Pan Wołodyjowski/Rozdział XV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Henryk Sienkiewicz
Tytuł Pan Wołodyjowski
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wydawnictwo Zakładu Narodowego Imienia Ossolińskich
Drukarz Drukarnia Zakładu Narodowego Imienia Ossolińskich we Lwowie
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa — Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron

ROZDZIAŁ  XV.


Nazajutrz dzień była już Krzysia spokojniejsza, albowiem wśród poplątanych ścieżek i manowców wybrała sobie drogę ciężką niezmiernie, ale nie błędną. Wstępując na nią, wiedziała przynajmniej dokąd dojdzie. Przedewszystkiem jednak postanowiła widzieć się z Ketlingiem i rozmówić się z nim po raz ostatni, aby go od wszelkiej przygody zasłonić. Przyszło jej to niełatwo, bo Ketling nie pokazał się przez kilka następnych dni i na noc nie wracał.
Krzysia poczęła wstawać do dnia i chodzić do pobliskiego kościoła Dominikanów w tej nadziei, że któregokolwiek ranka spotka go i rozmówi się z nim bez świadków.
Jakoż w kilka dni później spotkała go w samej bramie. On, spostrzegłszy ją, zdjął kapelusz i schyliwszy w milczeniu głowę, stał bez ruchu; twarz miał zmęczoną bezsennością i cierpieniem, oczy zapadłe, na skroniach złotawe piętna; delikatna cera jego stała się woskową i wyglądał poprostu jak cudny kwiat, który więdnie. Krzysi na ten widok rozdarło się na dwoje serce, więc choć każdy krok stanowczy kosztował ją bardzo wiele, bo z natury była nieśmiałą, jednak pierwsza wyciągnęła doń rękę i rzekła:
— Niech waćpana Bóg pocieszy i ześle zapomnienie.
Ketling wziął jej rękę i przyłożył do rozpalonego czoła, potem do ust, do których przyciskał ją długo i z całej mocy, wreszcie ozwał się głosem pełnym śmiertelnego smutku i rezygnacyi.
— Niemasz dla mnie pociechy, ni zapomnienia!…
Była chwila, że Krzysia potrzebowała całej mocy nad sobą, by nie zarzucić mu z żalu rąk na szyję i nie zakrzyknąć: „Kocham cię nad wszystko! bierz mię!“ Czuła, że jeśli porwie ją płacz, to ona tak uczyni; więc długi czas stała przed nim w milczeniu, pasując się ze łzami. Jednak się wreszcie zmogła i poczęła mówić spokojnie, chociaż bardzo prędko, bo tchu jej brakło:
— Możeć to przyniesie jakowąś ulgę, gdy powiem że nie będę niczyją… Idę za kratę… Waćpan mnie nigdy nie sądź źle, bom i tak już nieszczęśliwa! Waćpan mi przyrzeknij, daj mi parol, że się z afektu dla mnie nie spuścisz nikomu… że się nie przyznasz… że tego, co było, nie odkryjesz ni przyjacielowi, ni krewnemu. To moja ostatnia prośba. Przyjdzie ten czas, że waćpan będziesz wiedział, dlaczego to czynię… Ale i wtedy miej wyrozumienie. Dziś nie powiem więcej, bo od żalu zgoła nie mogę. Waćpan mi to przyrzeknij, to mnie pocieszysz, a inaczej, chyba zamrę.
— Przyrzekam i parol daję! — odpowiedział Ketling.
— Bóg waćpanu zapłać, a ja z całego serca dziękuję! Ale i przy ludziach spokojną twarz pokazuj, by się kto czego nie domyślił. Czas mi odejść. Waćpan jesteś taki dobry, że słów brak. Odtąd już się osobno nie będziem widzieli, jeno przy ludziach. Powiedz-że mi jeszcze, że do mnie urazy nie chowasz… Bo męka co innego, a uraza co innego… Bogu mnie ustępujesz, nie komu innemu… pamiętaj!
Ketling chciał coś przemówić, ale że cierpiał nad miarę, więc tylko jakieś niewyraźne dźwięki, podobne do jęczenia, wyszły z jego ust; następnie dotknął palcami Krzysinych skroni i trzymał je tak czas jakiś, na znak, że jej przebacza i że ją błogosławi.
Poczem się rozstali; ona poszła do kościoła, a on znów w ulicę, by nie spotkać się z kim ze znajomych w gospodzie.
Krzysia wróciła dopiero w południe, a wróciwszy znalazła znamienitego gościa: byłto ksiądz podkanclerzy Olszowski. Przyjechał on niespodzianie w odwiedziny do pana Zagłoby, pragnąc, jak sam powiadał, poznać tak wielkiego kawalera: „którego przewagi wojenne są wzorem, a rozum przewodnikiem dla całego rycerstwa w tej wspaniałej Rzeczypospolitej.“
Pan Zagłoba był poprawdzie wielce zdumiony, lecz niemniej kontent, że go tak wielki honor wobec niewiast spotyka; puszył się więc niezmiernie, czerwienił, pocił, a jednocześnie starał się okazać pani stolnikowej, iż przywykł do podobnych odwiedzin ze strony największych dostojników w kraju i że nic sobie z nich nie robi.
Krzysia przedstawiona prałatowi i ucałowawszy pokornie jego ręce, usiadła przy Basi, rada, że nikt na jej twarzy śladu niedawnych wzruszeń nie wyczyta.
Tymczasem ksiądz podkanclerzy obsypywał pochwałami pana Zagłobę tak obficie i tak łatwo, iż zdawało się, że coraz nowe ich zapasy wydobywał ze swych fioletowych, poobszywanych koronkami rękawów.
— Waszmość nie myśl — mówił — iż mnie tu sama ciekawość poznania pierwszego między rycerstwem męża przygnała, bo jakkolwiek podziw słusznym jest dla bohaterów hołdem, jednakże, gdzie obok męstwa, eksperyencye i bystry rozum sedes sobie obrały, tam ludzie i dla własnej korzyści odprawować zwykli pielgrzymki.
— Eksperyencya — rzekł skromnie pan Zagłoba — szczególnie w wojennem rzemiośle z samym wiekiem przyjść musiała, i może dlatego jeszcze nieboszczyk pan Koniecpolski, ojciec chorążego, czasem o radę mnie pytał, potem zaś i pan Mikołaj Potocki i książę Jeremi Wiśniowiecki i pan Sapieha i pan Czarniecki, ale co do przezwiska: Ulisses, temu się zawsze przez modestyę oponowałem.
— A jednak tak ono z waścią związane, że czasem i prawdziwego nazwiska ktoś nie powie, jeno rzeknie: „nasz Ulisses“ i wszyscy wraz odgadną, kogo orator chciał wyrazić. Więc też w dzisiejszych trudnych a przewrotnych czasach, gdy nie jeden waha się w umyśle i nie wie, gdzie ma się obrócić, przy kim stanąć, rzekłem sobie: „Pójdę! zdania wysłucham, wątpliwości się pozbędę, światłą radą się oświecę.“ Zgadujesz waszmość, iż o bliskiej elekcyi chcę mówić, wobec której każda censura candidatorum ku czemuś dobremu przywieść może, a cóż dopiero taka, która z ust waszmościowych wypłynie. Słyszałem już między rycerstwem, z największym aplauzem powtarzane, że waść nierad owych cudzoziemców widzisz, którzy się na nasz tron wspaniały cisną. W żyłach Wazów (miałeś waszmość powiedzieć) płynęła krew jagiellońska, przeto za obcych nie mogli być uważani, ale ci cudzoziemcy (miałeś waszmość powiedzieć) ani naszych staropolskich obyczajów nie znają, ani naszych wolności uszanować nie potrafią i łatwo absolutum dominum wyniknąć ztąd może. Przyznaję waszmości, że głębokie to słowa, ale wybacz, jeżeli spytam: zali istotnie je wypowiedziałeś, czyli też opinia publica wszystkie głębsze sentencye tobie w pierwszym rzędzie, ze zwyczaju już przypisuje?
— Świadkiem te białogłowy — odpowiedział Zagłoba, — a choć niestosowna to dla nich materya, niechaj mówią, skoro Opatrzność w niezbadanych swych wyrokach dar mowy na równi z nami im przyznała!
Ksiądz podkanclerzy mimowoli spojrzał na panią Makowiecką, a następnie na dwie przytulone do siebie panienki.
Nastała chwila ciszy.
Nagle rozległ się srebrzysty głos Basi:
— Ja nie słyszałam!
Zaczem Basia zmieszała się okrutnie i zaczerwieniła się po same uszy, zwłaszcza, że pan Zagłoba zaraz rzekł:
— Wybacz wasza dostojność! Młode to, więc płoche! Ale quod attinet kandydatów, nieraz mówiłem, że na tych cudzoziemców będzie płakała wolność polska.
— Boję się i ja tego — odparł ksiądz Olszowski — ale choćbyśmy chcieli jakowegoś Piasta, krew z krwi, kość z kości naszych, obrać, powiedz waszmość, w którą stronę serca nasze zwrócić się mają? Sama waszmościna myśl o Piaście jest wielka i jako płomień szerzy się po kraju, bo słyszę, że wszędy na sejmikach, gdzie jeno korupcyi nie pobrano, jeden głos słychać: Piast! Piast!…
— Słusznie! słusznie! — przerwał Zagłoba.
— Wszelako — ciągnął dalej podkanclerzy — łatwiej jest obwoływać Piasta, niż tak pożądanego znaleźć, więc nie dziwuj się waszmość, że się spytam: kogo miałeś na myśli?
— Kogo miałem na myśli? — powtórzył nieco zakłopotany Zagłoba.
I wysunąwszy wargę zmarszczył brwi. Ciężko mu było zdobyć się na prędką odpowiedź, bo dotychczas nietylko nikogo nie miał na myśli, ale wogóle nie miał wcale i tych myśli, które zręczny ksiądz podkanclerzy już mu był wmówił. Zresztą sam wiedział o tem i rozumiał, że podkanclerzy ciągnie go w jakowąś stronę, ale umyślnie ciągnąć się pozwolił, bo mu to pochlebiało wielce.
— Twierdziłem tylko in principio, że nam potrzeba Piasta — odrzekł wreszcie — ale co prawda, tom nikogo dotąd nie wymienił.
— Słyszałem o ambitnych zamiarach księcia Bogusława Radziwiłła! — mruknął, jakoby sam do siebie, ksiądz Olszowski.
— Póki tchu w nozdrzach moich, póki ostatnia kropla krwi w piersi — zawołał z siłą głębokiego przekonania Zagłoba — nic z tego! Żyćbym w tak pohańbionym narodzie nie chciał, któryby zdrajcę i Judasza swego królem w nagrodę kreował!
— Głos to nietylko rozumu, ale i obywatelskiej cnoty! — mruknął znów podkanclerzy.
— Ha! — pomyślał Zagłoba — chcesz ty mnie pociągnąć, pociągnę ja ciebie.
Na to znów Olszowski:
— Kędyż tedy zapłyniesz, skołatana nawo ojczyzny mojej! Jakież cię burze, jakież cię skały czekają? Zaprawdę, źle będzie, gdy cudzoziemiec sternikiem twoim zostanie, ale widać tak musi być, gdy niemasz między twymi synami godniejszego!
Tu rozłożył białe ręce, zdobne błyszczącemi pierścieniami, i schyliwszy głowę, rzekł z rezygnacyą:
— Zatem Kondeusz, Lotaryńczyk lub książę Neyburski?… Niemasz innej rady!
— Nie może być! Piast! — odpowiedział Zagłoba.
— Kto? — spytał ksiądz.
I nastało milczenie.
Zaczem znów zabrał głos podkanclerzy:
— Czy jest aby jeden, na którego zgodziliby się wszyscy? Gdzie jest taki, któryby odrazu tak przypadł rycerstwu do serca, by nikt nie śmiał przeciw wyborowi jego szemrać?… Był jeden taki, największy, najzasłużeńszy, twój, zacny rycerzu, przyjaciel, który w sławie, jak w słońcu, chodził… Był taki…
— Książę Jeremi Wiśniowiecki! — przerwał Zagłoba.
— Tak jest. Ale on w grobie…
— Żyje syn jego! — odpowiedział Zagłoba.
Podkanclerzy zmrużył oczy i siedział czas jakiś w milczeniu; nagle podniósł głowę, spojrzał na pana Zagłobę i począł mówić zwolna:
— Dziękuję Bogu, że mnie natchnął myślą poznania waszmości. Tak jest! żywie syn wielkiego Jeremiego, młode i pełne nadziei książę, względem którego ma Rzeczpospolita nieuiszczony dotąd dług do spłacenia. Ale z olbrzymiej fortuny nic mu nie zostało, jeno sława, jako jedyna spuścizna. Więc w dzisiejszych zepsutych czasach, gdy każdy oczy tylko tam kieruje, gdzie je złoto przyciąga, kto wymówi jego imię, kto będzie miał odwagę jego kandydaturę postawić? Waćpan? — tak. Zali jednak znajdzie się takich wielu? Nie dziwno, że ten, komu wiek życia w bohaterskich zapasach na wszystkich polach przeminął, nie ulęknie się i na elekcyjnem polu hołd głośno słuszności oddać… Ale czy inni pójdą za nim?…
Tu podkanclerzy zamyślił się, poczem wzniósł oczy i dalej mówił:
— Bóg nad wszystkich mocniejszy. Kto wie, jakie są Jego wyroki? kto wie? Skoro pomyślę, jak całe rycerstwo wierzy i ufa waćpanu, zaprawdę spostrzegam ze zdumieniem, że jakowaś nadzieja wstępuje mi w serce. Powiedz mi waćpan szczerze, zali niepodobieństwa istniały dla cię kiedykolwiek?
— Nigdy! — odrzekł z przekonaniem Zagłoba.
— Zbyt ostro jednak tej kandydatury stawiać odrazu nie należy. Niech się to imię o uszy ludzkie obija, ale niech nie wydaje się przeciwnikom zbyt groźne; niech lepiej śmieją się i szydzą, by zbyt silnych nie stawili impedimentów… Może też Bóg da, że nagle wypłynie, gdy tamte partye wzajem zniweczą swoje zabiegi… Toruj mu waszmość zwolna drogę i nie ustawaj w pracy, bo to kandydat twój, godny twego rozumu i doświadczenia… Boże cię błogosław w tych zamiarach…
— Mamże suponować — spytał Zagłoba — że wasza dostojność także o księciu Michale zamyślał?
Ksiądz podkanclerzy wydobył z za rękawa małą książeczkę, na której czerniał grubemi literami wybity tytuł: „Censura candidatorum“ i rzekł:
— Czytaj waszmość, niech to pismo za mnie odpowie!
To rzekłszy, ksiądz podkanclerzy począł się zbierać, lecz pan Zagłoba zatrzymał go i rzekł:
— Pozwolisz wasza dostojność, że ja jeszcze coś odpowiem. Więc najprzód dziękuję Bogu, że mniejsza pieczęć w takich znajduje się rękach, które umieją na wosk ludzi ugniatać.
— Jak to? — spytał zdziwiony podkanclerzy.
— Po drugie, z góry powiadam waszej dostojności, że kandydatura księcia Michała bardzo do serca mi przypada, bom jego ojca znał i miłowałem i biłem się pod nim wraz z mymi przyjaciółmi, którzy także dusznie się uradują na myśl, że synowi będą mogli okazać tę miłość, jaką dla wielkiego ojca mieli. Przeto chwytam się tej kandydatury oburącz i dziś jeszcze pomówię z panem podkomorzym Krzyckim, familiantem wielkim i moim znajomkiem, który ma niepośledni mir u szlachty, bo trudno go nie kochać. Obaj tedy będziem czynić, co w mocy naszej i Bóg da, że coś wskóramy.
— Niech was aniołowie prowadzą — odrzekł ksiądz — jeśli tak, to o nic więcej nie chodzi.
— Za pozwoleniem waszej dostojności. Mnie chodzi jeszcze o jedną rzecz: mianowicie, żeby wasza dostojność nie pomyślała sobie tak: „Swoje własne desiderata w gębę mu włożyłem, wmówiłem w niego, że to on z własnego rozumu invenit księcia Michałową kandydaturę, krótko mówiąc, ugniotłem kpa w ręku, jakby był z wosku…“ Wasza dostojność! Będę promował księcia Michała dlatego, że mi do serca przypadł — ot, co!… Będę promował dla księżnej wdowy, dla moich przyjaciół, dla ufności, jaką mam w rozumie (tu pan Zagłoba skłonił się), z którego ta Minerwa wyskoczyła, ale nie dlatego, żem sobie dał wmówić, jako małe dziecko, że to moja inwencya; nie dlatego wreszcie, żem kiep, ale dlatego, że jak mi ktoś mądry co mądrego mówi, to stary Zagłoba powiada: Zgoda!
Tu skłonił się szlachcic raz jeszcze i umilkł. Ksiądz podkanclerzy zmieszał się był z początku znacznie, ale widząc i dobry humor szlachcica i to, że sprawa tak pożądany obrót bierze, rozśmiał się z całej duszy, zaczem chwyciwszy się za głowę, jął powtarzać:
— Ulisses, jak mi Bóg miły, czysty Ulisses! Panie bracie, kto chce co dobrego sprawić, różnie ludzi obchodzić musi, ale z wami widzę, trzeba prosto w sedno. Okrutnieście mi do serca przypadli!
— Jako mnie książę Michał!
— Niechże wam Bóg da zdrowie! Ha! pobitym, alem rad! Siła musieliście szpaków zjeść za młodu. A ten sygnecik, gdyby się na pamiątkę naszego colloquium przygodził…
Na to Zagłoba:
— A ten sygnecik niech na miejscu ostanie…
— Już to dla mnie uczyńcie…
— Żadnym sposobem nie może być! Chyba innym razem… kiedy później… po elekcyi…
Zrozumiał ksiądz podkanclerzy i nie nalegał dłużej, wyszedł jednak z promieniejącą twarzą.
Pan Zagłoba odprowadził go aż za bramę i wracając, mruczał:
— Ha! dałem mu naukę! Trafił frant na franta… Ale honor jest! Będą się tu dygnitarze na wyprzódki przed tę bramę zjeżdżali… Ciekawym, co tam białogłowy sobie myślą?
Białogłowy pełne były istotnie podziwu i pan Zagłoba urósł, zwłaszcza w oczach pani Makowieckiej, do pułapu, to też zaledwie się pokazał, zaraz zakrzyknęła z wielkim zapałem:
— Waćpan Salomona rozumem przeszedł!
A on rad był bardzo:
— Kogo, mówisz waćpani, przeszedłem? Poczekaj waćpani: obaczysz tu i hetmanów i biskupów i senatorów, nieledwie trzeba się będzie od nich opędzać; chyba się za kotarkę chować przyjdzie…
Dalszą rozmowę przerwało wejście Ketlinga.
— Ketling, chcesz promocyi? — zawołał pan Zagłoba, upojony jeszcze własnem znaczeniem.
— Nie! — odparł ze smutkiem rycerz — bo mi znów na długo wyjechać przyjdzie.
Zagłoba spojrzał na niego uważniej.
— Coś ty taki z nóg ścięty?
— Właśnie dlatego, że wyjeżdżam.
— Dokąd?
— Odebrałem listy ze Szkocyi, od dawnych przyjaciół ojca i moich. Sprawy moje wymagają, abym się tam udał koniecznie, może na długo… Żal mi się z waćpaństwem rozstać, ale — muszę!
Zagłoba, wyszedłszy na środek izby, spojrzał na panią Makowiecką, kolejno na panny i spytał:
— Słyszałyście? W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego, amen!







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Sienkiewicz.