Strona:Klemens Junosza - Pieprzycki.djvu/3

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

nieszczęścia, piekła, niewoli, powolnego konania... Jak dla kogo.
— Zagadkami pan dobrodziej mówi.
— Rozwiążę je zaraz... Wszak nieboszczyka Zawrotkiewicza znałeś?
— Tego kulawego? Cokolwiek.
— Musiałeś też słyszeć i o Lalińskim?
— Przecież tak się nazywał mąż pani Amelji...
— O nim właśnie mowa... więc uważaj: panią Amelję znałeś, Zawrotkiewicza także, o Lalińskim słyszałeś, a mnie oto, Pieprzyckiego, masz przed sobą. Cztery osoby; na afisz zamało, na dramat aż nadto. Trzy osoby już zeszły ze sceny, ja kończę swoją rolę w epilogu. Rzecz działa się w różnych miejscach. W Warszawie, za granicą, w Ostaszkach. Znasz Ostaszki?
— Przejeżdżałem niegdyś przez tę wioskę...
— To, kochanie, nie była wioska, ale fortuna, co się zowie. Trzy folwarki, blizko sto włók obszaru, las, jak puszcza, łąki przepych. Już w złych czasach na majątki, kiedy o kupca było trudno, za Ostaszki, na licytacji w drodze działów, osiągnięto dwa kroć sto tysięcy. Po potrąceniu długów, sukcesorowie dostali po pięćdziesiąt tysięcy z górą. Pamiętam to dokładnie, gdyż sam byłem jednym ze spadkobierców. W Ostaszkach urodziłem się, w Ostaszkach dziecinne lata mi przeszły, tam, po skończeniu nauki, miałem zamiar gospodarować. Inaczej się stało, ale swoją drogą przyznaję, że jedyne lepsze chwile, jakie miałem w życiu, były właśnie w Ostaszkach. Dużoby o tem mówić, ale szczegółami nudzić cię nie chcę. Obok Ostaszek był folwarczek, dziesięć czy piętnaście włók wszystkiego, odłużony do niemożliwości, bieda aż piszczała... I nie dziw, wdowa prowadziła gospodarstwo licho, rygoru nie umiała utrzymać, wszystko rozłaziło się w jej ręku. To właśnie była matka pani Amelji, tej, którą pochowano niedawno... Zawrotkiewicz mieszkał w blizkiem sąsiedztwie. Łączyła nas przyjaźń od szkolnej ławki, kochaliśmy się, jak bracia... Już nam się obudwom wąsy zaczynały wysypywać, kiedy Amelcia była podlotkiem. Zapowiadała się piękna dziewczyna, ale, jako na dzieciaka, nie zwracano wówczas na nią uwagi... Jakiś czas nie byliśmy w domu, przejrzało się z Zawrotkiewiczem trochę świata... Młodzi, rwaliśmy się Bóg wie do czego, chciało się to i owo poznać, czegoś się dowiedzieć, nauczyć... Zeszło nam kilka lat, jak z bicza strzelił, zawsze w przyjaźni, zgodzie, prawie w braterstwie. Ktoby się spodziewał, że w jakiś czas później będziemy śmiertelnymi wrogami i z bronią w ręku...
— Jakto, biliście się?
— Gdy powróciliśmy do stron rodzinnych, ów podlotek już wyrósł i stał się dziewczyną rzadkiej piękności... Widziałeś tego ślady, możesz więc wyobrazić sobie... Oczy miała szczególne, nigdy już w życiu nie spotkałem podobnych... Naturalnie, pojechaliśmy z przyjacielem zobaczyć cud, o którym w całej okolicy mówiono. Niestety, mówiono prawdę. Od pierwszej bytności w Rokicinku, tak się ów mająteczek nazywał, pomiędzy mną a nim, moim takim serdecznym, takim dawnym przyjacielem, zapanował pewien przymus. Ja pragnąłem, żeby on koniecznie wyjechał, żeby się zaprzepaścił, zniknął, on względem mnie żywił takie same uczucia. Politykowaliśmy, zachowywali pozory dawnej przyjaźni, ale w rzeczywistości obadwaj coraz bardziej utwierdzaliśmy się w przekonaniu, że świat dla nas za ciasny... Spotykaliśmy się w Rokicinku, a każde takie spotkanie groziło katastrofą.
— A cóż panna Amelja?
— Ona... kombinowała...
— Jakto?
— A tak... kombinowała. Czy to z własnego instynktu, czy namówiona przez matkę, obdzielała nas obu spojrzeniami i uśmiechami z matematyczną równością. Ani odrobinę więcej jednemu lub drugiemu, zupełnie równo. Jako partja dla biednej dziewczyny, ani on, ani ja nie byliśmy do odrzncenia. Przeciwnie. Ja majątkowo stałem może cokolwiek lepiej, ale i on był zamożny i on mógł ją oprawić w złote ramki, tak samo, jak ja... ale panna mierzyła jeszcze wyżej, to też trzymani byliśmy w rezerwie, na wszelki przypadek, gdyby się kto lepszy nie trafił. On oświadczył się w sekrecie przedemną, ja w sekrecie przed nim... Panna Amelja, tak mnie, jak i jemu, odpowiedziała jednakowo: że losem swoim nie rozporządza i że pójdzie za wolą mamy.
— A mama?
— Była niezmiernie rozczulona. Powiedziała, że oświadczenie przynosi jej córce zaszczyt, ale Amelcia jeszcze taka młoda, nie zna świata, nie dokończyła edukacji, więc trzeba tę sprawę pozostawić czasowi, czekać, aż się w dziecku serce przebudzi, aż sama kogo pokocha i wybierze... Jednem słowem, nic. W dziecku serce nie przebudziło się i spało aż do samej śmierci. Względem mnie, jako też i względem tamtego, mama nie zaciągnęła żadnych zobowiązań My natomiast w sekrecie jeden przed drugim zaciągaliśmy różne zobowiązania dla... mamy. Już to Rokicinek miał w nas niezwykle uczynnych i pełnych poświęcenia sąsiadów. Wszelkie ułatwienia kredytowe, dobra rada, pomoc w gospodarstwie, usunięcie zbyt natarczywych wierzycieli, wszystko to było na zawołanie. Źle mówię... nie na zawołanie, bośmy z własnej woli uprzedzali wszelkie życzenia. Dzięki temu, interesy wdowy poprawiły się tak dalece, że mogła spełnić