Pieśni Petrarki/Canzona IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Francesco Petrarca
Tytuł Pieśni Petrarki
Data wydania 1881
Wydawnictwo nakładem tłumacza
Drukarz Józef Sikorski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Felicjan Faleński
Źródło Skany na commons
Indeks stron
Canzona IX.

O pani! toż prosto w niebo
Iść mi przy świetle oczu twoich zorzy!
W których ponieważ twe się serce święci,
Z wyraźnej woli więc Bożej
Stało się zdawna duszy mej potrzebą
W miłosnej zawsze chować je pamięci!
Gdyż ku dobremu tylko mię zachęci
Uroczy blask ich, przyjaznemi słowy

Od wszelkich lichych odwodzący rzeczy!
O! żaden język człowieczy
Nie odda tej milczącej ich wymowy,
Ni żądzy, którą skrzydlato
Zbudziły we mnie raz, gdy szron zimowy
Stopniał, majową wiosny tknięty szatą,
W najsłodsze pierwszej mej tęschnoty lato.

Ja sobie myślę niekiedy:
Że równie piękne rzeczy, w pozaświecie
Chowa Opatrzność w cudach Swych łaskawa —
I które ujrzeć mam przecię,
Gdy się z więzienia swej doczesnej biedy
Wywikła wreszcie życia mego sprawa.
Lecz i przy ziemi duch mój rad zostawa,
Przyrodę wielbiąc, a z nią dzień ten błogi
Gdym na świat przybył na to, by w przyszłości,
Gdy się w niej miłość rozgości,
Dusza mi smutna po za ziemskie progi
Ku gwiazd wzlatała krainie —
Tak, żem samemu sobie stał się drogi.
Gdyż tylko wzniosła myśl mi w serce płynie,
Odkąd mi w Laury służbie być jedynie.

Los mię wybranych nie nęci,
Ani też zazdrość wzbudzić we we mnie mogą! —
Jestże stan szczęścia wielki tak szalenie,
Bym go nie mieniał, za błogą
Jej oczu jasność, w którą wrósł mej chęci
Spokój, jak wrasta drzewo w swe korzenie?
O! rajskie moich dni uszczęśliwienie!
O gwiazdy! mąk miłosnych mych pochodnie,
Od których słodko pełznie moje życie!
Jak wszędzie, gdzie wy świecicie,
Wszelka się inna światłość mgli i chłodnie —
Tak w głębiach mojego łona,
Ilekroć brzask wasz świta mi pogodnie,
Wszelka myśl inna sama w sobie kona,
By tylko miłość była tam uczczona.


Niczem najsłodsze rozkosze,
Których stęschnieni pragną śmiertelnicy.
Jak bywa nieraz, kiedy mimowoli,
W jej czarodziejskiej źrzenicy
Miłość zazdrośnie przyczajoną spłoszę,
A ona w światłach igra i swawoli...
O! jestem pewny: że mej smutnej doli
Nie dla jej zasług tę pociechę dano,
Ale jedynie dla miłości Boga.
Lecz cóż, gdy często dłoń sroga,
Zasłoną, szybko na twarz naciąganą.
Widok mi błogi mój bierze!
Ach! i bez tego, jakże częstą zmianą
Laura mój umysł dręczy — powiem szczerze —
W miarę jak o niej zwątpię, lub w nią wierzę!

Ponieważ widzę, że aby
Zmienić jej srogich wstrętów obyczaje,
Nie dosyć dary służą mi wrodzone —
Zatem mi nie pozoztaje[1],
Jak w własną duszę wszczepić te powaby,
Których działaniem promienistem płonę.
Jeśli za dobrem, Lauro! w twoją stronę
Goniąc, w pogardzie mam pokusy świata,
To coś nadziemskim krzepi mię zapałem:
Że, bylem serce miał śmiałem,
Mym skargom sława przypnie lot skrzydlata.
Wtedy też i mych boleści
Kres, ku któremu tęschna myśl odlata,
Z twych oczu Lauro! cudu mój niewieści!
Uszczęśliwienie wprędce mi obwieści.

Pieśni! już jedną siostrę tobie dałem —
A jeszcze, w pomoc biorąc rymy rącze,
Niechże i trzecią z wami dwiema złączę. —




Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – pozostaje.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Francesco Petrarca i tłumacza: Felicjan Faleński.