Pieprzycki

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Pieprzycki
Podtytuł Obrazek z bruku
Pochodzenie „Kurjer Warszawski“, 1891, nr 1
Redaktor Franciszek Olszewski
Wydawca Wacław Szymanowski i Antoni Pietkiewicz (Adam Pług)
Data wydania 1891
Druk Drukarnia „Kurjera Warszawskiego“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


PIEPRZYCKI.
(OBRAZEK Z BRUKU.)





— Jeżeli chcesz, opowiem ci szczegółowo jak to było. Dziwna rzecz: głowa posiwiała, ręce się trzęsą, bóle po kościach chodzą, a pamięć dopisuje jednak. Żeby choć było co dobrego wspominać... ale gdzież tam! Taki los! Myślę nieraz, żem się pod ciemną gwiazdą urodził, choć co to jedno z drugiem może mieć za związek? Gwiazda gwiazdą, a Pieprzycki Pieprzyckim; może i ona na wysokościach, niby gwiazda, złorzeczy, że jej nad takim jak ja człowiekiem świecić wypadło... Licho wie!... Byłeś wczoraj na pogrzebie pani Amelji?
— Byłem...
— Wspaniały pogrzeb, bogaty. Jestem pewny, że się kazała uróżować do trumny, bo że się wystroiła, to wiem. Nieśli taką suknię elegancką, jak na wesele... Lubiła się stroić, wiedziała że urodą może wojować... bo też była to piękność swego czasu. Znałeś ją?
— Widziałem ją przed półrokiem w towarzystwie.
— Jak ci się też zdaje, ile miała lat?
— Mniej więcej, około czterdziestu...
— Ha! ha! Powiedz to komu innemu. Pięćdziesiąt sześć, jak obszył. Pięćdziesiąt sześć i kilka dni... Wiem to dobrze. Pytasz, jaki stosunek mnie z nią łączył?... Daleki, blizki, znów daleki, a w ostatnich czasach... żaden. A jednak na pogrzeb poszedłem — a jakże! rzuciłem garstkę ziemi na trumnę, westchnąłem za jej duszę. Bądźcobądź, należało oddać ostatnią przysługę kochanej żonie.
— Żonie? czyjej? przecież pani Amelja umarła jako wdowa...
— Nie przeszkadzało jej to być i moją żoną... Piękność zawróciła jej w głowie, świat pochlebstwami ją zepsuł... Żona! to jest dziwny wyraz... może on znaczyć to samo co niebo, raj, rozkosz, a może też być synonimem nieszczęścia, piekła, niewoli, powolnego konania... Jak dla kogo.
— Zagadkami pan dobrodziej mówi.
— Rozwiążę je zaraz... Wszak nieboszczyka Zawrotkiewicza znałeś?
— Tego kulawego? Cokolwiek.
— Musiałeś też słyszeć i o Lalińskim?
— Przecież tak się nazywał mąż pani Amelji...
— O nim właśnie mowa... więc uważaj: panią Amelję znałeś, Zawrotkiewicza także, o Lalińskim słyszałeś, a mnie oto, Pieprzyckiego, masz przed sobą. Cztery osoby; na afisz zamało, na dramat aż nadto. Trzy osoby już zeszły ze sceny, ja kończę swoją rolę w epilogu. Rzecz działa się w różnych miejscach. W Warszawie, za granicą, w Ostaszkach. Znasz Ostaszki?
— Przejeżdżałem niegdyś przez tę wioskę...
— To, kochanie, nie była wioska, ale fortuna, co się zowie. Trzy folwarki, blizko sto włók obszaru, las, jak puszcza, łąki przepych. Już w złych czasach na majątki, kiedy o kupca było trudno, za Ostaszki, na licytacji w drodze działów, osiągnięto dwa kroć sto tysięcy. Po potrąceniu długów, sukcesorowie dostali po pięćdziesiąt tysięcy z górą. Pamiętam to dokładnie, gdyż sam byłem jednym ze spadkobierców. W Ostaszkach urodziłem się, w Ostaszkach dziecinne lata mi przeszły, tam, po skończeniu nauki, miałem zamiar gospodarować. Inaczej się stało, ale swoją drogą przyznaję, że jedyne lepsze chwile, jakie miałem w życiu, były właśnie w Ostaszkach. Dużoby o tem mówić, ale szczegółami nudzić cię nie chcę. Obok Ostaszek był folwarczek, dziesięć czy piętnaście włók wszystkiego, odłużony do niemożliwości, bieda aż piszczała... I nie dziw, wdowa prowadziła gospodarstwo licho, rygoru nie umiała utrzymać, wszystko rozłaziło się w jej ręku. To właśnie była matka pani Amelji, tej, którą pochowano niedawno... Zawrotkiewicz mieszkał w blizkiem sąsiedztwie. Łączyła nas przyjaźń od szkolnej ławki, kochaliśmy się, jak bracia... Już nam się obudwom wąsy zaczynały wysypywać, kiedy Amelcia była podlotkiem. Zapowiadała się piękna dziewczyna, ale, jako na dzieciaka, nie zwracano wówczas na nią uwagi... Jakiś czas nie byliśmy w domu, przejrzało się z Zawrotkiewiczem trochę świata... Młodzi, rwaliśmy się Bóg wie do czego, chciało się to i owo poznać, czegoś się dowiedzieć, nauczyć... Zeszło nam kilka lat, jak z bicza strzelił, zawsze w przyjaźni, zgodzie, prawie w braterstwie. Ktoby się spodziewał, że w jakiś czas później będziemy śmiertelnymi wrogami i z bronią w ręku...
— Jakto, biliście się?
— Gdy powróciliśmy do stron rodzinnych, ów podlotek już wyrósł i stał się dziewczyną rzadkiej piękności... Widziałeś tego ślady, możesz więc wyobrazić sobie... Oczy miała szczególne, nigdy już w życiu nie spotkałem podobnych... Naturalnie, pojechaliśmy z przyjacielem zobaczyć cud, o którym w całej okolicy mówiono. Niestety, mówiono prawdę. Od pierwszej bytności w Rokicinku, tak się ów mająteczek nazywał, pomiędzy mną a nim, moim takim serdecznym, takim dawnym przyjacielem, zapanował pewien przymus. Ja pragnąłem, żeby on koniecznie wyjechał, żeby się zaprzepaścił, zniknął, on względem mnie żywił takie same uczucia. Politykowaliśmy, zachowywali pozory dawnej przyjaźni, ale w rzeczywistości obadwaj coraz bardziej utwierdzaliśmy się w przekonaniu, że świat dla nas za ciasny... Spotykaliśmy się w Rokicinku, a każde takie spotkanie groziło katastrofą.
— A cóż panna Amelja?
— Ona... kombinowała...
— Jakto?
— A tak... kombinowała. Czy to z własnego instynktu, czy namówiona przez matkę, obdzielała nas obu spojrzeniami i uśmiechami z matematyczną równością. Ani odrobinę więcej jednemu lub drugiemu, zupełnie równo. Jako partja dla biednej dziewczyny, ani on, ani ja nie byliśmy do odrzucenia. Przeciwnie. Ja majątkowo stałem może cokolwiek lepiej, ale i on był zamożny i on mógł ją oprawić w złote ramki, tak samo, jak ja... ale panna mierzyła jeszcze wyżej, to też trzymani byliśmy w rezerwie, na wszelki przypadek, gdyby się kto lepszy nie trafił. On oświadczył się w sekrecie przedemną, ja w sekrecie przed nim... Panna Amelja, tak mnie, jak i jemu, odpowiedziała jednakowo: że losem swoim nie rozporządza i że pójdzie za wolą mamy.
— A mama?
— Była niezmiernie rozczulona. Powiedziała, że oświadczenie przynosi jej córce zaszczyt, ale Amelcia jeszcze taka młoda, nie zna świata, nie dokończyła edukacji, więc trzeba tę sprawę pozostawić czasowi, czekać, aż się w dziecku serce przebudzi, aż sama kogo pokocha i wybierze... Jednem słowem, nic. W dziecku serce nie przebudziło się i spało aż do samej śmierci. Względem mnie, jako też i względem tamtego, mama nie zaciągnęła żadnych zobowiązań. My natomiast w sekrecie jeden przed drugim zaciągaliśmy różne zobowiązania dla... mamy. Już to Rokicinek miał w nas niezwykle uczynnych i pełnych poświęcenia sąsiadów. Wszelkie ułatwienia kredytowe, dobra rada, pomoc w gospodarstwie, usunięcie zbyt natarczywych wierzycieli, wszystko to było na zawołanie. Źle mówię... nie na zawołanie, bośmy z własnej woli uprzedzali wszelkie życzenia. Dzięki temu, interesy wdowy poprawiły się tak dalece, że mogła spełnić to, czego oddawna pragnęła: wyjechać z córeczką do Warszawy dla dokończenia edukacji — wprowadzenia w świat... Tak się też stało. W trzy dni po wyjeździe tych pań ja także wybrałem się do Warszawy i o dwie mile drogi od Ostaszków spotkałem Zawrotkiewicza, który również do Warszawy zdążał. Już mnie wtedy złość zdjęła wielka, panować nad sobą nie mogłem. Na pierwszym popasie zacząłem mu robić docinki, on nie pozostawił ich bez odpowiedzi. Od słowa do słowa przyszło do gwałtownej sprzeczki...
Tu zamilkł, oparł głowę na dłoniach i siedział jakiś czas zamyślony. Potem westchnął, spojrzał zamglonym wzrokiem i rzekł:
— Później, kiedy Zawrotkiewicz, kaleka, dogorywał na Starem Mieście na strychu, kiedy dzieliłem się z nim mizernym kawałkiem chleba, przypominaliśmy te czasy i ubolewali nad naszą głupotą... tak, ale wówczas... przed laty patrzyliśmy na świat innemi oczami... W tydzień później byliśmy za granicą, gdzie odbył się między nami pojedynek na pistolety. Czy można wymyśleć coś bardziej niedorzecznego! Strzelaliśmy jeden do drugiego na komendę z mety... Pamiętam tylko huk i dym... Ja mierzyłem dobrze, on również. Mnie kula weszła w piersi z prawej strony, nie uszkodziwszy płuc... ja zdołowałem, chybiłem... Mierzyłem między oczy, a trafiłem w biodro. Rana była ciężka, naruszyła kość, przerwała arterję. Cudem się z tego wylizał, ale blizko pół roku w łóżku musiał przeleżeć. Ja wyzdrowiałem niedługo i powróciłem do kraju; przez ten czas mama panny Amelji zdążyła sprzedać Rokicinek, dzięki naszym staraniom, wolny od długów, i osiedliła się na stałe w Warszawie. Wkrótce, porozumiawszy się z rodzeństwem, sprzedałem Ostaszki, pożegnałem rodzinne kąty i także osiedliłem się w Warszawie. Ciągnęło mnie coś, jakaś siła niewidzialna, a niezwalczona, okrutna. Mój przeciwnik pozostawał za granicą, ja byłem panem położenia. Mama pani Amelji, widząc, że udzielni książęta jakoś nie dobijają się o jej córeczkę, zaczęła okazywać mi wiele uprzejmości, a i sama panna, widocznie nauczona przez mamę, starała się dać do zrozumienia, że nie jestem dla niej niemiły.
— A może też pokochała pana naprawdę?
— Żartujesz chyba — odrzekł, wzruszając ramionami — żeby kochać, trzeba serce mieć, a ona... Mogę cię zapewnić, że ta kobieta nie kochała w swojem życiu nikogo... ani mnie, ani tamtego. Kamień to był, marmur, marmur, głaz zimny. Zaraz po ślubie pojechaliśmy za granicę na cały rok. Było to życzeniem mamy, która towarzyszyła nam zawsze i za nic na świecie nie chciała się z jedynaczką rozłączyć. Byłem dość zamożny, a zakochany bez pamięci, nie umiałem odmówić, spełniałem nietylko życzenia, ale i najdziwaczniejsze kaprysy. Pieniądze szły jak woda... Mama była zdania, że Amelcia powinna świat poznać, więc włóczyliśmy się z kraju do kraju, z miasta do miasta. Ośmieliłem się zwrócić uwagę mamy, że te podróże w prędkim czasie majątek nasz pochłoną... Uwaga ta stała się powodem burzy, a raczej całego szeregu burz, trwających prawie bez przerwy. Żona moja trzymała stronę mamy, ja byłem bez posiłków w tych walkach i przegrywałem je też sromotnie. Co udręczeń zniosłem, co przykrości!.. Byliśmy już na odjezdnem z Paryża, gdy przypadkowym sposobom zapoznał się z nami Laliński.
— Rozumiem...
— Figura niepoczesna, ale zamożny, nawet bogaty. Miał już wtedy ze czterdzieści kilka lat życia, lecz znacznie starzej wyglądał, można było sądzić, że za pięćdziesiątkę już przeszedł i że mu szósty krzyżyk barki gniecie... Piękność pani Amelji zrobiła na nim odrazu wrażenie. Zakochał się — i był bardzo mile widziany...
— Więc romans.
— Któż mówi, że romans! — nowa kombinacja tylko, a dodam, że był mile widziany przez mamę. Co do pani Amelji, jestem pewny, że Laliński równie ją mało obchodził, jak ja, a obadwaj razem nie interesowaliśmy jej tyle, ile jakaś nowomodna suknia lub kapelusz. Ta kobieta znała tylko lustra i swoją piękność. Laliński zrozumiał położenie, nie nadskakiwał, nie narzucał się, nawet nie manifestował swych uczuć, lecz, jak się później dowiedziałem, traktował rzecz tę na chłodno z mamą. Gdy powróciliśmy do Warszawy i on po niejakim czasie przywlókł się za nami. Bywał u nas, spotykał się z nami w towarzystwie, a zachowywał się przytem taktownie i nie dawał powodu do plotek. Mnie nigdy na myśl nie przyszło, że żywi jakieś zamiary, nie przypuszczałem nic, nie miałem żadnych podejrzeń. Ja wówczas byłem jeszcze zakochany, jeszcze łudziłem się nadzieją, że wykrzeszę z pani Amelji jakąś iskierkę uczucia... Rozpacz przejmowała mnie na myśl, że majątek topnieje, że życie nad stan doprowadzi nas w końcu do ruiny, że niedaleka jest chwila, w której będę musiał odmówić Amelci tych zbytków, do jakich ją sam przyzwyczaiłem. Podczas nocy bezsennych nieustannie zadawałem sobie pytanie: co będzie? co będzie? Przewidująca mama wyręczyła mnie i znalazła rozwiązanie zagadki. Raz, powróciwszy późnym wieczorem do domu, znalazłem mieszkanie puste i w pokojach nieład, pootwierane szafy, komody... Sądziłem, że jesteśmy okradzeni...
— A cóż to było?...
— Nic... tylko panie wyprowadziły się, zmieniły lokal...
— Po co?
— Dowiedziałem się o tem dopiero nazajutrz. Poszedłem, aby zażądać objaśnienia. Żona nie raczyła do mnie wyjść — tylko mama. Ze zmarszczonem czołem i z wielką powagą oświadczyła mi, że patrząc na nasze pożycie przez lat kilka, przekonała się, że jej Amelcia jest bardzo nieszczęśliwa, że zrobiła najfatalniejszy wybór, że ma męża utracjusza, ostatniego hulakę, niegodziwca, który jej nigdy nie kochał, a traktował ją jak niewolnicę, że z całem poświęceniem się i zaparciem znosiła to ciężkie życie, lecz obecnie cierpliwość jej wyczerpała się, tembardziej, że w niedalekiej przyszłości przewiduje głód i nędzę...
Rzecz jasna, że wobec tak smutnego położenia, nie pozostaje biednej kobiecie nic innego, jak udać się pod opiekę prawa i żądać separacji, a następnie unieważnienia małżeństwa z niegodziwcem, na którym się tak fatalnie zawiodła.
— Spodziewam się, że na takie dictum trzasnąłeś pan drzwiami i że już więcej nie widziano pana w tym domu.
— Przeciwnie! protestowałem, kłóciłem się, chciałem widzieć się z żoną i od niej samej usłyszeć, w czem i w jaki sposób ją skrzywdziłem? ale na co się to zdało?... Nie wskórałem nic, sprawa się rozpoczęła. Broniłem się, przepłacałem adwokatów, ale tamta strona była mocniejsza, znaleźli jakąś nieformalność w akcie i dopięli celu. Laliński zrobił na rzecz Amelji znaczny zapis i został jej małżonkiem. Czy szczęśliwym — wątpię, ale ostatecznie spełnił swoje marzenia. Woził ją po świecie, jak ja niegdyś, dogadzał jej kaprysom, jak ja niegdyś, i prawdopodobnie tak ją mało obchodził, jak ja niegdyś... Umarł w dziewięć, czy w dziesięć lat po ślubie... i pozostawił żonie majątek, który wystarczył jej na stroje i podtrzymywanie przekwitających wdzięków aż do śmierci.
Ja na sprawę, na zapłacenie długów, wydałem resztki, jakie mi pozostały, i zrzuciwszy pychę z serca, przyjęłem obowiązek prywatny. Jestem od lat kilkunastu pisarzem w wielkim składzie węgli, i jak widzisz, źle mi się nie dzieje, skoro mogłem jeszcze temu biedakowi Zawrotkiewiczowi dopomagać.
— A cóż się z nim stało?
— Mówiłem ci, że umarł, na Starem Mieście, na strychu...
— Tak, lecz co go do takiej biedy przywiodło?...
— A cóżby, jak nie owe piękne oczy... Leczył się długo. Potem chcąc żal i wspomnienia zagłuszyć, bawił się, szalał... w wirze życia pocieszenia szukał. Jak wiesz, różne sobie ludzie wynajdują lekarstwa, jednemu to pomaga, drugiemu tamto. Jemu nie pomogło, zmarnował się... Przez lata jego nieobecności, majątek podupadł i obdłużony przeszedł w inne ręce. Biedny Zawrotkiewicz! nie mając własności, licząc tylko na pracę, nie mógł zdobyć nietylko stanowiska, ale nawet kawałka chleba, marniał więc, marniał, w nałóg wpadł, aż zmarniał zupełnie. Spotkałem go w stanie politowania godnym; podaliśmy sobie ręce i rozpłakali się obadwaj. Ja mu opowiedziałem moje koleje życia, on mnie swoje nawzajem. Zmarnowaliśmy życie, cóż robić, naprawić tego nie można, gdyż raz się tylko żyje i najczęściej... głupio. Biedny Zawrotkiewicz! zrujnowany na zdrowiu, zaczął coraz bardziej słabnąć, cherlać — i umarł. Lepiej to może dla niego, niż żyć w takich warunkach. Zeszedł ze sceny za panią mamą, za Lalińskim, wyprzedziwszy tylko o rok panią Amelję, teraz na mnie kolej. Obecnie wiesz dlaczego byłem na pogrzebie — i bądź zdrów.
— Dokąd?
— Do obowiązku, jak zawsze, króciutki urlop mi dano, na parę godzin zaledwie i już go cokolwiek przetrzymałem, jak się zdaje.
Odszedł, ale w kilka minut powrócił, trzymając w ręku kawałek pomiętego papieru.
— Patrz no — rzekł — com ja znalazł.
— No?
— Ćwiartkę papieru, widocznie jest to szczątek jakiegoś rękopismu... napisano na nim takie zdanie: „jeżeli widzisz gmach szczęścia, to wiedz, że budowniczym, który go postawił, była... kobieta...” Święta prawda, mądre zdanie...
Moje szczęście odrazu rozsypało się w gruzy — bo też, kochany przyjacielu, jaki budowniczy, taki i pałac...

Klemens Junosza.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.