Paulina/Rozdział III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Paulina
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wydania 1928
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ III

Burza uspokoiła się, a choć niebo pokryte było jeszcze czarnemi chmurami, księżyc od czasu do czasu przebijał się i, swemi blademi promieniami oświecał ziemię. Korzystając z jednej takiej chwili, rozejrzałem się wokoło. Byłem widocznie wśród ruin jakiegoś opactwa. Z prawej i lewej strony dojrzałem rząd podtrzymywanych arkadami korytarzy; naprzeciwko zaś połamane kamienie, leżące napłask wśród rosnącego zielska, wskazywały mały cmentarz, gdzie dawni mieszkańcy Opactwa, spoczywali po trudach i zachodach życia u stóp krzyża kamiennego, z którego zrzucony i połamany w kawałki wizerunek Chrystusa, leżał na ziemi.
Rzeczą jest dowiedzioną, że wpływy fizyczne wywierają silny wpływ na wrażenia duszy. W wigilję dnia tego walczyłem ze straszliwą burzą, przybyłem zziębnięty do ruin samotnych i nieznanych, zasnąłem zmęczony i rozdrażniony; wkrótce potem obudził mnie dziwny i niezwyczajny w takiej samotności szelest. W dodatku znajdowałem się w miejscu, które od dwóch miesięcy było teatrem morderstw i kradzieży trapiących Normandję. Sam bez broni i w usposobieniu umysłu takiem, które nie dozwala odurzonym władzom umysłowym odzyskać całej ich energji, mimowoli przypomniałem sobie, słyszane przy gawędach wieczornych, dzieje rozbojów i morderstw. Przypomniałem je sobie i zasnąć już nie mogłem. Oparty o słup, stałem, nadsłuchując ciekawie. Byłem silnie przekonany, że hałas ten przez ludzi był spowodowany, rozglądałem się bacznie wokoło i oczy utkwiłem w zagłębione drzwi, z których najprawdopodobniej ktoś wyszedł przed chwilą. Co chwila zamierzałem się zbliżyć do nich i przekonać się, czy nie posłyszę jakiego szelestu, któryby mógł wyjaśnić moje wątpliwości; lecz, aby tam dojść, trzebaby było przejść przez miejsce jasno oświecone blaskiem księżyca. Na tę myśl ogarnęła mnie trwoga. Wszak w ruinach nietylko ja jeden mogłem szukać schronienia. I inni ludzie mogli się tam ukryć, choć widzieć ich nie mogłem; po upływie jednak kwadransa, widząc, iż nic nie przerywało ciszy, skorzystałem z pierwszej chwili, gdy księżyc skrył się poza chmury, aby przejść kilkadziesiąt kroków, które mnie dzieliły od zagłębienia. Zwolna zacząłem postępować, zatrzymując oddech, nadsłuchując za każdym krokiem. Doszedłem do korytarza, trzymając się muru, postąpiłem jeszcze kilka kroków i znalazłem się przy schodach prowadzących do podziemia; przeszedłszy trzy schody, dotknąłem się drzwi.
Przez dziesięć minut słuchałem napróżno i powoli zacząłem wątpić, sądząc, że słyszany odgłos był owocem rozbudzonej wyobraźni. Zacząłem wierzyć, że w tej chwili byłem jedynym mieszkańcem ruin, dających mi schronienie. Miałem już odejść, gdy księżyc nanowo oświecił całą przestrzeń, oddzielającą mnie od miejsca poprzednio zajmowanego; pomimo tego chciałem iść dalej. Wtem wielki kamień oderwał się od gzymsu i upadł przed memi nogami. Zadrżałem. Wziąłem to za przestrogę nieba; nie poszedłem dalej, lecz zatrzymałem się jeszcze w cieniu. Nagle wydało mi się, że słyszę poza sobą jakiś daleki odgłos, podobny od odgłosu zamykających się drzwi w głębi podziemia. Wkrótce dały się słyszeć szybkie kroki. Zbliżały się coraz to więcej, widocznie wchodzono na schody. W tej chwili księżyc się ukrył za chmury. Jednym skokiem wbiegłem na korytarz i cofając się tyłem z rękami założonemu z okiem zwróconem w zagłębienie, które opuszczałem, doszedłem do opiekuńczej kolumny i zająłem swe miejsce.
Po chwili ten sam szczęk otwierającego się zamku, który mnie przebudził, dał się słyszeć, drzwi się otworzyły i zamknęły, wyszedł z nich jakiś człowiek, zatrzymał się chwilkę, jakby nadsłuchując. Cisza jednak zupełna uspokoiła go widocznie; wszedł na korytarz. W tej samej chwili księżyc skrył się za chmury. Człowieka straciłem z oczów.
Po chwili znów się rozjaśniło. Wtedy na rogu cmentarza ujrzałem znów nieznajomego, z rydlem w ręku, wyrzucił kilka szpadli ziemi; rzucił jakiś przedmiot, którego poznać nie mogłem, i dla zatarcia wszelkich śladów, przykrył go kamieniem grobowym. Obejrzał się znów wokoło, postawił rydel przy jednej z kolumn i zniknął pod sklepieniem. Wszystko to trwało chwil kilka; mimo to jednak, ponieważ scena, którą ci opowiadam, odegrana była o kilkanaście kroków ode mnie, widziałem, że tajemnicza owa postać była dwudziestoośmioletnią, średniego wzrostu, blond włosów. Ubrany był jak wieśniak w szatach świątecznych, zawieszony jednak przy boku nóż myśliwski, w bogatą rękojeść oprawny, wskazywał aż nadto, że było to tylko przebranie. Twarz nieznajomego zrobiła ma mnie takie wrażenie, że byłem pewien, iż raz widziana nie wyjdzie mi nigdy z pamięci. Pojmujesz dobrze, że wszystko to, czego byłem świadkiem, odpędziło sen z moich powiek; pozostałem więc, stojąc pogrążony w myślach tysiącznych, postanawiając zgłębić tę tajemnicę. W tej chwili jednak było to niepodobieństwem, byłem bez broni, nie miałem ani klucza, ani narzędzi, któremi mógłbym otworzyć drzwi, myślałem zresztą, że lepiej będzie zrobić zeznanie, anieżli samemu rzucać się w te awanturnicze poszukiwania, wktórych wkońcu jak Don Kiszot gotowem znaleźć wiatrak. Jak tylko dzień się zrobił, wyszedłem z pod portyku, który mi służył za schronienie i stanąłem na wzgórzu. Gęsta mgła pokrywała morze; zeszedłem nad brzeg, czekając, by się rozproszyła. W pół godziny potem, słońce weszło, a jego pierwsze promienie stopiły wyziewy, które pokrywały ocean, jeszcze wzburzony po wczorajszej burzy.
Pomiędzy skałami znalazłem łódkę pozostawioną wczoraj, tak jednak uszkodzoną, że nie mogłem powrócić w niej do Trouville. Szczęściem, w tych stronach spotyka się często rybaków — to też po półgodzinnem oczekiwaniu, ujrzałem zbliżającą się łódkę. Dałem znak, spostrzeżono mnie i zbliżono się, wkrótce potem przeniosłem żagle i wiosła, zostawiając łódkę za którą właścicielowi obiecałem zapłacić, jeżeli okaże się niezdatną do użytku. Rybacy, którzy mnie znaleźli jak drugiego Robinsona Krusoé, pochodzili z Trouville, poznali mnie natychmiast i ucieszyli się zobaczywszy, że żyję; wiedzieli, że wyjechałem, a nie mogąc doczekać się powrotu, sądzili że utonąłem. Opowiedziałem im o mojem rozbiciu, o nocy przepędzonej na skale, i zapytałem, jak się nazywają ruiny, wznoszące się na wierzchołku góry, a które spostrzegliśmy oddalając się od brzegów morza. Opowiedzieli mi, że to są szczątki Opactwa Grand Pré, przylegającego do parku i zamku de Burcy, zamieszkanego obecnie przez hrabiego Horacego de Beuzeval.
Po raz już drugi nazwisko to obiło się mi się o uszy, poruszając wszystkie struny mojego serca i obudzając dawne wspomnienia. Hrabia Horacy de Beuzeval był mężem Pauliny Meulien.
— Paulina de Meulien — zawołałem przerywając Alfredowi — Paulina de Meulien!...
I zaraz przypomniałem sobie wszystko.
— A więc ta kobieta, którą wraz z tobą spotkałem w Szwajcarji i we Włoszech — to ona? Widywałem ją dawniej w salonach księżny B., księcia F., pani M., ale czyż mogłem poznać w tej bladej i zmienionej istocie, tę prześliczną, pełną wdzięku i dowcipu kobietę, pyszne czarne włosy, oczy słodkie i dumne zarazem. Biedne dziecię, biedne dziecię! Przypominam ją sobie doskonale.
— Tak, to ona — odpowiedział Alfred głosem wzruszonym i przytłumionym. Ona także poznała cię i dlatego to unikała i uciekała tak starannie przed tobą. Był to anioł piękności, wdzięków i słodyczy; wiesz o tem, bo nieraz widzieliśmy ją razem; ale nie wiedziałeś może, że kochałem ją szalenie, i że byłbym z pewnością starał się o jej rękę, gdybym był wtedy posiadał majątek, jaki później odziedziczyłem. Milczałem, bo w porównaniu z nią — byłem ubogi. Zrozumiałem więc, że gdybym ją dłużej widywał, narażałbym tylko moje szczęście, odbierając wzamian pełne może dumy wejrzenie lub poniżającą odmowę Pojechałem więc do Hiszpanji i w czasie mojej bytności w Madrycie dowiedziałem się, iż Paulina de Meulien zaślubiła hrabiego Horacego de Beuzeval.
Nowe myśli wywołane przez rybaków imieniem hrabiego, zatarły do pewnego stopnia wrażenia doznane w ciągu nocy; jasna zresztą słoneczna pogoda, widok ludu po samotnie spędzonej wśród ruin nocy, sprawiły, że całe to zdarzenie uważałem raczej za senne marzenie, niż za przedmiot wart przedstawienia władzy; mimo to jednak w głębi serca układałem sobie projekt rozwiązania dziwnej tej tajemnicy, tem więcej, że wyrzucałem sobie mimowolną bojaźń i pragnąłem sam przed sobą się rehabilitować.
Przybyłem do Trouville około jedenastej. Na mój widok radość była ogólna; sądzono bowiem, żem utonął, lub że mnie zamordowano, i cieszono się, że byłem tylko zmęczony; rzeczywiście, upadałem ze znużenia; położyłem się rozkazując, aby mnie obudzono o piątej i żeby na tę godzinę przygotowano powóz, któryby mnie zawiózł do Pont l‘Evêque, gdzie chciałem noc przepędzić. Wypełniono moje polecenie, a o ósmej już znajdowałem się na miejscu. Nazajutrz o szóstej rano nająłem konia i w towarzystwie przewodnika udałem się do Dives, mając zamiar, przybywszy do tego miasta, niby z prostej ciekawości udać się brzegiem morza do ruin Opactwa Grand Pré, zwiedzić je za dnia, poznać dobrze całe jego położenie, a potem powrócić w nocy. Lecz nieprzewidziany wypadek zniweczył ten plan, prowadząc mnie za to inną drogą do tego samego celu.
Przybywszy do Dives udałem się na pocztę, której właściciel był zarazem merem miasta. Przed mieszkaniem jego zastałem żandarmów; całe miasto w widocznem było poruszeniu. Nowe morderstwo popełniono tej nocy; tym jednak razem znadzwyczajną zuchwałością. Hrabina de Beuzeval przybyła przed kilkoma dniami z Paryża i została zamordowana w parku pałacowym, zamieszkałym przez hrabiego i kilku jego przyjaciół. Rozumiesz? Paulina... kobieta, którą kochałem, której wspomnienie tak zawsze drogie mi było — Paulina zamordowana! Zamordowana w parku swego pałacu i to w chwili właśnie kiedy ja sam znajdowałem się w ruinach Opactwa, o pięćset zaledwie kroków od niej. Nie mogłem temu uwierzyć, Nagle przypomniałem sobie ukazanie się nieznajomego; chciałem mówić, opowiedzieć wszystko, lecz nie wiem jakie przeczucie wstrzymało moje wyznanie. Nie byłem jeszcze pewny, umyśliłem przed zeznaniem doprowadzić samemu do końca moje poszukiwania.
Uprzedzono żandarmów, zawezwano mera, sędziego pokoju i dwóch lekarzy, aby spisać protokół, lecz jeden z lekarzy wyjechał do chorego. Przedstawiłem się jako uczeń anatomji, w braku innego przyjęto moją ofiarę, i udaliśmy się do zamku Burcy. Całą moją nadzieją było zobaczyć po raz ostatni Paulinę, zanim wieko trumny na wieki zamknie się nad nią; zresztą w tym razie usłuchałem głosu wewnętrznego jakiegoś natchnienia, chyba z nieba pochodzącego.
Przybyliśmy do zamku. Hrabia tegoż samego dnia rano wyjechał był do Kaen, aby wyjednać sobie u prefekta pozwolenie przewiezienia ciała żony do Paryża, i złożenia go w grobach familijnych; oddalił się przed przybyciem sądu, aby uniknąć prawnych formalności, tak bolesnych dla zrozpaczonego męża.
Jeden z jego przyjaciół zaprowadził nas do sypialnego pokoju hrabiny. Zaledwie mogłem ukryć boleść; nogi uginały się pode mną, serce biło gwałtownie, musiałem być blady, jak ofiara, która, na nas czekała. Weszliśmy do pokoju pełnego jeszcze jej wspomnień. Spojrzałem wokoło siebie okiem obłąkanego i spostrzegłem na łóżku postać ludzką przykrytą całunem; wówczas bliski utraty zmysłów, oparłem się o drzwi; lekarz zbliżył się do niej z tym spokojem niezrównanym, chłodem i obojętnością nabytą przyzwyczajeniem, podniósł prześcieradło przykrywające zmarłą i — odsłonił jej głowę. Wówczas zdało mi się, iż jestem pod wrażeniem jakiegoś snu czy złudzenia... trup leżący na łóżku... to nie hrabina de Beuzeval... Zamordowana kobieta o której śmierci mieliśmy robić zeznanie — to nie Paulina...


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.