Pani Dubarry/Prolog/Rozdział I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Leo Belmont
Tytuł Pani Dubarry
Podtytuł Miłośnica królewska
Rozdział Strzał śród nocy
Pochodzenie Od kolebki do gilotyny
Data wydania 1927
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Renaissance“
Druk Zakłady Graficzne E. i D-ra K. Koziańskich
Miejsce wyd. Warszawa — Poznań — Kraków — Lwów — Stanisławów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały Prolog
Pobierz jako: Pobierz Cały Prolog jako ePub Pobierz Cały Prolog jako PDF Pobierz Cały Prolog jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

ROZDZIAŁ I.
Strzał śród nocy.

...Drgnęła. Wyraźnie usłyszała wystrzał. Porwała się z pościeli w swoim pokoiku o krzywych ścianach i niskiej spadzistej powale, raczej w komórce o jednem okienku. Jej drewniane, nędzne łóżko stało tuż pod oknem. Jędrnemi nagiemi kolanami tłocząc siennik, przywarła oczyma do szyby, starała się wypatrzeć przez nią drogę w pomroce nocnej. Nic nie było widać...
Wszelako nie mogła się omylić. Strzał był tak wyraźny! Od huku, zda się, wstrząsnęła się cała komnatka — nie! cała gospoda. Przecież nie spała jeszcze. Ledwie pół godziny upłynęło od chwili, gdy zeszła stamtąd... z góry. Jeszcze drgnienie już tak dawno niezaznanej rozkoszy — bodaj nigdy niezaznanej w tym stopniu, co dzisiaj, przepełniało wszystkie jej fibry. To naprawdę było wielkiem zdarzeniem jej życia...
Prężyła się na łóżku, szczęśliwa, triumfująca, pełna nowej, niepojętej radości. Z tą jedyną nocą w jej życiu nie dawała się porównać cała przeszłość. Tamto wszystko było kłamstwem i głupstwem — nawet jej wielki płacz po powieszeniu kochanka Roggersa, nawet jej przysięga, złożona samej sobie na jego mogile, iż nie odda się nikomu z pośród tych ordynarnych marynarzy, którzy ustawicznie dybali na jej cnotę, pomni dawniejszej jej dostępności, łask, udzielanych za byle łach jaskrawy z jarmarku, lub zgoła za nic, za uśmiech ładnej męskiej twarzy — to wszystko runęło wczoraj w przepaść niepamięci. Ostatecznie dotrzymała wierności zmarłemu kochankowi blisko cztery miesiące! — czyż to nie dość?
I oto nocy ubiegłej zaczęło się coś ogromnego swem pięknem: może moment tylko, ale taki, co wystarczy na całe życie rozpamiętywań. To przecie nie był żaden z tych marynarzy, których czuć było dymem mocnego tytoniu, stęchłemi rybami i potem brudnych bluz. Ani jakiś przemytnik Roggers, który wprawdzie zaimponował jej atletycznemi mięśniami — pobił wszystkich, co ważyli się zbliżyć do niej, czy jakiemś swawolnem słówkiem wypominać jej niewybredną przeszłość; ba! nawet jej samej napędził strachu i bodaj jeszcze po śmierci tragicznej skrępował ją widmem swej zazdrości. To prawda, że ją kochał — jakież to kolorowe chusty przywoził jej z francuskiego brzegu! Najładniejsze, jakie przemycał, omijając z piekielną zręcznością lufy angielskich celników. Był przywiązany do niej, posłuszny jej skinieniu, jak pies — nawet ślicznie błyskał groźnemi oczyma i szczerzył ładne zdrowe zęby, gdy dla żartu przesłała komuś zalotny uśmiech. Ale ostatecznie czuła się zawsze czemś stworzonem dla kogoś lepszego. Dlaczego? — sama nie wiedziała. Tak się jej marzyło... I sen jej sprawdził się... nocy dzisiejszej!
Więc jakże mogłaby po tem zasnąć?!... Nie! — nie spała. Leżała tylko rozmarzona z przymkniętemi oczyma. Miała pod powiekami wizję tego... który śpi teraz na piętrze — obcego, niezwykłego gościa oberży, nie cieszącej się najlepszą reputacją. Gospoda stała na wzgórzu skalistem wśród lasu nad zatoką, w pobliżu przystani, jako punkt odpoczynkowy dla rybaków, udających się stąd na daleki połów ryb, dla marynarzy z przygodnie zapędzonych tutaj przez burze żaglowców, najczęściej dla przemytników, których otaczał opieką stary „rudy John“ i jego gruba połowica, właściciele tej dość nędznej oberży. Zaś Anna Teresa była tu służącą do wszystkiego — kucharką, pomywaczką, kelnerką — harującą od rana do wieczora, wyzyskiwaną niemiłosiernie, zwabioną z przeciwległego brzegu francuskiego obietnicą hojnej zapłaty i tylko dzięki dobroci, graniczącej już z głupotą — była nadto ofiarą chciwości, pogodzoną biernie ze swym losem. Nie pokładała rąk od rana do wieczora — dziw, że nie zatraciła ani swego przyrodzonego humoru, ani krasy i zdrowia bretońskiej wieśniaczki — była zawsze ponętna rumieńcem, bujnością kształtów, niezwykłą zręcznością ruchów, łatwa do śmiechu, chwilami tylko popadająca w sentymentalizm, naówczas rozpłakana, przeklinająca swój los, którego bezwolą nie potrafiła już zmienić. Jeszcze rzadziej wybuchała klątwą gniewu — groziła wyjazdem — a wtedy jej „państwo“, czując, że przebrali miarę złego obejścia, starali się i zawsze potrafili ją udobruchać.
Cóż ona widziała tutaj?! — trochę lasu, nieba i morza. Kochała naturę: dzikie widoki tego miejsca na odludziu koiły ją po starciach z wiecznie zrzędzącą gospodynią, po zetknięciu się z szorstkimi i obcesowymi gośćmi ich oberży. Wprawdzie był na pierwszym piętrze jeden pokój dla „czystych gości“, ale zatrzymywali się tu zwykle tylko szeryf, przybywający sądzić drobne sprawy zamieszkujących wybrzeże rodzin rybackich, i towarzyszący mu na sesje wyjezdne pastor, odbierający przysięgę od świadków.
I naraz — właśnie w przeddzień ich przybycia — pojawił się i najął ów „pokój czysty” na całą dobę ów czarująco-wytworny „pan“, jej rodak — Francuz... poprostu książę, królewicz z bajki!...
Czy nie obudził go ze snu wystrzał?
Nie! zainteresowałby się i zeszedł z góry. Śpi widać tak twardo, jak gospodarz i jego połowica. Pozatem nikogo tej nocy niema w oberży. Majtkowie, posłuszni dyscyplinie, jakkolwiek podchmieleni, powrócili na statek...
A może jednak spała?... Była przecie tak znużona całodziennem harowaniem, bieganiną, usługiwaniem gościom — a potem tak oszołomiona niespodzianą łaską miłości, wyczerpana paru godzinami, które upłynęły jakoby w szale: nie słyszała nigdy, aby ktoś mówił do niej tak pięknie i tak mądrze, jak on! Zawracało się jej w głowie — właściwie nie rozumiała w pełni, co opowiadał: może mówił raczej do siebie, niż do niej. Mój Boże! jest tak nierozwinięta, tak — mówiąc otwarcie — głupia, że już nie przypomina sobie jego słów — tylko czarowną melodję głosu... I te oczy błękitne i te białe ręce i te usta, skrojone prześlicznie... A zwłaszcza — pocałunki!
Zatem powróciwszy odeń, zdrzemnęła się, nie wiedząc o tem. I ten strzał przyśnił się jej... Lub może we śnie huk oddalonego gromu przetworzył się w strzelaninę. Tak jest! — bo oto błyska za oknem, na rozświetlanem nagłemi błyskami tle nieba zarysowuje się ciemna ściana pobliskiego lasu — falująca linją wierzchołków wysokich jodeł; i raz po raz dochodzi pomruk zbliżającej się burzy. Wichura gnie iglaste korony drzew — zda się, cała gospoda, otwarta na ataki wiatrów na wirchu skalnym, trzęsie się. A nieopodal — z drugiej strony oberży — gdzieś w dole rozbijają się z szumem fale o podnóża skały.
Tak, to musiał być grom — nie wystrzał!
Wszelako coś jej szepcze uparcie: to jednak był wystrzał... Przypomina bowiem sobie, że przed czterema miesiącami w taką samą noc niepogodną huknęły wystrzały. Portowa straż policyjna tropiła uciekającego w kierunku oberży niebezpiecznego przemytnika. To było także wielkie zdarzenie jej życia — może najważniejsze aż do nocy dzisiejszej — przełomowe w iei losach. Jeszcze wzdryga się w tei chwili wspomnieniem. sądziła, że to jej Roggers „wpadł“. Ale to był ktoś inny — jej rodak, francuz, podobnie, jak gość wczorajszy — jeno nie taki „wielki pan“ i nie tak młody, jak ten. Biedak! był ranny w rękę. Gdyby go wtedy nie była przygarnęła, przechowała, opatrzyła jego ranę i cudownie pomogła w ucieczce — kto wie, coby się było z nim stało?... Może powiesiliby go, jak Roggersa, który na jej życzenie przewiózł ściganego przez władze angielskie na brzeg francuski. Wrócił z niebezpiecznej wyprawy w swojej kruchej łodzi — uniknął śmierci w rozkołysanych przez burze falach; ale wpadł w ręce tych siepaczy-anglików i odpokutował za ów czyn. Powiedziano, że ratował szpiega. Zresztą już dawno miano nań chrapkę: był przecie głową kontrabandy na tym brzegu.
Ostra gorycz wspomnień przenika jej duszę. Coś ukłuło ją w serce. Nie jest w stanie usiedzieć w izdebce na łóżku. Narzuciła przez głowę spódnicę, otuliła się w chustę — dar Roggersa, przytrzymała ją na rozchełstanej koszuli, przez której otwór prężą się młode piersi — i cicho, ostrożnie, wyszła na próg gospody.
Nasłuchuje. Może ozwie się strzał ponowny, jak wtedy. Może usłyszy znowu krzyk nieszczęśliwego, potrzebującego pomocy. Pomoże mu chętnie na złość tym gończym psom angielskim.
Nie! na drodze nie słychać niczyich kroków ni krzyków. Jeno wicher szumi, kołysząc wierzchołkami jodeł i sosen. I morze płacze z tamtej strony gospody gdzieś na dole...
Stanęła w progu — wypatruje oczy w ciemność — żegna się szybko ręką po każdem błyśnięciu — i skrótem myśli ogarnia ów dziwny przypadek z przed czterech miesięcy, który wywarł tak wielki wpływ na jej losy... aż do dzisiejszego wieczora.
Chce się jej naraz śmiać. Jakie to było zabawne! Ów człowiek schował się w jej łóżku pod siennikiem — musiała przytłoczyć go ciężarem swego ciała, udać zaspaną, zbudzoną ze snu, kiedy strażnicy wpadli do oberży, przetrząsnęli wszystkie jej kąty, wdarli się do jej izdebki. Jakże sprytnie ich oszukała, klnąc, że ją budzą po nocy. Wynieśli się, przekonani, iż zmyliły ich ślady. Poszli sobie, hukając po lesie z pistoletów. A wtedy zawezwała Roggersa, stojącego tej nocy na czatach przestępnych na wybrzeżu. Nieznajomy, który drżał jak w febrze, dał mu wówczas kilka sztuk złota... I Roggers sprowadził go ostrożnie wdół do swojej łodzi...
Jak nazywał się ów ocalony?
Przy pożegnaniu wymienił jej swoje nazwisko. Ale jaką ona ma kurzą pamięć! Wyszło jej z pamięci. Co za szkoda! Przecie zapowiedział, że gdyby kiedyś przybyła do Paryża, może rachować na jego pomoc...
Zapomniała!... Śmierć Roggersa zagłuszyła wszystkie jej wspomnienia. Okropna śmierć — na szubienicy! Może nietyle z miłości, ile z tego względu, iż uważała siebie poniekąd za winną jego śmierci — włożyła wówczas na siebie ślub czystości.
I wytrzymała długo — aż cztery miesiące, aż do owej chwili wczorajszej, gdy on — ten prześliczny młodzian i wielki pan („z pewnością książę) kiwnął na nią palcem. Ach, radaby zostać jego niewolnicą! Ale kazał jej odejść — powiedział, że musi przespać się, bo czeka go długa — długa podróż.
— Dokąd? — spytała.
Ach, jak rzewnie spojrzał na nią, odpowiadaiąc:
— Jutro się dowiesz.
Dodał nawet:
— Wątpię, czy tam, dokąd idę, znajdę taką śliczną i dobrą dziewczynę, jaką ty jesteś.
Ona wie, że całując ją na pożegnanie, żartował temi słowy:
— Tak rozkosznego pocałunku już nigdy nie zaznam. Dziękuję, ci, dziewczyno, za to, coś uczyniła dla mnie...
To był żart, ale jakże on słodko to powiedział — śmiał się przytem do łez...
Westchnęła na progu — rzuciła w pomrokę słowo ciche, namiętne: „mój panicz, mój kochany“ — i powróciła do izby, aby rzucić się ponownie na łóżko.
Wkrótce zasnęła snem twardym.
Nie słyszała grzmotów przeciągającej burzy, szumu ulewy... We śnie była znowu z nim — z tym dziwnym podróżnym, który przybył niewiadomo skąd i miał odjechać rankiem nazawsze... niewiadomo dokąd!...
Obudziła ją gospodyni w zwykły sobie szorstki sposób.
— Wstawaj, leninchu, zanieś gościowi z góry śniadanie... i przeproś, że nie możemy dać mu dłużej pokoju, bo szeryf i pastor lada chwilę przybędą.
— Wie o tem. Obiecał wcześnie odjechać.
— Gdyby chciał pozostać, może zatrzymać się w izbie ogólnej... choć tu nie jest tak czysto.
— Ależ... akurat on tu u was pozostanie!...
— No, prędzej... Ubierz-że się... i uczesz. Przygotowałam już kawę. Nie mogłam dobudzić się ciebie, próżniaku, śpisz jak suseł. Zaniesiesz też gościowi rachunek. Weź srebrną tacę — będzie można mu policzyć porządnie za noc...
A zwracając się od progu wgłąb oberży, krzyczała ostro do męża:
— No stary... wypisałeś już rachunek?
— Gotów — ozwał się czyjś głos zaspany po długiem ziewnięciu.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Po chwili Anna Teresa niosła po schodach na piętro posrebrzaną tacę z imbrykiem, pełnym kawy, z filiżanką, cukierniczką i rachunkiem.
Za chwilę gospodyni ujrzała ją, zbiegającą, z obłąkanemi oczyma, z rękoma, podniesionemi do zwichrzonych włosów, coś bełkocącą krzykliwym głosem:
— Co się stało? — zapytała, zarażając się jej przerażeniem.
— Co się stało? — powtórzył gospodarz, wpółubrany, zjawiając się w sieni.
Teresie przestrach zaparł dech w piersi... Ledwie zdołała wyjąkać:
— Zabił się... Jezus Maria!... Zabił się...
I wybuchnęła okrutnym płaczem.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Za moment wszystko troje znajdowali się w górnym pokoju.
Samobójca leżał całkiem ubrany na skórzanej kanapie.
Głowa jego — przedziwnie piękna — zwisała mu bezwładnie przez drewniane oparcie. Ze skroni ciekła wąska struga krwi. Twarz była pogodna. Tylko oczy martwe, szklane, tylko rozwarte, blade usta mówiły o zaszłej tragedji. Tuż obok trupa leżący na wypłowiałym dywanie u zwieszonej sztywnej prawej ręki pistolet był również wymownem jej świadectwem.
Anna Teresa klękła przy zwłokach. Zawodziła żałośnie. Nie mogła dość nasycić się widokiem pięknej twarzy tego wytwornie odzianego pana. Jęczała:
— Ach dlaczego pan to uczynił?
I ze zgrozą patrzyła na bryzgi krwi, które padły na śnieżny żabot samobójcy i plusnęły kilku wąskiemi plamami na obrus i na malowaną blado-niebieską ścianę.
Gospodarz stał bezradny, posępny, przy okrągłym stole i gapił się na pozostawione przez zmarłego sakiewkę i list.
Gospodyni już uprzątnęła rozbite szkło, wzruszając gniewnie ramionami:
— Takie świństwo zrobić porządnemu hotelowi!... To trzeba być ostatnim gałganem... Teraz ludzie będą uciekali od naszej gospody, jak od zapowietrzonej. Rychło czekać a duch będzie u nas straszył... Ale czego ta dziewka wrzeszczy, jak opętana?... Toć nie krewny, ani przyjaciel...
Ot, ścierka jakaś. Nie darmo zasiedziała się u niego wczoraj w noc — widziałam to, ale przymknęłam oczy. A teraz to wyje, jak po kochanku. Przez jedną noc przywiązała się — suka!
Anna słyszała jej słowa — lecz pełna żałości nie odpowiedziała, szlochając bez ustanku.
Naraz gospodyni przykrzyknęła na męża:
— Niedołęgo! Czemuś wybałuszył ślepia? Myślę, że musimy nagrodzić sobie stratę... Woreczek pełny. Po sprawiedliwości Bożej i ludzkiej winniśmy sobie część dobra po nim zabrać.. Toć nas ten umrzyk przyprawił o ruinę...
— Ba — mruczał niezbyt opornie mąż — a jeżeli on tu w tym liście napisał, komu i ile zostawia... toż możemy trafić do więzienia najpierwszym etapem... a bodaj i na szubienicę.
— To przeczytaj, błaźnie.
— Nie mogę. Pisze po francusku.
— No. to zabierz, idioto, list... Teresa zaświadczy, że zabił się sam i nie zostawił ani papierów, ani gotówki.
Rudy John, zawsze posłuszny żonie, wysypał na stół złoto z sakiewki; zamierzał zgarnąć je w połę kaftana; równocześnie sięgnął po list, aby go zeskamotować, gdy nagle Teresa porwała się z kolan — poskoczyła ku stołowi — i krzyknęła głosem pełnym rozpaczy i energii:
— Hyjeny! nie pozwolę wam ograbić nieboszczyka.
Położyła obie ręce na dokumencie i na sakiewce.
Rudy John cofnął się, pytająco patrząc na żonę.
— Czego czekasz? — wrzasnęła megera — zabierz to, co nam sam Bóg daje w łapy. A jej zaknebluje się gębę i będzie milczała. Ostatecznie znajdzie się na nią bat, jeżeli nie zrozumie, głupia! swojej własnej korzyści. Przecie podzielimy się z tobą, Teresko! No!... bądźże rozsądna!
— Nie pozwolę!... nie pozwolę!! — krzyczała dziewczyna, cisnąc rękoma kupkę pieniędzy i list. Oczy jej świeciły groźnie. Widać było, że bez walki nie da uczynić krzywdy woli zmarłego...
John szedł już ku niej, popychany wzrokiem przez żonę, która oniemiała z przerażenia na zuchwały opór swojej sługi...
Niewiadomo, czem by się ten spór zakończył, gdyby na schodach nie dały się słyszeć czyjeś ciężkie kroki i kaszel.
Wstępował na górę szeryf. Za nim szedł, chrząkając i pokasłując, starowina pastor.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Leopold Blumental.