Pan Wesołowski i jego kij/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bolesław Prus
Tytuł Pan Wesołowski i jego kij
Pochodzenie Pisma Bolesława Prusa
tom III Drobiazgi
Data wydania 1935
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
I.

— Kto więc jestem? — Powszechnie mówią, że jestem dobrym człowiekiem, i coprawda, ja sam nigdy nie doświadczam wyrzutów sumienia. Zresztą, jeżeli nawet budzi się kiedy w mojem sercu jakiś łagodny niepokój, to nie dotyczy on, broń Boże, występków, ale... raczej... może — niedość subtelnego pojmowania zobowiązań małżeńskich.
Pośpieszam dodać, że skrupuły te nie są owocem mojej własnej natury: według mnie bowiem, człowiek nawet powinien trochę grzeszyć, ażeby łaskawe niebo miało mu co przebaczać. Na niesz... to jest na szczęście, jestem mężem kobiety doskonałej, pełnej taktu i surowości zasad; nie dziw więc, że musiałem trochę zarazić się rozmaitemi skrupułami, notabene — po trzydziestopięcioletniem pożyciu.
Czy jestem szczęśliwy? Nie i tak. Nadludzkich rozkoszy, o jakich pisują poeci, nie doświadczyłem w życiu; bo nawet miłość, jedyna rzecz, którą znam fachowo, piękniej mi dziś wygląda w pragnieniach, aniżeli w urzeczywistnieniu.
Ale też nie zaznałem i ciężkich zmartwień. Nigdy nie bankrutowałem, nigdy nie straciłem wielkiego stanowiska, a jeżeli naprzykład umarł kto z bliskich, to zwykle zostawiał mi taki zapis w testamencie, że smutek z mojej strony byłby hipokryzją.
Żyję więc bez trosk i zbyt wielkich wymagań. Lubię zjeść nie dużo — ale smacznie, wypić jeden kieliszek wina — ale dobrego, w dodatku zaś nie robi mi przykrości przechodzenie od cygar do papierosów i odwrotnie. Lubię też w dobranem towarzystwie pogadać o polityce, albo zagrać preferansa; zrana czytam „Figaro,“ do poduszki jaki świeży romans — i w trakcie tego zasypiam.
Zwykle nie śni mi się nic, a czasem — że mam lat dwadzieścia pięć. Niekiedy jednak (zwykle po rautach, gdzie późno dają kolacją), marzę — iż spadam z niezmiernej wysokości. Sny te zaliczam do największych przykrości w życiu i rzucam się wtedy, wołam i naturalnie budzę żonę, która, obawiając się zdenerwować mnie, zapytuje słodko:
— Czy chciałeś czego, Ludwiku?
Przecieram oczy, skupiam uwagę i powiadam:
— Nie, duszko... niczego...
— Boś tak krzyczał.
— Krzyczałem?... To pewnie przez sen. Śpij, duszko.
— Tak, mam spać, kiedyś mnie wybił ze snu... Pewnie nie zamknę oczu do rana... Ach! te późne kolacje. Zawsze je musisz jeść. Nic nie dbasz o zdrowie...
I przez cały następny dzień słyszę wymówki (ale spokojne wymówki), że nie dbam o swoje zdrowie.
Tak naprzemian śpiąc i czuwając, myślę nieraz, że naprawdę: „życie jest snem.“ Bo i czemże jest moje dzieciństwo, kiedym od bony dostawał klapsy w Saskim Ogrodzie? Czem pierwsza miłość, którą powziąłem; właśnie dla tej samej bony, ale już wówczas, kiedym był w szkołach, a ona została guwernantką? Czem wreszcie wiek młodzieńczy, gdym był najlepszym tancerzem, i — na cześć mojej sąsiadki, córki intendenta wojskowego, uczyłem się grać na flecie?
Ta ostatnia umiejętność nawet dziś uprzyjemnia mi życie, a niegdyś omal że nie stała się dla mnie źródłem sławy. Wyobraź pan sobie, że miałem grać na flecie w koncercie amatorskim na cel dobroczynny. Zaangażowano mnie, zapowiedziano występ, nauczyłem się paru aryj. Ale — kiedym wszedł na estradę i spojrzałem na natłoczoną salę, opanował mnie taki strach, że zgrabiały mi palce i żadną miarą nie mogłem dmuchnąć we flet. Przyniesiono mi szklankę wina (zamiast wody); parę życzliwych osób uderzyło brawo — wszystko nanic... Wino wypiłem, ukłoniłem się za oklaski, ale zadąć we flet nie mogłem. Schowałem nawet na pamiątkę ówczesny „Kurjer,“ opisujący ten wypadek.
Pomimo melancholijnej zasady, że „życie jest snem,“ nie mogę powiedzieć, ażebym nie posiadał wyższego celu. Jest nim — jakiekolwiek, bodaj honorowe, stanowisko, co znowu łączy się z wymaganiami mojej żony.
Trzeba wiedzieć, że żona moja jest ściśle spokrewnioną z książętami X. i pochodzi z ambitnej rodziny, której członkowie zawsze piastowali jakieś urzęda kościelne, cywilne, lub wojskowe. Gdym się więc o nią oświadczył, zarzucono mi, że wprawdzie mam dobre ułożenie, talenta i ładny majątek, ale — nie posiadam stanowiska.
Naturalnie, że po takiem dictum, natychmiast podałem się na aplikanta w komisji spraw wewnętrznych i w następstwie połączyłem się z najdroższą Ewcią. Gdy jednak wkrótce po weselu trafiła mi się owa przygoda z koncertem, byłem tak złamany na duchu, że rodzina moja i Ewci (ażeby ochronić mnie od możliwego samobójstwa) namówiły nas do wyjazdu zagranicę.
Bawiliśmy tam parę lat, wróciliśmy, wyjechaliśmy znowu; potem spadły na mnie troski ojcostwa, potem edukacja syna, wydanie zamąż starszej córki, i — tak jakoś czas zeszedł.
Dopiero po upływie trzydziestu lat, żona moja przypomniała sobie, że ja koniecznie powinienem zajmować jakieś stanowisko.
Rozmowa nasza o tym przedmiocie odbyła się w szczególnych warunkach.
Słońce zachodziło i w gabinecie mojej żony był już pomrok. Ewcia siedziała na amarantowym fotelu, w czarnej sukni, mając z jednej strony palmę, z drugiej tamburek, na którym haftowała mi pantofle. Zazwyczaj posągowo piękna twarz żony wyglądała w tej chwili prawie surowo.
Spostrzegłszy ten wyraz, szybko przypomniałem sobie historją kilku dni ostatnich. Ponieważ jednak nie znalazłem nic w tych czasach, cobym sobie mógł wyrzucać, więc ogarnął mnie taki niepokój, że, usiadłszy na taburecie, nie śmiałem ust otworzyć.
— Czy nie narobił kto jakich plotek?... — myślałem, czując chłód na plecach, podczas gdy żona utopiła we mnie spokojne, lecz przenikliwe spojrzenie. Prawie nie mogłem oddychać.
— Mój Ludwiku — zaczęła Ewcia. — Mamy około dwunastu tysięcy rubli rocznie...
— Jeżeli nie więcej... — wtrąciłem.
— Trochę nawet mniej.
— Z pewnością więcej — dodałem, czując, że budzi się we mnie duch sprzeczki.
— Wierz mi, że mniej — przerwała, gromiąc mnie oczyma. — Ja lepiej wiem.
— Może być,
— Otóż — ciągnęła Ewcia — mamy trochę mniej niż dwanaście tysięcy rubli rocznie, jedną córkę zamężną, drugą na wydaniu, a nadewszystko — syna, który już ukończył trzydzieści i trzy lat. Napozór niczego nam nie brak, lecz mimo to, nie jesteśmy ani szczęśliwi, ani spokojni.
— Ależ duszko...
— Nie zapieraj się — mówiła żona — bo nieraz widzę, jak ziewasz.
— Ja?...
— Ty, i ziewasz z nudów, z braku zajęcia — dodała, akcentując ostatnie wyrazy. — I kiedy ty ziewasz, ja wzdycham, myśląc, że przez tyle lat nie postarałeś się o jakie stanowisko, i że nasz syn, Mieczysław, całkowicie wstępuje w twoje ślady. Proszę cię, Ludwiku, zachęć Mieczysława własnym przykładem i o cośkolwiek się postaraj. Tylu przecież znamy prezesów, a choćby wiceprezesów, dyrektorów i członków rozmaitych zarządów, iż doprawdy jest mi wstyd, że nie należysz do ich grona. Proszę cię, postaraj się o coś, a w takim razie troskę o Mieczysława sama wezmę na siebie.
W gabinecie zrobiło się jeszcze ciemniej. A kiedy podniosłem oczy na Ewcię i na amarantowem tle aksamitu spostrzegłem, że ma siwe włosy, nagle przypomniałem sobie moją matkę — i pierwszy raz w życiu pomyślałem, że Ewcia robi na mnie wrażenie ś. p. matki.
— Spełnię, co każesz, Ewciu — odpowiedziałem, całując ją w rękę.
Znalazłszy się w moim pokoju, rzuciłem się na szezlong, aby podumać.
„Naturalnie, że Ewcia ma racją — mówiłem sobie. — Choćby dla dania przykładu Mieczysławowi (który w ostatnich czasach zaczął coraz częściej pożyczać ode mnie pieniędzy), muszę zająć jakieś stanowisko i pozyskać tytuł. Tembardziej, że od wielu lat jakieśkolwiek stanowisko jest mojem marzeniem...“
Tu przerwał się potok myśli. Zasnąłem. A gdym się obudził, byłem już tak zdecydowany na zajęcie stanowiska, że postanowiłem — kazać zrobić mój portret.
Niepodobna, ażebyś pan przed pięcioma laty nie zauważył na wystawie sztuk pięknych portretu mężczyzny w sile wieku, z białą, krótko ostrzyżoną brodą, a cerą dwudziestolatka. Tłumy, szczególniej kobiet, zatrzymywały się przed nim, i nieraz słyszałem uwagi:
— Patrz, jaka to czerstwa cera...
— Jakie żywe oko...
— Prześliczny starzec!
To, panie, był mój portret, ukończony w miesiąc po stanowczej rozmowie z Ewcią. Muszę jednak dodać, że — starcem nazywają mnie kobiety tylko dla przekomarzania się. Czują bowiem i one we mnie, i ja sam w sobie młodość od stóp do głów; przedwczesna zaś siwizna niczego nie dowodzi, ponieważ jest w naszej rodzinie dziedziczną. Mój ojciec już w pięćdziesiątym siódmym roku życia był siwy, syn (młokos!) znalazł kilka białych włosów, a nawet Ewcia, jak to nadmieniłem, osiwiała również przedwcześnie.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Głowacki.