Pamiętnik z czasów wojny/Z żołnierzami włoskimi w okopach

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Benito Mussolini
Tytuł Pamiętnik z czasów wojny
Data wydania 1931
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie R. Wegnera
Druk Drukarnia Concordia Sp. Akc.
Miejsce wyd. Poznań
Tłumacz Józef Birkenmajer
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Z ŻOŁNIERZAMI WŁOSKIMI W OKOPACH

9 września.

Dziś od rana krąży wieść o czekającym nas rychłym, prawie niezwłocznym odmarszu na front. Jaki będzie kierunek marszu? Na to pytanie nikt nie umie dać pewnej odpowiedzi. Zresztą rzecz to najzupełniej obojętna. Najważniejsze to, że nakoniec ruszymy się z miejsca. Myśl o tem, że mógłbym spędzić parę miesięcy w garnizonie, była dla mnie udręką. Wieść o odmarszu rozeszła się po plutonach naszej kompanji, ale nie wywołała szczególniejszego poruszenia umysłów. Jest wojna — a więc idzie się na wojnę. Tak być powinno. Swoją drogą, nastrój rezerwistów rocznika 1884 jest niezły. Ci, ludzie trzydziestoletni, zdają sobie napewno sprawę z ciężącej na nich konieczności. Nietylko w gronie Medjolańczyków, ale i poza nimi spotkać można wielu zwolenników interwencji. Sam miałem sposobność poznać jednego z nich: był nim kapral z Crespino w prowincji Rovigo.
Oczywiście nie brak i zaczynu fermentacji umysłowej.
Spotyka mnie miła niespodzianka. Otrzymuję list tej treści: „Dawny zecer Avanti, Adolf Giretto, obecnie zamieszkały w Rovigo, przesyła panu, w dowód trwałej pamięci, najserdeczniejsze pozdrowienia, przez swego przyjaciela Battagliniego.“
Pewien kapral z Medjolanu, odkomenderowany do kadry, powrócił z karabinem i tornistrem do swej kompanji. by pójść z nami wszystkimi na front. Piękny gest!… Kapral ten nazywa się Mario Morani.
Posępny dzień. Pierwszy deszcz jesienny: drobny, bezgłośny, uporczywy.

11 września.

Dziś rano posłano mnie oraz dwunastu żołnierzy na służbę wartowniczą przy sądzie wojennym III korpusu armji. Jako wartownik honorowy miałem sposobność przyjrzeć się przebiegowi dwóch małoznaczących procesów karnych. Najpierw stanął przed kratkami szeregowiec milicji, lat trzydziestu dziewięciu, oskarżony o opuszczenie swego posterunku. Z zawodu był młynarzem. Biedak aż dygoce ze strachu. Prokurator wojskowy żąda kary rocznego więzienia, ale sąd wydaje wyrok uniewinniający. W drugim procesie stają czterej ludzie, oskarżeni o kradzież obuwia. Sprawa zawikłana i nudna. Wyobrażałem sobie, że sąd wojskowy działa prędzej i bardziej sumarycznie — tymczasem widzę, że bawi się w szczególiki, w rozpatrywanie drobiazgów. Zauważyłem większą niż w sądach cywilnych skłonność do pobłażliwości, co należy może położyć na karb podświadomej solidarności zawodowej, łączącej towarzyszy broni.

12 września.

Powołano nas 31 sierpnia, a oto okres naszego życia garnizonowego już się kończy. Ogłoszono nam oficjalnie, że jutro o siódmej rano wyruszamy. Ponadto oznajmiono, że przed południem pułkownik odbędzie przegląd naszego oddziału i będzie nam prawił „morały“. O godzinie jedenastej trębacz przy bramie koszarowej gra sygnał „Baczność!“ Pułkownik wchodzi do koszar. Z bronią na ramieniu, ale bez tornistrów wychodzimy na dziedziniec, ustawiamy się w czworobok. Znów brzmi sygnał „Bacznośc!“ Przemówienie pułkownika jest przyciężkie i banalne. Innym tonem przemawiać należy do ludzi liczących lat trzydzieści i więcej! Powinno się uważać żołnierzy za mężczyzn, a nie za numery księgi metrykalnej. Porucznik Izzo ma dodatkowe „kazanie“ dla podoficerów. Ja, prosty żołnierz, nie byłem na niem obecny.

13 września.

O godzinie drugiej w nocy pobudka i zbiórka. Otrzymujemy żołd, po parze mocno podkutego obuwia, derki polowe, oraz po puszce konserw jako prowjant na drogę. Rozdawanie tego wszystkiego zabiera kilka godzin czasu. Bersaljerzy cisną się przed prowjanturą i magazynem mundurowym, gdzie niepodzielne rządy sprawuje sierżant Fogli z Ferrary, krzycząc, harując i zalewając się potem, jak tragarz. Świta poranek.
— Rynsztunek włóż!
Maszerujemy do stacji. Pociąg już gotowy, ale odjazd nastąpi z małem opóźnieniem. Jesteśmy w liczbie trzystu pięćdziesięciu jeden chłopa, wliczając w to towarzyszących nam trzech oficerów: porucznika i dwóch podporuczników. Wsiadamy do wagonów i oczekujemy odjazdu. Jakaś czarno ubrana kobieta przeciska się przez gromadki ludzi, skupione dokoła pociągu, i rzuca się w ramiona odjeżdżającego męża. Mąż delikatnie wyzwala się z jej uścisku i przemawia do niej pocieszająco, bez łzy w oku. Ona oddala się zwolna, zasłoniwszy dłońmi twarz, by ukryć łzy ciekące z jej oczu. Jest to jedyny patetyczny epizod naszego odjazdu. Wagon nasz przystrojony jest zielenią. Szarpnięcie — krótki gwizd — i pociąg rusza.
Do widzenia! Do widzenia! Z okien pociągu powiewają setki rąk; głośne okrzyki: „Do widzenia! do widzenia!“ huczą po całym peronie. Rozbrzmiewa huczny śpiew; słychać go hen daleko. Moi przyjaciele wołają: „Niech żyje Italja!“
Mijamy okolicę Brescii. Rozległa zielona równina, zblakła w oświetli jesiennego słońca. Jezioro Garda: nigdy nie wydawało mi się równie piękne! Szara cytadela Peschiery: na jej widok wspominam rok mej służby wojskowej…
Bywaj mi zdrowy, czarujący półwyspie Sirmione! Jesteśmy już w skalistym i posępnym rozłogu Werony. Robi się gorąco. Zatrzymujemy się w Weronie dość długo; jeszcze dłużej w Vicenzy. W Treviso wielkie poruszenie pomiędzy żołnierzami. Przejeżdża transport rannych. Przyczepiają do nas kilka transportów piechoty. Pociąg staje się tak długi, że dalsza jazda musi odbywać się w wolniejszem tempie. Następnemi stacjami są: Conegliano, Pordenone, Sacile.
Zmierzch. Na sposępniałem niebie widać lecący dwupłatowiec typu Farmana. W Casarsa dłuższy postój: przyczepiają do nas kilka wagonów z artylerją. Na jednej platformie stoi potężnych rozmiarów działo, osłonięte gałęźmi. Ktoś z obsługi kolejowej rozwija sztandar trójkolorowy. Ogólny entuzjazm. Żołnierze różnych rodzajów broni pozdrawiają się wzajemnie. O siódmej wieczorem wjeżdżamy do Udine. Miasto pogrążone w ciemności. Na przestrzeni wielu, wielu kilometrów stoją nieskończonej długości pociągi z żywnością. Iluż to trudów i wysiłków wymaga uzupełnienie, zaopatrzenie i zaprowjantowanie wojska walczącego na froncie!
Cividale. Jest już noc głęboka i nic nie widać w ciemności. Odmarsz na kwatery. Mnie i moim przyjaciołom dostaje się izdebka na poddaszu chłopskiej chaty. Zasypiamy twardo…

14 września.

O piątej pobudka. Kości mam porządnie obtłuczone. Godzinny marsz — z tornistrem, ważącym trzydzieści sześć kilogramów, na plecach — przywróci mi dawną „formę“. Stoimy na podwórzu naszej kwatery i czekamy rozkazu do odmarszu. Mamy iść do Caporetto. Jakieś dziecko przebiega przez ulicę i krzyczy:
— Aeroplan! aeroplan!
Istotnie wysoko, wysoko ponad naszemi głowami unosi się samolot austrjacki. Artylerja przeciwlotnicza przystępuje niezwłocznie do działania. Wyraźnie słychać łoskot dział. Zielona we obłoczki szrapnelowe upstrzyły linję widnokręgu.
Jednakże lotnik nieprzyjacielski, trzymający się wciąż na znacznej wysokości, zawraca z drogi i uchodzi cało.
Cividale. Miasto wcale sympatyczne. Interesujący jest pomnik aktorki Adelajdy Ristori. Wrażenie bliskości placu wojny jest tu większe niż w Udine. Nieskończone sznury samochodów ciężarowych, jaszczów, dwukolnych „biedek“ najrozmaitszego rodzaju i kalibru ciągną bez przerwy w jedną i w drugą stronę.
Piszę podczas wypoczynku w jakimś folwarku.
Niektórzy z moich kolegów śpią. Inni coś piszą. W jednej alei ogrodowej grają w morę. Zdaleka dochodzi pogrzmot dział. Lubię takie ruchliwe życie, bogate w drobne i wielkie przeżycia!

15 września.

W San Pietro al Natisone postój. Jest to pierwsza z siedmiu gmin, gdzie mówią niezrozumiałym dla mnie językiem słoweńskim.
Porucznik Izzo zaprosił nas wczoraj wieczorem na bibę pożegnalną. Ma nas odprowadzić do pierwszej linji okopów, potem wraca do Brescii, ażeby wstąpić do korpusu lotniczego jako obserwator. Wieczór spędzony przyjemnie, w koleżeńskim nastroju. Prócz mnie był Buscema, Morani, Tafuri, Bocconi. Dziś o szóstej pobudka. Marsz!… Słońce praży nieznośnie. Tumany kurzu, wznoszące się z nad samochodów ciężarowych i taborów, gryzą nas w oczy, oślepiają.
A oto Stupizza, ostatnia wieś włoska za lat przedwojennych. Można tu dostać wybornego piwa za niezbyt wygórowaną cenę.
Wkrótce potem docieramy do dawnej granicy. Zboku gościńca stoi jeszcze wartownia straży pogranicznej. Austrjackie barwy zniknęły.
Chwila wzruszenia dla mnie, wydalonego w r. 1909 „ze wszystkich państw i krajów monarchji austrjacko-węgierskiej“!…
Porucznik woła:
— Niech żyją Włochy!
Ja, idąc w pierwszym szeregu kolumny, podchwytuję ten okrzyk i czterysta głosów woła chórem:
— Niech żyją Włochy!
Po uciążliwym marszu dostajemy się do Robić, pierwszej wioski za byłą granicą austrjacką. Kilka godzin wypoczynku. Jedyna gospoda miejscowa jest wprost oblężona. Dostrzegam jakiegoś sześcio- czy siedmioletniego chłopaka, który uwiesił się na żórawiu studni, by naczerpać dla nas wody. Pytam go:
— Jak się nazywasz?
— Stanko.
— A na nazwisko?
Chłopak nie rozumie pytania i nie odpowiada. Zwracam się więc do dziewczyny wchodzącej właśnie na podwórze. Otrzymuję odpowiedź:
— On się nazywa Robanczić.
Nazwisko prawdziwie słowiańskie.
Kapral Bascialla, rodem z Medjolanu urządza cercle na pobliskiej łące. Nosi on zawsze przy sobie w portfelu małą mapkę terenu wojennego, wyciętą z jakiegoś atlasu. Teraz wskazuje palcem słynną i tajemniczą Czarną Górę — Monte Nero.
Napis, znaleziony na kapliczce wotywnej na rozdrożu o 2 km od Caporetto:
Nikdar Noben se ni bil zapuscen
Kiv vartvo Marjis bil izzogen.
Caporetto. Widzę jedynie wieżę kościelną, białą, smukłą, o szaro-zielonym wierzchołku. Skupiają się dokoła nas tłumy żołnierzy, pragnąc spotkać swych krajanów. Obozujemy pod gołem niebem, niedaleko od Isonzo.
Współlokatorami mojego namiotu są: plutonowy Bocconi oraz kaprale Buscema i Tafuri. W nocy słychać pomruk dział, dochodzący od strony Gorycy. W obozie głęboka cisza — wszędzie dokoła posterunki. Odczuwa się obecność wojny.

16 września.

Zimny poranek. Nad Isonzo snuje się tuman mgły. Wieść o mojem przybyciu do Caporetto już się rozeszła. Nowe wrażenia, pogawędki. Do djabła! Dwaj artylerzyści bajdurzą, jakoby nasza armja była już niemal doszczętnie starta:„Anglja śpi, Francja złamana, Rosja goni ostatkami sił…“ Wstrętne i niedorzeczne bajania, których już tyle razy musiałem się nasłuchać! Dwaj pesymiści, którzy nawet nie powąchali frontu, milkną jeszcze w samą porę, by uniknąć tęgiego kuksańca. Ale oto nawijają się trzej Bolończycy; ci okazują o wiele więcej rycerskiego ducha.
Podczas wydawania obiadu odnajduje mnie, stojącego w ogonku, jakiś lekarz pułkowy i odzywa się do mnie:
— Chciałbym uścisnąć dłoń naczelnego redaktora Popolo d’Italia.
Poobiednia gawęda. Epizody wojenne. Zgodny entuzjazm alpinów. Isonzo! Nigdy nie widziałem wód bardziej błękitnych jak wody Isonzo! Przedziwna jest głębia tego błękitu! Schyliłem się ku lodowatej toni i z czcią nabożną napiłem się jej wody. Rzeko święta, uświęcona!…

17 września.

Odmarsz. Wcielono nas nie do dwunastego, lecz do jedenastego pułku bersaljerów, znajdującego się na łańcuchu górskim Monte Nero. Porucznik-lekarz z Rodi, należący do komendy etapu, chce mnie poznać i pozdrowić. Częstuje mnie czarką wyśmienitej kawy. Jesteśmy w linji. Porucznik Izzo udziela nam kilku wskazówek: między innemi komunikuje nam, że na pewnym odcinku gościńca będziemy wystawieni na ogień artylerji.
— Biada maruderom!
Bataljon zdaje się tem zgoła nie przejmować.
— Żelazny rocznik 1884!
„Siła moralna“ żołnierzy wzmogła się znacznie. Niedorzeczne gadaniny, przedtem dość częste, teraz cichną. Panuje nastrój wesoły. Artylerzysta z Corticelli, nazwiskiem Mengoni, towarzyszy mi przez część drogi.
Mijamy obozowisko taborów i alpinów. Artylerzysta z Bolonji oznajmia kilku gromadkom swoich przyjaciół moją obecność. Wielu z nich pozdrawia mię życzliwie. Szczęść Boże! Przechodzimy wbród Isonzo. W Magozo, małej wiosce słoweńskiej, gdzie pozostały jedynie dwie stare kobiety, żywiące się z kotła żołnierskiego, spotykamy kolumnę jeńców. Otaczamy ich. Jest ich czterdziestu sześciu; cały pluton wraz z kadetem i podoficerem. Rynsztunek mają w niezłym stanie. Siedzą w dwóch rzędach na ziemi; niektórzy palą. Większość, zwłaszcza starsi, są naogół zadowoleni ze swojego losu; jedynie kadet, stojący poza innymi, zdradza wielkie zdenerwowanie: gryzie wargi i ledwo może powstrzymać się od łez. Kapral Tafuri odzywa się do niego:
— Niech się pan nie boi, we Włoszech będą się z panem dobrze obchodzili.
— Glauben Sie? — odpowiada kadet z powątpiewaniem. Jest to człowiek jeszcze młody: może mieć jakie lat dwadzieścia.
Jeden z eskorty opisuje mi szczegóły wzięcia jeńców. Naprzeciw stanowisk trzydziestego trzeciego bataljonu jedenastego pułku bersaljerów znajdował się silnie umocniony okop nieprzyjacielski. Na zeszłą noc zapowiedziano natarcie. Drużyna bersaljerów podkradła się niepostrzeżenie aż pod zasieki kolczaste i spowodowała wybuch miny. Bezpośrednio potem doszło do ataku na bagnety. Austrjacy, nagle zaskoczeni, nie zdobyli się na strzał i podnieśli ręce do góry. Poddali się…
Bono taliano, rispettare prigioniero![1]
Ruszamy w dalszą drogę. Musimy osiągnąć kotę 1270. Posuwamy się percią wiodącą na Monte Nero. Spotykamy ranionych. Kilku lekko rannych uśmiecha się do nas, paląc papierosy. Inni są ciężej porażeni. Jeden zakrył twarz gazetą, z pod której widać okrwawiony i rozszarpany policzek. Są pomiędzy nimi i dwaj Austrjacy, jeden lżej, drugi ciężej raniony; ten drugi, zdaje się, ma strzaskane ramię. Prowadzą ich do szpitala polowego w Magozo.
Długie kolumny taborów. Bez mułów wojna górska byłaby nie do pomyślenia. Niektórzy z nas, bardziej pomęczeni, objuczają swemi tornistrami te zwierzęta.
Pod wieczór dostajemy się w strefę ognia artylerji austrjackiej. W powietrzu warczą granaty, ogłaszając się charakterystycznym chichotem. Granaty te są potwornej wielkości. Niektórzy bersaljerowie trochę trzęsą portkami. Ja maszeruję na końcu kolumny, dodając otuchy najbliższym sąsiadom.
Po przezwyciężeniu pierwszego — zrozumiałego zresztą — przykrego wrażenia, kontynuujemy uciążliwy marsz, z pełnym tornistrem na plecach, pod dosięgającym nas ogniem karabinów nieprzyjacielskich. Jeden z granatów pęka niedaleko od kolumny mułów, nie wyrządzając jednak szkody. Drugi uderza w pobliżu gromadki bersaljerów i eksploduje, sypiąc deszczem odłamków.
Jeden z bersaljerów wydaje okrzyk; odniósł ranę: — ma strzaskany obojczyk. Inny granat eksplodował koło drużyny, w której ja się znajduję, i połamał kilka grubych konarów drzewnych. Zasypały nas strzępki ziemi i listowia. Nikt nie odniósł rany. Austrjacy strzelają na los szczęścia. O zmierzchu docieramy do dowództwa pułku. Oczekuje nas podoficer rachunkowy. Od dwunastu godzin jesteśmy w drodze, jednakże nikt nie pozostał wtyle. A przecież większość nas to żołnierze z okolic Cremony, Rovigo, Ferrary i Mantui, urodzeni i wzrośli w nizinnych równinach kraju… Stary ale zawsze młody szczep italski!
Jeden z bersaljerów, Mantuańczyk, zbliża się do mnie i powiada:
— Panie Mussolini, widzieliśmy, jaki z pana zuch i jak pan nam towarzyszył w tym marszu pod ogniem granatów… Pragnęlibyśmy, żeby pan nami kiedyś dowodził…
Sancta simplicitas!
Policzono nas — i podzielono między trzy bataljony jedenastego pułku bersaljerów.
Chwila rozstania. Porucznik Izzo, który z dzielnym kapralem Biagio Biagi z Cento wraca do Brescii, żegna się z nami. Nas przydzielono do trzydziestego trzeciego bataljonu. Ruszamy rzędem — gęsiego — w dalszą drogę. Jest godzina dziesiąta. Pod zboczem góry dymią się kotły kuchni polowej. Gotują dla nas wieczerzę — nieobfitą ale wyborną: makaron, zupę i kawał mięsa. Niektórym z nas daje się we znaki pragnienie; napróżno jednak poszukują wody. Kładziemy się wśród skał pod gołem niebem. Nie jest zimno; na gwiaździstem niebie jaśnieje pełnia księżyca. Cisza. Wspaniałe widowisko. Znajdujemy się na wysokości! Odbyliśmy chrzest ogniowy ze strony dział nieprzyjacielskich! Tak kończy się pierwszy dzień, spędzony na wojnie.

Sobota, 18 września.

Dziś rano podzielono nas pomiędzy trzy kompanje bataljonu. Czynność ta potrwała długo. Kilku kaprali i sierżantów skracało nam czas opowiadaniem sławnych czynów jedenastego pułku bersaljerów w pierwszych miesiącach wojny.
Mnie przydzielono do ósmej kompanji — wraz z Buscemą, Moranim i Tafurim. Pod wieczór wyruszamy, by dojść na nasze stanowiska. Zamiast posuwać się percią, przymocowujemy drabinki niemal prostopadle do urwiska. Musimy osiągnąć kotę 1870. Wysokość, jak widać, poważna. Bezpośrednia spinaczka skraca drogę conajmniej o trzy godziny, ale jest męcząca, zwłaszcza że nie mamy kijów turystycznych a na plecach dźwigamy tornistry. Prowadzili nas ludzie z posterunków łącznikowych. Nikt nie marudził, mimo to doszliśmy na miejsce dopiero późną nocą. Zanim dotarliśmy do celu, przyszło nam mijać groby żołnierzy włoskich. Było ich cztery czy pięć. Schyliłem się nad krzyżem z nieociosanego drzewa i odczytałem:

„Oskar De Lucia, sierżant,
padł 13-go września 1915.“
Inne krzyże bez napisu. Były to wspólne mogiły.

Biedni zmarli, pochowani na tych niedostępnych, odludnych pasmach górskich! Wspomnienie o was noszę w głębi mego serca!
Przykucnęliśmy wśród głazów pod gwiaździstem niebem. Jakiś przechodzący oficer kazał nam nabić karabiny i zatknąć bagnet na broń. Nikomu pod żadnym warunkiem nie wolno opuszczać swego miejsca!
O dziesiątej rozpoczęła się akcja bojowa. Słychać już było suchy i łoskotliwy trzask karabinów włoskich. Pam, pam, pam! Austrjackie karabiny nie zwlekają i odpowiadają nam swojem: ta—pum! „Motocykle śmierci“, karabiny maszynowe, rozpoczynają swą galopadę. Ich stuk: ta—ta—ta! ma szybkość wprost niewiarygodną. Sześćdziesiąt strzałów na minutę. Granaty ręczne rozdzierają powietrze. Po północy otwiera się ogień artyleryjski wprost piekielnej gwałtowności. Rakiety świetlne przecinają ustawicznie tło niebios; jednocześnie na całej linji wszyscy strzelają jak opętani. Grad pocisków trzeszczy nad naszemi głowami.
— Padnij! padnij! — ktoś krzyczy.
Ja jednak muszę powstać, aby ustąpić miejsca rannemu człowiekowi, który ma ramiona nadszarpnięte wybuchem granatu. Biedak, jęcząc, prosi mnie o łyk wody, ale sanitarjusz nie pozwala mu jej podać. Moim kocem wełnianym, okrywam ranionego. Jest zimno. Po północy rozlega się straszny wybuch. Zrywamy się na równe nogi: mina austrjacka rozsadziła część szczytu, obsadzonego przez pluton 8-mej kompanji. Długa błyskawica przerzyna schmurzone niebo i ponury grzmot napełnia dolinę. Mijają nas lekkoranni, wlokąc się o własnych siłach na plac opatrunkowy. Palba karabinowa słabnie. Nad ranem ustaje zupełnie. Pierwsza noc w okopach była pełna ruchu i podniecenia. Wczesnym rankiem nasze działa zasypują nieprzyjacielskie stanowiska pociskami. Potem milkną i armaty. Na dolinie leży mgła. Na naszym szczycie jaśnieje słońce. W linji odwodów panuje głęboka i pełna zadumy cisza, cechująca żołnierzy po bitwie.

Przypisy

  1. Przekręcone z włoskiego: Buoni italiani, risparmiate i prigionieri — dobrzy Włosi, oszczędźcie jeńców!


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Benito Mussolini i tłumacza: Józef Birkenmajer.