Pani Walewska/Tom II/XV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Gąsiorowski
Tytuł Pani Walewska
Podtytuł Powieść historyczna z epoki napoleońskiej
Data wydania 1930
Wydawnictwo Dom Książki Polskiej Spółka Akcyjna
Drukarz Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Indeks stron


XV.

Wilgotnomglisty wieczór grudniowy piął się ociężale po murach Paryża, mrokiem już napełnił wązkie uliczki, szarzyzną usłał rozlegle place i poczerniałe ogrody i teraz coraz śmielej darł się po ostrołukach katedry, pełzł po kopule Domu Inwalidów, gasił rozbłyszczone krzyże na wieżach kościołów i zlewał wyniosłe kontury potężnych gmachów w ciemne, bezkształtne masy.
Harda stolica Francji podjęła wyzwanie, rzucone jej przez skradającą się tuż za wieczorem noc, i miljonem światełek zamigotała, usłała wszystkie swoje zakamarki. Przez chwilę zdało się, że od światełek tych znów strop zapali się niebieski, bo aż czarna płachta chmur poczerwieniała ponad Paryżem... Lecz walka trwała krótko — światełka zaczęły mrugać, gasnąć, zczezać... Paryż milkł, głuchł, pustoszał, do kominków się tulił, do snu się układał, a może w dumę zapadał, może nadsłuchiwał, iżali z po za mórz nie dojdzie go zgrzyt kruszonych łańcuchów!
Dwa lata już minęło, gdy Francja zażywała pełni upragnionego pokoju, od dwóch lat Bourboni pracowali nad starciem z jej oblicza ćwierćwiekowych rządów samowoli... od dwóch lat atlantycka wyspa przykuła do swych zimnych skał tego, który posadami tronów śmiał targać, a po berło króla królów sięgnąć, od dwóch lat starano się wmawiać w siebie, że genjusz wieków był rozbójnikiem, że potężny Cezar ledwie zasługiwał na miano ambitnego oficerzyny, że ten, przed którym płaszczono się wczoraj, nie wart był nawet zbytniej pogardy, — od dwóch lat wysilano się nad dowodzeniem, że historja nie była historją!...
Paryż pracował tu usilnie, — Paryż z całym zapałem przed liljami głowę chylił, a orły cesarskie zdzierał, niszczył, — Paryż najgoręcej o odrodzeniu mówił, — Paryż drwił i zdawał się nie czuć, że drwi z samego siebie!... Tak upływały dnie... Lecz gdy noc zapadła, gdy myśl rozkołysana ciszą w dal mknąć zaczynała, gdy wspomnienie w senne stroiły się mary, wówczas ten sam Paryż znów snuł dzieje Austerlitzu, znów oglądał się kędy stukotały kule weteranów, kędy krwawa wstęga legji zdobiła pierś, kędy chropowaty głos wróżył powrót dawnej mocy, chwały, a przepowiadał odwet za pogrom, za Waterloo, za cesarza! I ten sam Paryż o Marengo roił, Arcôlem i Abukirem oddychał, równiny Wagramu przebiegał i tęsknił za hukiem armat, za odzewem bębnów, za marsowemi okrzykami dzieciuchów i łzami stroił bohaterskie zawołanie Cambronne’a!... A potem zapadał w sen gorączkowy, niespokojny, chorobliwy sen, którego jednym i tym samym rdzeniem były zawsze szarozielone fale oceanu... jednym i tym samym widziadłem... ponura korweta, pędząca na skrzydłach żagli ku Francji, a zdala już hucząca groźnym pomrukiem... Vive l’empereur!...
Ulica de la Victoire wcześniej od innych swych sąsiadek miała od niedawna zwyczaj układania się na spoczynek. Niby owa przeżyta, a wiekiem przygnębiona elegantka, nietylko że skora była pierwsza gasić światła, zawierać swe furty i bramy ale i, nie pomnąc na swe przedtem bezsenne noce, boczyła się i mniej pohopnym do snu ulicom nie szczędziła przymówek. Ba, ona nawet dziwiła się może że inne jej towarzyszki szukają wrażeń, ruchu, wesela, kiedy ona już tyle przeszła, tyle przeżyła, tyle widziała, gdy jej wystarczyła przeszłość!
Nie pomału więc zastanowić musiało najbliższe kumoszki ulicy de la Victoire, gdy ta, pewnego wieczoru grudniowego, nietylko zapomniała zapuścić żaluzji w oknach wykwintnego pałacyku, oznaczonego numerem czterdziestym ósmym, lecz nadto u podjazdu jego wyciągnęła aż kilka naraz karet. Lecz tu bodaj że i zdumienie samej ulicy de la Victoire było nie mniejsze. Pałacyk ten bowiem jej samej zdawna nie małe sprawiał niespodzianki. Milkł raptownie i równie raptownie budził się i tryskał życiem.
Paryż cały nieraz wrzał, a trząsł się i dygotał a pałacyk zdawał się być obumarłym, i przeciwnie, w chwili zupełnej ciszy, gdy nic się nie działo, gdy żadnej nie było okazji do rozgwaru, — pałacyk czuwał, brzmiał dźwiękami klawikordu, odświętną przybierał szatę...
Tych zmian było co niemiara, aż od roku pałacyk do widocznego statku przyszedł, bo punktualnie gasił swe światła, punktualnie zgrzytał zamkami... Ulica de la Victoire już łaskawiej ku niemu poglądała, aż naraz w pałacyku snać dawny ozwał się nałóg!...
Ulica de la Victoire zaparła oddech, stłumiła najniewinniejszy swój szmer i jęła spozierać ku pałacykowi a nadsłuchiwać ciekawie. Jeżeli jednak karoce u podjazdu, rozwarta, a oświetlona głąb sieni, służba, snująca się tu i ówdzie, dostarczały nielada okazyji do obserwacji, — to słuch spotykał się z zawodem — pałacyk wiał głuszą...
Upływały godziny, woźnice drzemali na kozłach, konie zwiesiły senne łby, pałacyk wciąż bił tem samem światłem i milczał...
Nadeszła północ, na tle oświetlonej sieni ukazał się cień mężczyzny. Cień wybiegł przed podjazd, zakrzyknął na najbliżej stojącego woźnicę, skoczył do karocy i landara z łoskotem i dudnieniem potoczyła się i znikła w gardzieli ulicy.
Po tym jedynym znaku życia, który na chwilę pozostałe pojazdy z odrętwienia wyprowadził, znów taż sama nastąpiła, martwota.
Gdy w tem, w głębi ulicy, rozległ się turkot, a z nim powtórzyło się przebrzmiałe niedawno, dudnienie.
Landara wracała, wracała ze zdwojonym pośpiechem, dwakroć z pod kół sypnęła skrami, aż zatoczyła się gwałtownie.
Tym razem z sieni wybiegło ku karocy dwóch hajduków i dopadło drzwiczek. Z landary wysiadł najpierw wysoki mężczyzna w płaszczu i, nie bacząc na służbę, wyciągnął rękę ku wysuwającej się za nim ciemnej postaci i pomógł jej dobyć się z landary. Zaczem mężczyzna ruszył przodem i drzwi rozwarł przed swym towarzyszem.
— Racz tędy pozwolić, księżę proboszczu!
Mężczyzna wszedł za księdzem i rzucił płaszcz hajdukowi.
Ksiądz ze swej strony uwalniał się powoli z czarnej rewerendy.
— Czy pani hrabina już uprzedzona? — zagadnął cicho ksiądz.
— Sama żądała... — odrzekł mężczyzna.
Ksiądz wskazał na przyniesione z sobą zawiniątko.
— Niech mi pan hrabia wskaże jaką komnatkę.
— Proszę tu...
— Czy będzie komu posłużyć?!
Hrabia skinął głową w milczeniu i powiódł księdza na lewo, do zacisznego saloniku. Ksiądz jął komeżkę wdziewać, stułę nakładać, a puszeczki srebrne rozstawiać.
Hrabia wyszedł na chwilę i powrócił ze starym, skulonym we dwoje sługą...
Porozumienie nastąpiło szybko. Sługa ruszył przodem; — śród ciszy panującej w pałacyku rozległ się drżący głos dzwonka...
Hrabia odprowadził księdza do progu sąsiedniej komnaty, a sam zawrócił do obok położonego gabinetu.
W gabinecie, rozświetlonym ledwie blaskami idącemi z buchającego ogniem kominka, hrabia padł na fotel i twarz ukrył w dłoniach.
— Cóż?! — rozległo się naraz zapytanie w pobliżu hrabiego.
Hrabia odsłonił twarz, spojrzał ku siedzącemu nieopodal mężczyźnie i rzekł.
— Jest — przyjechał!
Mężczyzna stęknął i oczy wpił w głownie, gorejące na kominie.
Przez chwilę słychać było jeno trzask i prychanie iskier.
— Gdzie — Oleś?! — zapytał z kolei hrabia.
— Jest u księżnej!...
— A Corvisart?!
Miast odpowiedzi w głębi gabinetu rozległy się drobne, przyspieszone kroki, a w ślad za nimi zarysowała się niepewnie sylwetka jegomości w ciemno-tabaczkowym fraku, białej chuście na szyi, i koronie siwych włosów, ponad mocno wyłysiałem czołem.
Hrabia porwał się naprzeciw jegomości.
— Jakże pan sądzisz, co myślisz?!
Jegomość przystanął i ku trzymanej tabakierce spojrzał.
— Nic nie mam do powiedzenia!... Natura może się przemóc!...
— Na Boga, panie... wczoraj jeszcze mówiłeś...
Jegomość ujął hrabiego za rękę i uścisnął serdecznie.
— Panie Ornano! Generale! Odwagi!... Wczoraj mnie samemu się zdawało!... Panią hrabinę miałem w swej pieczy i dawniej! Zapalenie płuc nie było mi groźnem... bo nie przypuszczałem... że serce...
— Serce... — powtórzył głucho generał.
— Tak, panie hrabio!... Bóg widzi, że nigdy bezsilność naszej nauki nie była mi tak ciężką!
— Więc pan... pan, panie Corvisart... myślisz?...
Corvisart pochylił się mocniej nad tabakierką.
— Że może ten, co tam jest, teraz... lepszym będzie lekarzem odemnie.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Pani Walewska odetchnęła z trudem, współzmrużone rozchyliła powieki, gorączkowym ruchem odsunęła splot włosów, cisnący się jej na twarzyczkę i powiodła dokoła gasnącemi oczyma.
— Jesteście tu przy mnie? — szepnęły pobielałe usteczka pani Walewskiej. — Jesteście wszyscy — dobrze!... Żegnałam się już z wami a widzicie, jeszcze jestem! Umierać trudno, bardzo trudno! A tyle żyłam — tak długo żyłam. Oleś! Kochajcie go, nie opuszczajcie!...
— Maryśka! — jęknął cichy głos u wezgłowia szambelanowej.
— Pawełek! Weźmiesz z mojej szkatułki sygnet Gorajskiego. Noś go... A ty, Filipie, przebacz... tylem ci przyczyniła smutków... Jaki mamy miesiąc?
— Grudzień!
— Grudzień! Straszny okrutny miesiąc!... Wiecie, dwunasty rok pogrzebał wszystko? Z niego począł się Lipsk i Waterloo! Wiecie, ten grudzień wydarł ze mnie to, czem chciałam żyć, czem pragnęłam bronić swego imienia!... Ale, to mój ból — mój własny!!... Wam nic do niego! Wy z cesarzem zawsze, bo i ja z nim będę!... Myślicie, ta wyspa? Jego już nic nie powali, nic nie dosięgnie, żadna siła nie zmoże, — on wróci, przyjdzie, musi przyjść... Musi! Rozumiecie! Bo on mi zaprzysiągł! Bo za przysięgę tę wziął ze mnie... z tysięcy brał krew! Boże!! Grają?! Retraite!... Nadchodzi... krew nasza płynie znów, poi ziemię nienasyconą! I znów pożoga, znów nędza, zawały trupów, odmęt!... Boże mój! a jam kochała tego, co nie niszczyć, lecz budować miał!!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Na kiernozkim cmentarzyku wierzby chwieją smutnie swemi koronami, sosny patrzą zadumane na zielskiem porosłe rozsypiska!...
Cisza!... Zapomnienie!...
I ginie wieść o pięknej starościance gostyńskiej. Ziemia polska ją chłonie i hen, ku sercu swemu wlecze.
Na kiernozkim cmentarzysku pług oracza już się ślizga od skraju — rodzajne skiby rwie z mogił, życiu wraca posiew śmierci.

KONIEC.

Paryż, w marcu 1904 r.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Gąsiorowski.