Pieśni Petrarki/Canzona VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Francesco Petrarca
Tytuł Pieśni Petrarki
Data wydania 1881
Wydawnictwo nakładem tłumacza
Drukarz Józef Sikorski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Felicjan Faleński
Źródło Skany na commons
Indeks stron
Canzona VIII.

Canzona ta wraz z dwiema następnemi stanowi nierozłączna całość — niby rodzaj trylogii miłosnej. Włosi zwykli je nazywać: Tre sorelle i mają do nich szczególne upodobanie.

Ponieważ krótkiem jest życie,
W człeku zaś słabym trwożna mięszka dusza,
W cóż więc ufacie śmiertelnicy prości —
Gdy to czem serce się wzrusza,

Swą własną istność topi w żądz zachwycie.
I z własną wolą walczy wśród gorzkości?
O wdzięczne oczy, kędy miłość gości!
Ku wam ja zwracam rymów mych tęschnoty,
Których wartością całą — żądza chwały.
Że tobą Lauro! rozbrzmiały —
Bo ty im jedna śnieżny dasz i złoty
Strój z Anielskiego przędziwa.
I skrzydła, których rozwinąwszy loty.
Niechaj wyjęczy pamięć moja tkliwa
Wszystko, co zdawna w mem się sercu skrywa.

Wiem że obelgą ci bywa.
Gdy cię uwielbiać pieśń się moja sili —
Lecz mogęż milczeć, gdy się ledwie zmieści
Serce w mej piersi, od chwili
Gdym ujrzał, czego żadna mowa żywa
Ani myśl żadna godnie nie wypieści...?
Tę gorzą rozkosz słodkiej mej boleści
Gdybyś ty jedna Lauro uznać chciała,
Mniejszaby wtedy, choćby — jak od pychy
Słońca topnieje śnieg lichy —
Twą wrzgardą spełzła istność moja cała!
Och! w pierś gdy myśl tę pochwycę,
Nią tchnąć, nią tęschnić, cierpka dla mnie chwała:
Bo niż bez ciebie wieczną mieć tęschnicę,
Raczej mi umrzeć, patrząc w twoje lice!

Jeżeli wątłe istnienie
Swym własnym ogniem w piersi mej nie spłonie,
Wcale nie mojej szukać w tem zasługi.
Gdyż jeśli w czyjem się łonie
Uczucie zbudzi co trwa nieskończenie.
To ono życiu każe trwać czas długi.
O wy doliny! wzgórza! lasy! smugi!
Mych mąk świadkowie! czyż to raz słyszycie:
Jak z głębi piersi głos mój śmierci wzywa?
Bo kędyż tak nieszczęśliwa
Dola jak moja, z której uciec skrycie
Może jest korzyść jedyna?

Nią, gdybym tknięty, skrócił sobie życie,
W temby nie moja, lecz tej była wina
Co ani o mnie dba, ni mię wspomina.

Boleści! raz mię zmusiwszy
To wypowiedzieć, czego rzec nie chciałem —
Dozwól, niech znowu to co chcę wypowiem.
O! ja was wielbię z zapałem
Oczy mej Laury! — choć nielitościwszej
Nie znąjść, jak piękna pani ich! albowiem
Jeżeli zrzadka tylko, wątłem zdrowiem
Rumieniec krasi moją twarz spłakaną,
Sądźcież, co wtedy w mem się wnętrzu dzieje,
Gdy trwożne krzepiąc nadzieje,
Z nocy tych oczu rajskie błyśnie rano.
O święć się brzasku ich miły!
Jakbądź ich samych widzieć im nie dano.
Toż ile razy ku mnie się zwróciły,
Poznać to mogły jak są wielkiej siły!

Gdybyście ludzie ujrzeli
Tę boską postać, którą rymem głoszę!
O! niech ją tylko ten ogląda, kogo
Umiarkowane rozkosze
Nasycić nie są zdolne, — gdyż jeżeli
Ogarnąć czego zmysły już nie mogą,
Tem się swobodny duch kołysze błogo!
O gwiazdy niebios! gdy się w moc wam garnie
Ten byt, co dla niej jednej we mnie gości,
Niestety! czyż z wysokości
Warto jest wreszcie jak wy błyszczeć mamie?
Obyście z niebios sklepienia
Częściej na moje patrzały męczarnie;
A zato znowu, niech mi mniej zacienia
Blask wasz, gwiaździste Laury mej spojrzenia!

Niech wyzna pieśń moja tkliwa:
Że wszelkie inne ziemskich żądz brzemiona
Słodkie mej Laury jarzmo z karku strąca,
Tak, że w nie dusza wprzężona,

Upracowaniem własnem wypoczywa,
Rada, że sobie wzięła je z tysiąca.
Och! w życie myśl ta wrosła mi rzeźwiąca!
I choć niekiedy stan mój niewolniczy
Tęschnocie mej się przykrzy — to czyż długo
Laurybym nie być mógł sługą,
Zazdrosny cierpień i chciwy goryczy?
Bowiem gdy zwykle o miedzę
Z boleścią uśmiech, z szczęściem płacz graniczy,
Toż wśród udręczeń z któremi się biedzę,
Niech mam choć bytu mego samowiedzę!

Miłosna myśl, która wieje
Od ciebie Lauro moja! jest jedyną
Pociechą tęschnych moich dni i chwałą.
Ztąd pieśni, co z ust mych płyną,
Dziwnie są wdzięczne, tak, że mam nadzieję
Tchem nieśmiertelnym przeżyć własne ciało.
I w obec ciebie zawsze złe pierzchało —
A jeśli wraca kiedy, to jak wiosło,
Zwierzchu dotyka tylko snów mych fali—
I gdy się duch mój użali,
Ty go pośpieszasz krzepić mową wzniosłą.
I nawet zawsze tak bywa,
Żeś ty posiała, cobądź ze mnie wzrosło —
Bom ja jest cały płonna tylko niwa,
Której w twem sercu cena jest prawdziwa.

Śpiewie mój, nie kończ!... Chciałbym jeszcze dalej
Jęczeć wśród lubej serca mego matni...
Nie jesteś pierwszym — nie bądź też ostatni! —





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Francesco Petrarca i tłumacza: Felicjan Faleński.