Strona:PL Bolesław Prus - Drobiazgi.djvu/152

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


w mojem sercu jakiś łagodny niepokój, to nie dotyczy on, broń Boże, występków, ale... raczej... może — niedość subtelnego pojmowania zobowiązań małżeńskich.
Pośpieszam dodać, że skrupuły te nie są owocem mojej własnej natury: według mnie bowiem, człowiek nawet powinien trochę grzeszyć, ażeby łaskawe niebo miało mu co przebaczać. Na niesz... to jest na szczęście, jestem mężem kobiety doskonałej, pełnej taktu i surowości zasad; nie dziw więc, że musiałem trochę zarazić się rozmaitemi skrupułami, notabene — po trzydziestopięcioletniem pożyciu.
Czy jestem szczęśliwy? Nie i tak. Nadludzkich rozkoszy, o jakich pisują poeci, nie doświadczyłem w życiu; bo nawet miłość, jedyna rzecz, którą znam fachowo, piękniej mi dziś wygląda w pragnieniach, aniżeli w urzeczywistnieniu.
Ale też nie zaznałem i ciężkich zmartwień. Nigdy nie bankrutowałem, nigdy nie straciłem wielkiego stanowiska, a jeżeli naprzykład umarł kto z bliskich, to zwykle zostawiał mi taki zapis w testamencie, że smutek z mojej strony byłby hipokryzją.
Żyję więc bez trosk i zbyt wielkich wymagań. Lubię zjeść nie dużo — ale smacznie, wypić jeden kieliszek wina — ale dobrego, w dodatku zaś nie robi mi przykrości przechodzenie od cygar do papierosów i odwrotnie. Lubię też w dobranem towarzystwie pogadać o polityce, albo zagrać preferansa; zrana czytam „Figaro,“ do poduszki jaki świeży romans — i w trakcie tego zasypiam.
Zwykle nie śni mi się nic, a czasem — że mam lat dwadzieścia pięć. Niekiedy jednak (zwykle po rautach, gdzie późno dają kolacją), marzę — iż spadam z niezmiernej wysokości. Sny te zaliczam do największych przykrości w życiu i rzucam się wtedy, wołam i naturalnie budzę żonę, która, obawiając się zdenerwować mnie, zapytuje słodko:
— Czy chciałeś czego, Ludwiku?
Przecieram oczy, skupiam uwagę i powiadam: