Zostańże tu, mój bracie — rzekł głośno — a ja wstąpię na wieś.
I podnosił się z progu. Ślimak jeszcze raz ucałował mu nogi i odprowadził do sani.
— Jedź za most — zwrócił się proboszcz do furmana.
— Za most?... Już tam nie pojedziemy? — dziwił się woźnica, taki pyzaty, jakby go pszczoły pokąsały.
— Ruszaj, gdzie ci każę! — odparł ksiądz niecierpliwie i rzucił się na siedzeniu.
Sanie odjechały. Ślimak został sam i, oparłszy się na płocie, jak niegdyś za lepszych czasów, przysłuchiwał się milknącym dzwonkom i myślał:
— Skąd dobrodziej o nas się dowiedział? Widać, że przed księdzem, to jak i przed Panem Bogiem nic się nie skryje... Strach!... Bo jużci ludzie mu nie donieśli, ani Niemce, ani Sobieska... Możeby Jojna? Dobry on Żyd i litościwy, nawet krowy mi napoił, ale gdzieby mu się chciało latać po nocy stąd aż na plebanję! Wreszcie on szedł do wsi. Niebywała rzecz, sam dobrodziej zajechał do chłopa, nakarmił go, napoił i jeszcze utulił. O la Boga, aż mi markotno, żebym ja zaś obłapiał się z taką osobą... Ech! nawet do organisty nie miałbym śmiałości.
Stał, myślał i szeptał:
— Musiało tęgo zmienić się na świecie, kiedy taki duchowny nie wstydził się siadać z chłopem za pan brat i jeszcze na progu pod stajnią. Czyby znowu grunta dawano?... Czyby już szlachtę ze wszystkiem skasowali?... Ale uczciwy dobrodziej, serdeczny. Rychtyg, jak ten święty biskup, co Łazarza własnemi rękami podnosił i rany mu opatrywał. On chyba także będzie święty, i nawet już jest, kiedy ma jasnowidzenie i widzi, co się o pumili dzieje. Teraz mi nikt nie da rady, boby go spotkało nieszczęście... Oj! żeby mnie jeszcze dobrodziej rozgrzeszył z nieboraka Owczarza i znajdy, jużbym się niczego nie bojał.
Westchnął i przez długą chwilę patrzył na niebo, zasypane gwiazdami.
— Ciekawość — mruknął — czy w niebie bez noc gromnice palą, czy ono tak samo świeci?
Zdaleka, od mostu, znowu zadźwięczały dzwonki, parskały konie, i wkrótce przed zagrodą zatrzymały się sanki proboszcza. Chłop wybiegł na gościniec.
— Ty, Ślimaku?
— Jo, dobrodzieju.
— Będzie jutro u ciebie stary Grzyb z pomocą. Pogódźcież się i więcej nie swarzcie. A ku wieczorowi trzeba zrobić pogrzeb nieboszczce. Po trumnę już posłałem do miasteczka.
— O mój wybawicielu!... — jęknął chłop.
— Ruszaj, Paweł, co koń wyskoczy — rzekł ksiądz do furmana. Wydobył repetjer, a usłyszawszy, że jest trzy kwadranse na dziesiątą, mruknął:
— Spóźniłem się, ale jeszcze zdążę!...
I znowu zobaczył przed sobą zielonawe oczy to na powierzchni śniegu, to między gwiazdami, to na plecach otyłego furmana.
— Boże, bądź miłościw... Boże, bądź miłościw... — szeptał ksiądz, pasując się z nagabaniami szatana.
Ślimak stał na gościńcu, dopóki w ciemności nie rozpłynęły się sanki. Gdy zaś w powietrzu zaległa cisza, poczuł znużenie i nieprzepartą chęć do snu. Zwolna powlókł się do stajenki, ale — nie wszedł tam. Bał się spać obok zmarłej żony i legł w obórce.
Sny miał posępne, jakim zwykle człowiek ulega po silnych wstrząśnieniach. Marzyło mu się, że gdzieś spada, to znowu, że topi się w bardzo zimnej wodzie, to, że błąka się po okolicy, w której nigdy nie było dnia, tylko wieczny półzmrok — a wkońcu, że żona, opuściwszy stajenkę, usiłuje wedrzeć się do obory, jużto otwierając pocichu drzwi, jużto odsuwając deskę w ścianie. Obudził się zmęczony i smutny, i nawet przez chwilę zdawało mu się, że nocna wizyta proboszcza była tylko przywidzeniem. Z trwogą zajrzał do stajenki i uspokoił się dopiero wówczas, gdy spostrzegł chleb, mięso i napoczętą butelkę miodu, którą ksiądz zostawił wczoraj. Blask świtającego dnia padł na nieboszczkę i odbił się dwoma mdłemi promieniami w jej niedomkniętych oczach.
— Ni, jużci ona nie ruchała się w nocy — pomyślał chłop i westchnął za duszę zmarłej.
Nagle jakieś sanki, przejeżdżające gościńcem, zatrzymały się u wrót. Niebawem weszli na podwórko dwaj ludzie, z wielkim koszem. Ślimak zdumiał się, zobaczywszy, że ów kosz dźwiga stary Grzyb i jego parobek.
— Jedź tera Kuba do miasta po trumnę, ino wnet! — odezwał się Grzyb do parobka, gdy postawili kosz niedaleko obory.
Parobek odszedł, Grzyb zwrócił się do Ślimaka, ale siwa głowa trzęsła mu się i niespokojnie biegały żółtawe oczy.
— Moja wina — rzekł, uderzając się w piersi. — Moja wina!... I co... jeszcze się gniewata?...
— Niechże wam Bóg da wszystko najlepsze, iżeście mnie w takiej zgryzocie nawiedzili — odparł Ślimak i nisko mu się ukłonił.
Staremu chłopu podobała się ta pokora. Schwycił Ślimaka za rękę i mówił nieco życzliwszym tonem:
— Jo woma godom: moja wina! bo tak mi kazał dobrodziej. To też pierwszy do was przyszedem, chociem stary, i godam: moja wina! Ale też i wy, kumie (czego nie wymawiam), tęgoście mi dokuczyli.
— Wybaczcie mi wszyćko, com ino komu zrobił złego — rzekł Ślimak, schylając się do ramienia Grzybowi — ale, co prawda, już i nie pomnę, w czembym was samych uszkodził?
— Jo przecie do was nie zakładam żadnej pretensji. Zawdy z kolejnikami handlowaliśta beze mnie...
— I tylem zhandlował... — westchnął Ślimak, wskazując na pogorzelisko.
— No, Bóg, nasz Ojciec niebieski, ciężko was spróbował, i dlatego ja mówię: moja wina! Aleście wy też mogli, wtedy przed kościołem, co to nieboszczka fulary se kupiła (wieczne jej odpocznienie!), mogliście choć pukwaterek postawić na szczęście, nie zaś tak hardo odpowiadać mnie staremu...
— Haj!... prawda, żem pyskował niepotrzebnie.
— I z Niemcamiśta się bratali bez potrzeby — pochwycił Grzyb. — Jędrek nawet z nimi pił (pamiętacie, wtedy co zaczęli miejsce na dom wytykać?), a wyśta się z nimi modlili za pan brat...
— Inom czapkę zdjął. Przecie Bóg jest jeden ich i nasz.
Grzyb potrząsnął ręką około swego ucha.
— Tak się mówi, że jeden — odparł. — A ja se gadam, że ich Bóg musi być inakszy, kiej do niego trza po niemiecku śwargotać... Ale co tam — nagle zmienił ton — przeszło, skończyło się i nie wróci. A dobrodziej wczora mi powiedział, że macie zasługę, boście Niemcom ziemi nie wydali. I prawdę rzekł. Bo już był u mnie wczoraj Hamer, że na święty Jan chce sprzedać swój folwark.
— Może i tak!...
— A jużci. Hycle Szwaby — pogroził stary pięścią — rok temu gadały, że nas wszystkich potrochu wykurzą ztela, gęsi mi strzylały na łące, bydło mi raz zajęły, a tera masz!... Wywróciły się bestje na dziesięciomorgowym chłopie, z wielką swoją ambicją!... Za to samo, Ślimaku, warciście łaski boskiej i przyjaźni ludzkiej. Cóż nieboszczka?
— Leży w stajni.
— Niech z Bogiem spoczywa, nim ją w poświęconem miejscu pogrzebiemy. Nieraz ona was przeciwko mnie buntowała, ale ja ta do nikogo żalu ni mom... A tu — zmienił Grzyb rozmowę — tu wam przywiózem ze wsi, od nas wszyćkich, trochę prowizji. Macie krupy — mówił, wskazując jeden woreczek — mąkę, groch, krzynkę słoniny...
Na gościńcu, tym razem z góry, rozległ się tętent i skrzyp sani, które znowu zatrzymały się obok zagrody.
— Czyby dobrodziej?... — pytał Grzyb, uważnie nasłuchując.
— Ni, to chłop — odparł Ślimak. — A idzie coś tak ciężko, jakby sołtys Grochowski.
Istotnie ukazał się Grochowski, który na widok Grzyba zawołał:
— O!... i wyście tu? Bo do was jechałem... A z tobą co, Józek? — zwrócił się do Ślimaka.
— Kobieta mi zmarła i tylo.
— Pedział mi to Jojna wczoraj, alem mu nie uwierzył. Patrzajta się!... I gdzież ona?... A tu...
Zobaczywszy nieboszczkę, sołtys zdjął czapkę i ukląkł na śniegu. Grzyb zrobił to samo. Przez chwilę słychać było szept pacierzy i ciche szlochanie Ślimaka. Potem chłopi podnieśli się, powzdychali, pochwalili cnoty nieboszczki, wreszcie sołtys zwrócił się do Grzyba.
— Ptaka wam wiezę — rzekł — ino trochę postrzelonego, ale niebardzo.
— Hę? — spytał Grzyb.
— Co hę?... Jaśka waszego przywiózem, bo mi dziś w nocy konie krad i dostał parę śrócinów.
— O hycel!... Gdzie on?...
— Siedzi w sankach na gościńcu.
Grzyb pobiegł ciężkim kłusem w tamtą stronę. Usłyszano parę uderzeń, krzyk, i wnet ukazał się stary, prowadząc za czuprynę Jaśka, który, pomimo swego wzrostu i urody, płakał jak dziecko.
Jego wyszywana kurtka była podarta, wysokie buty unurzane w gnoju; na lewej ręce miał skrwawioną szmatę, a na twarzy plaster.
— Kradeś konie sołtysowi?... — pytał rozgniewany starzec.
— Com nie miał kraść? kradem.
— Ale mu się nie udało — wtrącił Grochowski. — Zato całkiem ukrad konie Ślimakowi, i udało mu się.
— Tyś ukrad?... — wrzasnął Grzyb i począł syna okładać pięściami.
— Jużci że ja, ino się nie gniewajcie, tatku — płakał Jasiek.
— La Boga, co się dzieje! — wolał Grzyb.
— Co się ma dziać? — odparł lekceważąco Grochowski. — Chłopak zdrów, dobrał sobie kamratów i wkolej wszystkich okradał, dopókim go wczoraj nie ustrzelił.
— I cóż teraz będzie? — zawołał Grzyb, znowu okładając Jaśka pięściami.
— Już ja się, tatku, poprawię... Już się ożenię z Orzechowszczanką i osiądę na gospodarce...
— Rychło wczas! Teraz pora iść do kryminału, nie do wesela — odparł Grochowski.
Stary Grzyb zadumał się.
— Jakże, to wy go oskarżycie? — spytał sołtysa.
— Wolałbym nie skarżyć, bo się z tego interesu w całej okolicy zakotłuje. Ale jak mnie nie odszkodujeta, to zaskarżę.
Grzyb znowu pomyślał.
— No, a cóżby to kosztowało?
— Od stu pięćdziesięciu rubli grosza nie odstąpię — odparł sołtys, rozkładając ręce.
— O la Boga! — oburzył się Jasiek. — Strzeliliście do mnie z jednej lufy, a już chcecie tyle pieniędzy, jak za armatę.
— Kiedy tak — wtrącił Grzyb — to niech se idzie do kryminału, bo ja za hycla sto pięćdziesiąt rubli nie zapłacę.
— Mnie sto pięćdziesiąt za sekret — rzekł Grochowski — a Ślimakowi osiemdziesiąt rubli za skradzione konie..
Grzyb znowu zaczął bić chłopaka.
— Ty rozbójniku!... — Gadaj, kto cię do tego namówił?...
— Wiadomo, że Josel... Dajcie spokój — lamentował Jasiek — bo już i wstyd przed obcymi ludźmi, że się ino bijecie i bijecie.
— A tyś poco Josela słuchał?...
— Bom mu winien sto rubli!
— Chyste Panie! — jęknął Grzyb, targając się za włosy.
— No, nie macie czego dopuszczać sobie do głowy — odezwał się Grochowski. — Razem trzysta trzydzieści rubli dla mnie, dla Ślimaka i dla Josela. Nie wielga to u was rzecz.
— Ni, ja tyle nie zapłacę! — wołał Grzyb.
— Ja przecie sam zapłacę, jak się ożenię z Orzechowszczanką — odparł Jasiek.
— Chorobę zapłacisz!... Niedoczekanie twoje!... — jęczał stary.
— Ha, kiedy tak — rzekł rozgniewany sołtys — to chodź, Jasiek, do sądu. Tyś nas kradł nie na żarty, i ja z tobą nie będę żartował. Zabieraj się!
I ujął olbrzymiego chłopca pod rękę.
— Tatku, zmiłujcie się!... przeciem ja u was jeden — biadał Jasiek.
Stary Grzyb kolejno spoglądał to na syna i Grochowskiego, to na Ślimaka.
— A tożeście, tatku, skąpi!... Za marny grosz gubita mnie na całe życie! — mówił Jasiek.
— Widzisz, że ci rura zmiękła — drwił sołtys. — Pamiętasz, jakeś przy kancelarji ciągnął cygar i kpinkował, że mnie okradną?... Ja zaś gadałem, że nie okradną, i stanęło na mojem, a ty teraz płaczesz jak baba. Kpinkujże se... No, chodź. Zobaczymy, czy twój ojciec nie dopędzi nas w drodze.
— Zara, zara!... — odezwał się Grzyb, widząc, że sołtys naprawdę ciągnie chłopca do sanek.
Odchodzący zatrzymali się. Grzyb skinął na Ślimaka, i obaj odstąpili do szopy.
— Ja wam cosik poradzę, kumie — zaczął Grzyb zniżonym głosem. — Jeżeli między nami ma być sąsiedzka zgoda, to wiecie, co zróbcie...
— Bo jo wiem? Skąd jo mogę wiedzieć?
— Ożeńta się z moją siostrą.
— Z Gawędziną? — zapytał Ślimak.
— Jużci. Wy wdowiec i ona wdowa, wy macie dziesięć morgów, a ona piętnaście, i jest bez dzieci. Ja wezmę jej grunt, bo dotyka mego, a wam oddam piętnaście morgów z części Hamera, i będziecie mieli dwadzieścia pięć morgów w jednym kawałku.
Ślimak zamyślił się.
— Kiej mnie się zdaje — rzekł — że tamta ziemia, niby Gawędziny, jest lepsza od hamerowskiej.
— To wam dam więcej łąki. Zgoda?... — nalegał Grzyb.
— Bo jo wiem? — odparł Ślimak, drapiąc się w głowę.
— No, to zgoda — pochwycił Grzyb. — Ale wy za moją dobroć zapłacicie sto pięćdziesiąt rubli Grochowskiemu i sto Joselowi.
Ślimak zawahał się.
— Jeszczem swojej kobiety nie pochował, a już z drugą mam się żenić? — westchnął.
Wahanie to oburzyło starego.
— Nie bądźże głupi! — krzyknął. — Cóżto?... obejdziesz się bez baby na gospodarstwie? Nie ożenisz się to nodali za puroku? Nieboszczka zmarła, i kaput! Ale żeby mogła się tera ozwać, samaby ci pedziała: „Żeń się, Józek, i nie kręć nosem na takiego dobrodzieja, jako Grzyb!“
— Czego się ta swarzycie? — spytał, podchodząc do nich Grochowski.
— Gadam mu, żeby się ożenił z moją siostrą, z Gawędziną, a on mi się przekomarza — odparł Grzyb.
— Ba! ale chceta, ażebym z własnej kieszeni spłacił Grochowskiego i Josela — odpowiedział Ślimak.
— A piętnaście morgów mienia, a śtyry krowy, a para koni i wszelaki domowy dostatek, to co? — zaperzył się Grzyb.
— No, jużci warto — wtrącił Grochowski. — Ino jakże on będzie gospodarował na dwu ziemiach?
— Jo im wymienię — pochwycił Grzyb. — Siestrzyne grunta wezmę na siebie, a im dam piętnaście morgów, tu, przy Ślimakowej chudobie.
— Przecie to Hamerowe — rzekł Grochowski.
— Jakie ta Hamerowe! — zawołał Grzyb. — Dziś mi sprzedadzą, a nopóźniej po niedzieli zajedziemy do rejenta i kupię od Hamerów cały folwark. Dla tego hycla!... — dodał, pokazując głową na Jaśka.
— To oni już uciekają ztela? — spytał Grochowski.
— I i i... siedzieliby do końca świata — odpowiedział Grzyb — ale że im Ślimak nie odstąpił swoich gruntów, więc im się wszyćkie rachuby pomieszały. To bankruty...
Grochowski medytował.
— No, to się żeń, Józek, niema co — rzekł nagle do Ślimaka. — Będziesz miał dwadzieścia pięć morgów i niczego żonkę.
— Phi!... Rozłożysta kobieta — dodał Grzyb.
— I dostatki ma — rzekł Grochowski.
— I jeszcze może mieć ze sześcioro dzieci — pochwycił Grzyb.
— Będziesz pan całą gębą — zakończył Grochowski.
Ślimak westchnął.
— Ach! — odparł. — Nowięcy mi szkoda, że moja Jagna widzieć tego nie będzie...
— Przecie jakby ona widziała, ty nie miałbyś dwudziestu pięciu morgów — zreflektował go Grochowski.
— No, zgoda czy nie? — spytał Grzyb.
— Wola Boska! — westchnął Ślimak.
— Szkoda, że niema czem przepić — zauważył Grochowski.
— Mom ci ja tu odrobinę miodu od dobrodzieja — rzekł Ślimak i wolnym krokiem, ze zwieszoną głową, poszedł do stajenki. Po małej chwili przyniósł butelkę, zielonawy kieliszek, i nalawszy go, zwrócił się do Grzyba:
— No, kumie — mówił, kłaniając się. — No, kumie, przepijam ja do was, żebyśmy się już od tych pór nigdy nie gniewali. Proszę też was, jak brata, owszem jak ojca, żebyście się za mną do waszej siostry, do Gawędziny, wstawili, jako chciałbym się z nią żenić, za waszem pozwoleniem i błogosławieństwem boskiem.
Wypił, schylił się Grzybowi do kolan i następnie podał mu pełny kieliszek.
— A jo ci mówię, bracie Ślimaku — odpowiedział Grzyb — że moja kochana siostra juże wczoraj, jak był u nas dobrodziej, pomyślała o tobie. Dziś przysłała ci największy woreczek krup, pszenną bułkę i osełkę masła i gadała mi, żebyś u niej mieszkał, pokąd se nie odbudujesz własnej chałupy. Jo ci też z serca rad jestem, jak najrodzejszemu bratu, boś ty jeden z całej wsi oparł się niedowiarkom i niemało we wojnie z nimi ucierpiałeś, co ci Bóg nagrodzi.
Wypił i podał kielich Grochowskiemu.
— Bardzom kuntenty — rzekł sołtys, gdy mu nalano miodu — bardzom kuntenty, że się tak wszyćko na dobre odwróciło. Zatem, życę tobie, bracie Ślimaku, szczęścia z nowej żony i z Jędrka, co go dziś mają z kozy wypuścić. A wam, bracie Grzybie, życę szczęścia z nowego śwagierka i z tego oto niecnoty Jaśka, żeby się choć raz bestyja ustatkował. A tobie, Jaśku, żebyś na nowem gospodarstwie lepiej gospodarował niżeli Niemce, a do cudzych stajen nie zaglądał, bo wiem, że na was chłopy się już zmawiają i w łebbyś dostał przy nopirszy okazji, amen.
— Po niedzieli kupuję folwark od Hamera, a po świętach zrobię dwa wesela! — zawołał uradowany Grzyb.
Po tych słowach czterej chłopi zaczęli się ściskać i całować, a Ślimak, widząc, że już zabrakło miodu, wysłał parobka Grochowskiego na wieś do Josela, po butelkę wódki i butelkę araku.
— Za mało, bracie! — ozwał się Grochowski. — Nakaż, żeby ci Josel przysłał ze trzy garnce wódki i beczułkę piwa, bo na dzisiejszy pogrzeb nieboszczki pewno zwali się kupa ludu.
Ślimak posłuchał roztropnej rady sołtysa i zrobił dobrze.
Gdy bowiem ku wieczorowi przywieziono trumnę z miasteczka, zebrało się na pogrzeb Ślimakowej takie mnóstwo ludzi, jakiego najstarsi nie pamiętali w okolicy.

· · · · · · · · · · · · · · · · ·

Umowę, zawartą między chłopami, spełniono jak najściślej. Grzyb w ciągu tygodnia nabył folwark Hamerów, a jeszcze przed Wielkim Postem odbyły się wesela Jaśka Grzyba z Orzechowską i Ślimaka z Gawędziną.
Równo z początkiem wiosny przybył na wieś jeometra i przeprowadził wymianę gruntów pomiędzy Grzybem i Ślimakiem. W tej samej godzinie, kiedy na polach zatknięto pierwszą tykę mierniczą, z kolonji wyjechały fury, uwożące ruchomości Hamerów.
Ku jesieni młodzi Grzybowie osiedli na folwarku, a Ślimak miał już chałupę i wszelkie szanse, że jego rodzinie przybędzie nowy członek. Korzystając z tej okoliczności, druga żona Ślimaka bardzo często zatruwała mu życie i mówiła, że był żebrakiem i że jej zawdzięcza cały majątek. Wówczas stroskany chłop wymykał się z chaty na wzgórze i tam, leżąc pod sosną, rozmyślał o tej dziwnej walce, w której Niemcy stracili ziemię, a on — cztery najbliższe osoby.
Ludzie zapomnieli już o Ślimakowej, Staśku, Owczarzu i znajdzie, ale chłop pamiętał nawet o zdechłym Burku, i o krowie, co z powodu braku paszy poszła pod nóż rzeźników!...
Z innych osób, zamieszanych do walki Ślimaka z Niemcami, głupia Zośka umarła w więzieniu, a stara Sobieska w szynku Josela. Reszta, nie wyłączając Jojny Niedoperza, żyje i są zdrowi.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Głowacki.