Strona:PL Bolesław Prus - Drobiazgi.djvu/156

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Spełnię, co każesz, Ewciu — odpowiedziałem, całując ją w rękę.
Znalazłszy się w moim pokoju, rzuciłem się na szezlong, aby podumać.
„Naturalnie, że Ewcia ma racją — mówiłem sobie. — Choćby dla dania przykładu Mieczysławowi (który w ostatnich czasach zaczął coraz częściej pożyczać ode mnie pieniędzy), muszę zająć jakieś stanowisko i pozyskać tytuł. Tembardziej, że od wielu lat jakieśkolwiek stanowisko jest mojem marzeniem...“
Tu przerwał się potok myśli. Zasnąłem. A gdym się obudził, byłem już tak zdecydowany na zajęcie stanowiska, że postanowiłem — kazać zrobić mój portret.
Niepodobna, ażebyś pan przed pięcioma laty nie zauważył na wystawie sztuk pięknych portretu mężczyzny w sile wieku, z białą, krótko ostrzyżoną brodą, a cerą dwudziestolatka. Tłumy, szczególniej kobiet, zatrzymywały się przed nim, i nieraz słyszałem uwagi:
— Patrz, jaka to czerstwa cera...
— Jakie żywe oko...
— Prześliczny starzec!
To, panie, był mój portret, ukończony w miesiąc po stanowczej rozmowie z Ewcią. Muszę jednak dodać, że — starcem nazywają mnie kobiety tylko dla przekomarzania się. Czują bowiem i one we mnie, i ja sam w sobie młodość od stóp do głów; przedwczesna zaś siwizna niczego nie dowodzi, ponieważ jest w naszej rodzinie dziedziczną. Mój ojciec już w pięćdziesiątym siódmym roku życia był siwy, syn (młokos!) znalazł kilka białych włosów, a nawet Ewcia, jak to nadmieniłem, osiwiała również przedwcześnie.