Paulina/Rozdział IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Paulina
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wydania 1928
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ IV

Była to blondynka z niebieskiemi oczami, cerą delikatną i przezroczystą, o drobnych i arystokratycznych rękach; była to kobieta młoda i piękna, ale nie była to Paulina!
Kula przeszła pomiędzy dwoma żebrami i przeszyła serce, śmierć musiała być natychmiastowa.
Wszystko to było dziwną, niezgłębioną dla mnie tajemnicą. Gubiłem się w domysłach, nie wiedząc na kogo rzucić podejrzenie... A więc ta kobieta to nie Paulina, którą mąż podał za umarłą, pod imieniem której miano kogoś obcego pochować w rodzinnych jej grobach.
Nie wiem dobrze, naco się przydałem przy całej tej sekcji i jak się podpisałem na protokóle; szczęściem, doktór z Dives, chcąc pokazać swą wyższość nad uczniem chirurgji, sam zajął się całą sprawą, żądając jedynie mego podpisu. Po skończonej urzędowej czynności, udaliśmy się do sali jadalnej, gdzie przygotowano nam śniadanie. Towarzysze moi zasiedli do stołu, ja zaś, nie mogąc nic przełknąć, zbliżyłem się do okna i oparłszy głowę patrzyłem na dziedziniec. Zaledwie dziesięć minut upłynęło ujrzałem wjeżdżającego konno mężczyznę pokrytego kurzem. Zatrzymał zmęczonego konia, zeskoczył zeń, i nie troszcząc się, kto go odprowadzi do stajni, wbiegł szybko na ganek prowadzący do zamku. Zadziwienie moje co chwila wzrastało: pomimo zmiany w ubraniu, w człowieku tym poznałem tego, którego widziałem wychodzącego z pod ziemi, w ubiorze wieśniaka z łopatę w ręku i nożem myśliwskim za pasem. Zawołałem służącego i zapytałem kim jest młody mężczyzna który przyjechał? Odpowiedział mi, iż jest to jego pan, hrabia de Beuzeval, wracającyz Kaen, gdzie jeździł po pozwolenie przewiezienia ciała do Paryża.
Zapytałem, kiedy zamierza hrabia wyjechać.
— Dziś wieczorem — odpowiedział mi służący — wszystko do podróży gotowe i konie pocztowe zamówione są na godzinę piątą.
Wychodząc z sali jadalnej usłyszeliśmy odgłos młotka; stolarz zabijał właśnie trumnę. Wszystko odbywało się w porządku, z widocznym pośpiechem.
Odjechałem ido Divers; o trzeciej byłem w Point l‘Eveque, a o czwartej w Trouville.
Powziąłem stanowczy zamiar zbadania dziwnej tajemnicy tej samej jeszcze nocy, a w razie niepowodzenia — zawiadomienia policji.
Nająłem łódkę z dwoma przewoźnikami, a uzbroiwszy się w dwa doskonałe pistolety i puginał, zapiąłem paltot, aby ukryć przed moją gospodynią te groźne przygotowania; do łódki kazałem zanieść pochodnie i drąg żelazny i udałem się w drogę pod pozorem polowania na mewy.
Wiatr był pomyślny i w trzy godziny już byliśmy u ujścia Divy; kazałem zarzucić kotwicę, a kiedy noc się zbliżała, wyszedłem na ląd, zostawiwszy przewoźnikom zlecenie, by w wydrążeniu skały oczekiwali na umówiony znak; skoro zaś takowy dosłyszą, by przybywali natychmiast z pomocą; gdybym sam nie powrócił, powinni wrócić do Trouville i oddać papier zapieczętowany merowi. Było tam uczynione zeznanie o celu moich poszukiwań, oraz dane wskazówki do odszukania mnie w razie nieszczęścia żywym lub umarłym. Zabezpieczywszy się w ten sposób, przywiązałem pistolet do boku, a wziąwszy pochodne, drąg żelazny i zapałki, udałem się ku ruinom znajomą mi już drogą.
Wkrótce potem promienie wschodzącego księżyca oświeciły mury starożytnego Opactwa; przeszedłem portyk i znalazłem się w kaplicy.
I tym razem serce bilo mi gwałtownie — więcej jednak z oczekiwania niż bojaźni. Miałem czas do zastanowienia się nad moim przedsięwzięciem, do spełnienia którego przystępowałem nie z chwilową i awanturniczą odwagą, Jęcz z silnem i niewzruszonem postanowieniem.

Stanąwszy pod kolumną, gdzie poprzedniej nocy spoczywałem, zatrzymałem się, aby spojrzeć wokoło.
Miejsce, w którem się znajdowałem, podobne było do wejścia do piwnicy.
Wszystko było spokojne, żaden najmniejszy szelest nie mącił ciszy; wieczny tylko jęk oceanu dolatywał do mnie. Przedewszystkiem pragnąłem odszukać miejsce, gdzie widziałem hrabiego de Beuzeval, ukrywającego tajemniczy przedmiot. W tym celu pozostawiłem pochodnie i drąg żelazny przy kolumnie i z pistoletem w ręku, gotowy do obrony, wszedłem na korytarz. Idąc pod ciemnemi arkadami, znalazłem łopatę i raz jeszcze upewniwszy się, że jestem sam, poszedłem w miejsce gdzie ów przedmiot był ukryty, podniosłem kamień grobowy, tak jak to zrobił dnia poprzedniego hrabia i ujrzałem ziemię świeżo wzruszoną. Zagłębiłem w niej żelazo. Za pierwszem wyrzuceniem ziemi ujrzałem w niej błyszczący klucz; zasypałem ziemię, nakryłem kamieniem, łopatę odniosłem na toż samo miejsce i zatrzymałem się przez chwilę w najciemniejszym zakątku, by móc zebrać myśli.

Przekonany, iż znaleziony klucz był od drzwi, któremi widziałem wychodzącego hrabiego, drąg pozostawiłem przy murze, wziąłem z sobą tylko pochodnie i zbliżywszy się do drzwi podziemia, zeszedłem po trzech schodach, włożyłem klucz w zamek i otworzyłem go z największą łatwością; miałem już drzwi zamykać, gdy przyszło mi na myśl, że nie przewidziany wypadek może przeszkodzić mi do wyjścia i otworzenia drzwi kluczem, poszedłem więc i przyniosłem drąg żelazny, który ukryłem pomiędzy czwartym a piątym stopniem; zamknąłem drzwi za sobą i zapaliłem pochodnię, aby rozjaśnić otaczające mnie ciemności.
Miejsce, w którem się znajodwałem, podobne było d wejścia do piwnicy, a szerokie na 5 do 6 stóp mury i sklepienie były kamienne. U spodu schodów dojrzałem zagłębienie, naprzeciw nich drugie drzwi, zbliżyłem się i nadsłuchiwałem napróżno. Włożyłem klucz w zamek, ten zarówno jak poprzedni otworzył się; tych drzwi nie zamykałem już za sobą. Znajdowałem się widocznie w grobach przeznaczonych dla opatów. Mnichów grzebano na cmentarzu.
Zatrzymałem się chwilę. Widocznie zbliżałem się do celu mej wycieczki; pomimo pragnienia, by dojść tajemnicy — mówił dalej Alfred — zrozumiesz jakiego doznałem wrażenia, poznawszy gdzie się znajduję. Zimnym okryty potem, chciałem odzyskać przytomność, wmawiając w siebie, że znajdę co najwyżej kambień grobowy, na którym przed trzema dniami przyłożono pieczęć... Zadrżałem... Zdawało mi się, iż słyszę jęk jakiś...
Głos ten zamiast odjąć, przywrócił mi odwagę; postąpiłem szybko naprzód, zatrzymałem się, by pomiarkować, skąd jęk ów pochodził. Nowy jęk dał się słyszeć. Rzuciłem się naprzód, zagłębiając spojrzenie w każde podziemie; nie widziałem jednak nic, prócz kamieni grobowych, na których wyryte napisy okazywały kto w nich spoczywa. Nakoniec zbliżywszy się do ostatniego z nich, a najgłębszego, spostrzegłem siedzącą w kącie postać kobiety z załamanemi rękami, gryzącą splot włosów; przy niej na kamieniu leżał otwarty list, lampa zgaszona i opróżniona szklanka. Czy przybyłem zapóźno! czy postać ta nie żyła już?... Chciałem otworzyć drzwi; klucz nie nadawał się do nich; na odgłos jednak mych kroków kobieta zwróciła na mnie obłąkane oczy, odgarnęła konwulsyjnym ruchem włosy spadające jej na twarz i szybkiem poruszeniem podniosła się jak cień. Wydałem okrzyk przerażenia... była to Paulina.
Wówczas kobieta rzuciła się ku kracie i padła na kolana.
— Oh!, — zawołała głosem najokrutniejszej rozpaczy — wyprowadź mnie stąd! Nie widziałam nic! nic nie powiem! przysięgam na moją matkę!
— Paulino! Paulino! — wołałem ściskając przez kratę jej ręce. — Paulino! nie lękaj się, to ja jestem; przychodzę cię uwolnić... ocalić cię... wybawić!
— O! — wolała powstając — ocalić mnie przychodzisz? Oh tak, ocal mnie, ocal! Otwórz te drzwi, otwórz je natychmiast! Dopóki będą zamknięte — nie uwierzę ci. W imię Boga otwórz tę kratę!
I wstrząsnęła mię z taką siłą, jakiej nie byłbym nigdy przypuszczał w kobiecie.
— Uspokój się, uspokój! nie mam klucza od tych drzwi, ale je otworzę z pewnością, pójdę tylko po narzędzia!
— Nie opuszczaj mnie! — zawołała czepiając się przez kratę mej ręki z niesłychaną siłą — nie opuszczaj mnie, bo nie powrócisz więcej! bo cię już nie zobaczę!
— Ależ Paulino! — zawołałem zbliżając pochodnię do mej twarzy. — Czyż mnie nie poznajesz Patrz! czyż ja mógłbym cię opuścić?
Paulina wlepiła we minie wielkie czarne oczy. Po chwili milczenia zawołała:
— Alfred de Nerval!
— Dzięki ci, dzięki! — odpowiedziałem — nie zapomniałaś minie także. Tak, to ja, który cię tak kochałem! Ja, który kochałem cię dotąd. Mnie przecież możesz zaufać!...
Uczucie skromności tak jest wrodzone sercu kobiety szlachetnej, że w takiej nawet chwili twarz jej dotąd bladą, nagły pokrył rumieniec.
Puściła moją rękę.
— Czy, prędko powrócisz? — zapytała.
— Za pięć minut.
— Idź więc, lecz zostaw pochodnię, błagam cię; te ciemności zabijają mnie!
Podałem jej światło, wzięła je w rękę, a uchwyciwszy się kraty wejrzeniem; ja zaś przyspieszałem kroku, aby powrócić tąż samą drogą, którą wszedłem. W chwili kiedy miałem przejść pierwsze drzwi, odwróciłem się i zobaczyłem Paulinę w tej samej postawie; stała nieporuszona, blada jak posąg marmurowy, oświecona jaskrawem światłem pochodni. Uszedłszy ze dwadzieścia kroków znalazłem drugie schody i na ich czwartym stopniu drąg żelazny; powróciłem więc natychmiast. Paulina stała w tem samem miejscu. Na mój widok wydała okrzyk radości. Pospieszyłem do kraty.
Zamek był tak silnie zbudowany, że niepodobna było go odbić; chciałem więc oderwać zawiasy i zacząłem wyłamywać mur. Paulina przyświecała i po dziesięciu minutach robota była skończona. Widząc to, nieszczęśliwa padła na kolana; wówczas dopiero uwierzyła w swoje ocalenie.
Pozwoliłem jej się pomodlić, a sam wszedłem do grobowca. Obróciła się, szybko porwała list otwarty i ukryła go na piersiach. To poruszenie przypomniało mi opróżnioną szklankę; wziąłem ją niespokojny; na dnie pozostało prawie pół cala białego jakiegoś proszku.
— Co było w tej szklance? — zawołałem przerażony.
— Trucizna — odpowiedziała.
— Wypiłaś ją!
— Czyż wiedziałam, że przyjdziesz! — zawołała, opierając się o kratę.
W tej chwili dopiero przypomniała sobie, że przed dwiema godzinami wypróżniła szklankę...
— Czy cierpisz? — zapytałem.
— Jeszcze nie! — odpowiedziała.
Nadzieja we mnie wstąpiła.
— Czy dawno trucizna była tu przeniesiona?
— Dwa dni i dwie noce, o ile sądzić mogę...
Przypatrzyłem się szklance ma mowo. Głęboki osad pokrywający dno uspokoił mnie: przez te dwa dni i dwie noce trucizna opadła. Paulina wypiła wodę zatrutą wprawdzie, niedość jednak silnie, by miała sprowadzić śmierć.
— Niema ani chwili do stracenia — rzekłem chcąc ją wziąć na ręce — trzeba uciekać i szukać ratunku.
— Będę mogła iść sama — powiedziała Paulina, cofając się nieśmiało.
Natychmiast więc skierowaliśmy kroki nasze ku pierwszym drzwiom, które zamknęliśmy za sobą: potem zbliżyliśmy się ku drugim i te otworzyły się bez trudu. Znaleźliśmy się w kaplicy. Księżyc błyszczał na czystem niebie. Paulina wyciągnęła ręce i padła po raz drugi na kolana.
— Idźmy, idźmy — wołałem — każda chwila może być zgubą naszą!
— Cierpię już — zawołała powstając.
Zimny pot oblał mi skronie; wziąłem ją na ręce jak dziecię, przeszedłem szybko ruiny i biegnąc prawie, doszedłem do wybrzeża, kierując się ogniem rozpalonym przez moich przewoźników.
— Podawać łódkę! — zawołałem głosem, po którym poznać mogli, że niema ani chwili do stracenia.
Rzucili się do łódki i wkrótce potem przypłynęli, o ile można było najbliżej. Wszedłem w wodę po kolana, wzięli z rąk mych Paulinę i złożyli w łódce. Ja wskoczyłem za nią.
— Czy cierpisz więcej? — zapytałem.
— Tak — odpowiedziała.
Co działo się w mem sercu — opisać trudno. Targała niem rozpacz prawie. Przeciwko truciźnie nie miałem nic, żadnego środka. Wtem przyszła mi na myśl woda morska; — napełniłem nią muszlę, którą znalazłem na dnie łódki i podałem Paulinie.
— Wypij to — rzekłem.
Usłuchała mnie machinalnie.
— Co pan robisz! — zawołał jeden z rybaków — narazisz biedaczkę na chorobę!
— Tego właśnie żądałem — to jedno mogło ją ocalić. Po upływie pięciu minut z niezwykłą forsą, tem większą, że od trzech dni nic nie jadła, zaczęła wyrzucać truciznę; po chwili boleści ustały, uspokoiła się; podałem jej wtenczas szklankę czystej wody, którą wypiła z chciwością, poczem osłabiona upadła prawie na siedzenie. Zrobiliśmy jej posłanie z mego paltota i kaftanów przewoźników, położyła się posłuszna jak dziecię i wkrótce oczy jej się zamknęły; słuchałem przez chwilę jej oddechu, był szybki, ale równy. Była więc ocalona!
— No, teraz płyńmy szczęśliwie do Trouville — zawołałem wesoło do moich majtków, a płyńmy jak najprędzej! Dla każdego z was znajdzie się po dwadzieścia pięć franków za powrotem.
Na taką zachętę, przewoźnicy widząc, że żagiel nie był dostateczny, porwali za wiosła i łódka pomknęła jak strzała...


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.