Pani Dubarry/Część I/Rozdział XIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Leo Belmont
Tytuł Pani Dubarry
Podtytuł Miłośnica królewska
Rozdział W magazynie mód pana Labille
Pochodzenie Od kolebki do gilotyny
Data wydania 1927
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Renaissance“
Druk Zakłady Graficzne E. i D-ra K. Koziańskich
Miejsce wyd. Warszawa — Poznań — Kraków — Lwów — Stanisławów
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część I
Pobierz jako: Pobierz Cała część I jako ePub Pobierz Cała część I jako PDF Pobierz Cała część I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

ROZDZIAŁ XIV.
W magazynie mód pana Labille.

Znalazła się znowu na bruku. W tej epoce życie jej ciemnieje — literalnie i przenośnie. To jest: źródła historyczne odmawiają wiadomości o mnóstwie jej przygód; źródła fantazji nie chcą płynąć w tę stronę. Słusznie powiadają jej biografowie, że w zawodzie sprzedawczyni ulicznej, który sobie obrała z musu, pod stałą groźbą nędzy i przy stałem zarzucaniu na ponętne dziewczątko sieci pokus przez mało skrupulatnych mężczyzn — byłoby bohaterstwem, gdyby zachowała cnotę nieskazitelną.
Wszelako niektórzy przeczą, iżby zeszła zgoła na stopień dziewki, sprzedającej bez wyboru swoje ciało każdemu, kto chciał zapłacić. Jest prawdopodobniejszem, że zachowała pewną rezerwę i wybredność. Ulegała nagabywaniom męskim, powodując się zawsze sympatją. Walczyła heroicznie z losem, aby nie oddawać łask swoich na pierwsze kiwnięcie. Instynkt nakazywał jej drożyć się sobą: — zdobywali ją tylko ludzie wykwintni, potrafiący prócz złota obsypać ją czułemi i dowcipnemi słówkami. Okazywała smak w miłostkach przygodnych.
Było w niej coś niezmiernie oryginalnego. Przedwczesny rozwój form kobiecych zatrzymał się nagle. Sprawiała zawsze jeszcze wrażenie podlotka — prawie dziecka; stąd łaszczyli się na nią najbardziej postarzali lowelasi, rozpustni smakosze niedojrzałych owoców, którzy nie mogli się jej podobać i nauczyli ją wartościować uciechy, w których sama nie brała udziału. Być może, niegodziwy zamach Gonziera na jej dziecinną urodę zaszkodził jej organizmowi, zatrzymał piękny rozwój, sparaliżował serce i zmysły.
Doświadczenie z paniczami La Garde nie przyczyniło się do obudzenia serca i zmysłów. W gruncie rzeczy byli to źrebcy — brutale. To, co czynili z nią, było łobuzerką. Wydzierali ją sobie, jak zabawkę, w której nie podejrzewali duszy. Sami jej jeszcze nie mieli. W szesnastym roku życia miała pewność, że życie płciowe jest czemś obrzydliwem, co sprawia przyjemność tylko mężczyznom, ponieważ są z natury — jak mówiła jej przyjaciółka, świniami! Sprawiając im rozkosz, poświęcała się. Tedy przekonaną była, że powinna być dobrze nagradzaną za przykrość, jakiej poddawała się, ustępując ich żądzy.
Na tej drodze urastała jej naiwna chciwość, czerpiąca tajne soki w korzeniach pochodzenia z rodu chłopów Bretońskich. Odziedziczyła ją po matce, na szczęście razem z pewną wybrednością. Ta ostatnia urosła w niej wyżej, wymagała w przygodnych stosunkach płatnych wykwintu; w jej krwi po ojcu żył arystokratyzm upodobań; wychowanie w domu Fryderyki podnieciło zamiłowanie wygód i zbytku.
Temperament, jako dziedzictwo podwójne po namiętnej Teresie Béqus i goniącym za miłosnemi awanturkami nieznanym ojcu — miał się dopiero później obudzić.
Z czasem miało zabić żywem uczuciem serce — i to nie jeden raz w życiu.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Jeden z jej przygodnych przyjaciół, pan Lavauvenardière, który nawet przywiązał się do niej na pewien czas, ocenił obojętność płciową dziewczęcia i żałował jej podwójnie: w jej smutnej roli handlarki i w dodatkowem bolesnem rzemiośle. Wystarał się dla niej o miejsce w wielkim magazynie mód u pana Labille przy ulicy Saint-Honoré. Jak bardzo szczęśliwą czuła się jej dziecinna dusza wobec tej zmiany losu świadczą listy jej do matki, pisane z potrzeby serca w nadziei, że uzyska jej adres — nigdy nie wysyłane. Oto ustęp z jednego z nich — dosłowny:
„Jest mi dobrze w tym domu. Pan i pani Labille okazują mi wiele przyjaźni. Codzień przychodzą tutaj znakomici panowie i świetne panie. Nie jestem w stanie napatrzeć się dosyta tylu pięknych rzeczy. Jest mi tylko przykro, że nie jestem tak wystrojona, jak moje towarzyszki w sklepie. Ale one powiadają, że jeżeli będę mądra, to mogę tyle zarabiać, co i one“.
W samej rzeczy do magazynu zgłosiła się pani Gourdan, która na krętych drogach przeobraziła się w bogatą i „wielką damę“ (czytaj: kuplerkę) i przychodziła, aby ją zwerbować do siebie. Joanna dała zaprosić się przez nią na obiad, ale nie zgodziła się na propozycję pójścia z nią do pewnego wielkiego pana, czując się na razie zadowoloną ze swego zajęcia — modystki. Wszelako wyobraźnia podyktowała jej dopisek w przytoczonym wyżej liście:
„Jestem pewna, że niezawsze będę tak biedną, jak jestem teraz. A jeżeli będę bardzo bogata, to i ty będziesz bardzo bogata. Twoja córka Marja Joanna Lançon.“
Była szczęśliwą, oglądając od rana do nocy w magazynie pana Labille damy w towarzystwie wykwintnych kawalerów, schodzące się tutaj dla kupna pięknych rzeczy i dla tajnego flirtu w zamkniętym saloniku na piętrze; szczęśliwsza, uciuławszy sobie forsowną oszczędnością z gaży paromiesięcznej pewną sumkę na wachlarz, słomkowy kapelusz z aksamitkami i kwieciem — strojne dodatki do lekkiej muślinowej sukienki, którą uszyła sobie sama, pracując po nocach. W tym stroju lekkim krokiem stąpała po ulicach Paryża, zanosząc w pudełkach wytwornym klientkom pana Labille zamówione rzeczy, wysłuchując od nich słowa zachwytu nad swoją buzią „laleczki“ i otrzymując drobne monety za usługę — pożądane dodatki do gaży.
Gracją chodu sprawiała wrażenie gazelli. Przechodnie wypatrywali na nią oczy. Niejeden przyśpieszał kroku i wabił ją. Uciekała, oglądając się i pokazując mu języczek...


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Leopold Blumental.