Pani Dubarry/Część I/Rozdział XIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Leo Belmont
Tytuł Pani Dubarry
Podtytuł Miłośnica królewska
Rozdział Stajnia pani La Garde
Pochodzenie Od kolebki do gilotyny
Data wydania 1927
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Renaissance“
Druk Zakłady Graficzne E. i D-ra K. Koziańskich
Miejsce wyd. Warszawa — Poznań — Kraków — Lwów — Stanisławów
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część I
Pobierz jako: Pobierz Cała część I jako ePub Pobierz Cała część I jako PDF Pobierz Cała część I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XIII.
Stajnia pani La Garde.

Gdyby jednak pani Teresa powróciła w tetminie miesięcznym, nie zastałaby już córki na świetnem miejscu u pani La Garde. Wprawdzie dama ta nie zamęczała jej pracą; przeciwnie na tym punkcie była niewymagającą, obchodziła się z nią dobrze, obsypywała drobnemi prezentami i przyrzekła nawet, że kiedy ukończą się ferje teatralne i pan Gomard powróci z nowemi siłami, organizowanemi na prowincji dla zabawy arystokratycznych widzów, Joasia otrzyma rolę pierwszej statystki. Ale warunki ułożyły się w sposób zawilszy, niż wymagało tego usposobienie Joanny Rançon, czy Lanson — jak przezywała się teraz.
Pani La Garde była osobą znudzoną, zblazowaną, nieco zmęczoną życiem, do czego przyczyniła się okoliczność, że czterykrotnie wychodziła zamąż, w tej liczbie trzykroć za przyjaciół mężowskich, trzy razy się rozwodziła, pogrzebała czwartego męża, po którym zostało dwóch synów. O ile nie była zmęczoną, pieściła swoich dwóch chłopców, targając im czupryny, lub dając się całować po niedbale opuszczonych rękach. Kłopoty teatru zdała całkowicie na Gomarda. Dom jej był świecącą nędzą, lub nagle zyskiwał dochody z niewiadomych źródeł, które znikały tak szybko, jak przychodziły.
Pierwszego dnia wstąpienia Joasi na służbę, przywołała ją do siebie i nieco wyniośle, acz z akcentem łagodności w głosie rzekła:
— Jesteś Śliczna. Miej na uwadze, że mam dwóch dorastających synów. François ma 18, Charles 15 lat. Jest to wiek niebezpieczny. Mam nadzieję, że potrafisz zachować się właściwie wobec moich chłopców, którzy jeszcze nie znają miłości. Pilnowałam ich dotąd...
— Postaram się — rzekła Joasia, całując czcigodnej damie ręce.
W trzy dni potem Joanna poprosiła panią La Garde o poufną audjencję.
— Proszę pani, nie chciałabym się skarżyć, ale François napastuje mnie brzydko.
— W porządku. Ma przecie 18 lat.
— Tak... ale chciałabym poprosić o klucz do sypialni, lub o zrobienie zasuwki.
— Po co?
— Po to, że... zapowiedział, iż złoży mi wizytę w nocy.
— Ależ, kochanie! powiedziałam ci, że to jest wiek niebezpieczny.
— Pani mówiła też, że on nie zna miłości.
— Nie zna. I powinien ją poznać. Wcale sobie nie życzę, aby się narażał za domem. Sądziłam, biorąc ciebie z polecenia pana Gomard, że będziesz rozsądną i zrozumiesz, co się dzieje w duszy młodego chłopca. Przypuszczam, że nie jesteś zepsutą... i że synowi memu nic nie zagrozi w stosunkach z tobą.
Joanna zaczerwieniła się.
— Ależ proszę pani, przecież to...
— Jest najśliczniejszym wynalazkiem Opatrzności, którego ludzie nie powinni poprawiać.
— Jednak... podobno... można mieć z tego dziecko.
— Tu jest maleńki błąd Opatrzności, o ile ktoś sobie tego akurat nie życzy. Ale tu już mądrość ludzka stworzyła środki naprawy. Mam nadzieję, że na ten raz zrozumiałaś mnie. Możesz odejść, kochane dziecko. Chce mi się spać. Przekonasz się, że François jest miłym chłopcem.
Pocałowała ją w czoło i odwróciła się na kanapce do ściany.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

W tydzień potem Joanna znowu poprosiła panią La Garde o rozmowę w cztery oczy.
— Proszę pani, z François jest wszystko dobrze.
— Owszem. Wiem o tem. Ma bardzo szczęśliwe oczy. Głuptasek kryje się przedemną ze swoją tajemnicą. Nie chcę mu odbierać złudzeń, że sam jeden jest panem swej tajemnicy.
Continuez!... Możesz odejść.
— Ale proszę pani... Nie chciałabym, aby pani miała żal do mnie, że psuję drugiego jej syna. Charles okropnie mnie napastuje. Niech pani go upomni.
— Charles?!... Już?!... He! he! he! To zabawne. Idzie zatem w ślady starszego brata.
— Podpatrzył nas.. Bęben! Ma dopiero 15 lat, a nie daje mi przejść.
— Widać ma gorętszy temperament od starszego. 15 lat i już... Hi! hi! hi!
— Co mam zrobić?
— Nie przeszkadzać. Natura jest mędrsza od nas wszystkich. Wie, czego chce. Możesz odejść, kochanie. Będę spała. Charles jest także miły chłopiec. Podwajam ci gażę.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

W tydzień potem zaszedł nocą w pokoiku Joanny na górze niebywały skandal. Dwaj bracia formalnie stoczyli pojedynek na jej pościeli. Poranili się scyzorykami — zabryzgali krwią jej poduszki. Joanna przerażona wtuliła się w kąt. Straciła dech i głos. Było ciemno. Ale czuła, że zsunęli się na podłogę i zadają sobie ciosy. Słyszała, jak dwa splecione uściskiem wściekłości ciała spadały kłębkiem po schodach.
Obaj triumfowali. Żaden nie oddał Joanny tej nocy drugiemu. Jednak zjawili się na śniadaniu trochę zgnębieni, ze szramami i plastrami na policzkach i czole.
Pani La Garde zawezwała Jose i rzekła do niej surowo:
— Sądziłam, że masz więcej rozsądku i... taktu kobiecego, że potrafisz sama uregulować noce i godziny dla chłopców i nie doprowadzisz do gorszącej zwady między braćmi. Jesteś jednak głupia! Odtąd ja będę rządzić podziałem... Dopóki nie przyjedzie mój najstarszy Syn, Louis, którego spodziewam się za tydzień. On zaprowadzi porządek. Możesz pójść do siebie na górę. Jestem śpiąca. A Louis jest też miły chłopiec. A propòs... potroję ci gażę.
Wówczas słodka Joanna popadła nagle we wściekłość.
— Nie potrzebuję pani gaży!... Odchodzę — całkiem odchodzę!... Mój Boże!... To jest nieludzkość... To świństwo!
— Co-o takiego? — zdziwiła się dama. Czy chłopcy moi nie ofiarowali ci prezentów?
— Gwidżdżę na prezenty! Oddam wszystkie! Precz z tem — zdzierała z palców i szyi naszyiniki z fałszywych pereł i pierścionki z taniemi kamykami.
— Czyś oszalała, dziewczyno? — napoły podniosła się dama z haftowanych poduszek.
— Nie!.. to pani oszalała... Zamęczyli mnie ci dwaj paskudnicy. Pozwalałam na wszystko, bo i tak... już mnie popsuto. To mi nie było siebie żal. Ale to już przechodzi miarę cierpliwości. Niech pani weźmie klacz dla swoich ogierów. To stajnia — a nie dom porządny!
— Milcz! — krzyknęła zdumiona dama groźnie. Powinnam oddać cię w ręce policji obyczajowej. Przez ciebie moje śliczne chłopaki poraniły się.
— A niech się porżną na jatki... Razem z panią!... drwię sobie z was wszystkich...
I w zapamiętałym gniewie wywróciła stoliczek, stojący przy kanapce, wylewając imbryk z gorącą mokką na ręce i szlafroczek pani La Garde. Poparzyła ją i poplamiła jej strój...
Tego dnia Joanna opuściła służbę u pani La Garde.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Leopold Blumental.