Pamiętnik pani Hanki/45

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Tadeusz Dołęga-Mostowicz
Tytuł Pamiętnik pani Hanki
Rozdział Poniedziałek
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „RÓJ”
Data wydania 1939
Drukarz Zakłady Graficzne „FENIKS“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały pamiętnik
Pobierz jako: Pobierz Cały pamiętnik jako ePub Pobierz Cały pamiętnik jako PDF Pobierz Cały pamiętnik jako MOBI
Indeks stron
Poniedziałek

Ten Toto, to prawdziwy wariat. Podobny pomysł! Jednak to miłe z jego strony. Przyjechali sześciu samochodami. Coś dwudziestu paru panów. Na samochodach wywiesili tabliczki z napisem: „Zimowy raid do pani Hanki“. Cała Krynica o niczym innym nie mówi. Stałam się od razu najpopularniejszą tu osobą. Wyobrażam sobie, jak wszystkie baby skręcają się z zazdrości na korkociąg.
Przyjechali o dziesiątej rano, a ponieważ wszyscy byli głodni, pierwsze śniadanie zmieniło się w jakiś dziki bankiet. W sali restauracyjnej zestawiono stoły i o pierwszej, gdy zaczęto podawać normalny obiad, dyrektor musiał błagać Tota, byśmy się przenieśli do baru na dół. Tu Toto kazał sprowadzić orkiestrę, i bawiliśmy się wyśmienicie aż do szóstej wieczór, kiedy zawiani i zmęczeni poszli wreszcie spać.
Toto jednak jest niestrudzony. Ani słyszeć nie chciał o śnie, chociaż od Warszawy aż do Krynicy prowadził wóz. Niejeden mężczyzna mógłby mu pozazdrościć zdrowia. Poszliśmy na ślizgawkę, gdzie rozgrywano właśnie mecz hokejowy z Łotyszami.
Toto oczywiście przywiózł całą furę czekolady i wybornego Porto, które tak lubię. On jednak ma swoje zalety.
Kolację jedliśmy razem na dole. Cała sala wpatrywała się w nas jak sroka w gnat. I nic dziwnego. Toto zachowywał się niczym zakochany paź. Nie zwracał najmniejszej uwagi na to, że wszyscy nas widzą. Dopiero przy deserze spostrzegł miss Normann i powiedział:
— Spójrz no, Haneczko. Zdaje się, że widywaliśmy tę panią w Warszawie. Czy nie wiesz, kto to może być?
— Owszem. To Angielka. Nazywa się miss Normann.
— Znasz ją?
— Poznałam tutaj. Czy tak ci się podoba?
Zaśmiał się nieszczerze:
— Czyż przy tobie może się podobać jakakolwiek inna kobieta?
Zmierzyłam go zimnym spojrzeniem:
— Komuś niewybrednemu podoba się każda.
— Ale mnie chyba za takiego nie uważasz?
— Czasami rzeczywiście nie.
— Tylko czasami?
— No, naturalnie. Przepadasz przecież za tą głupią Muszką Zdrojewską. Zastanawiałam się nieraz nad tym, o czym wy możecie ze sobą mówić. Cóż to musi być za sympozjon intelektu, wiedzy i zainteresowań.
Uczuł się dotknięty. Wiedziałam, że nic go tak nie boli, jak ironia na temat jego poziomu umysłowego. Zirytował mnie jednak tym przyglądaniem się miss Normann.
— Jeżeli uważasz mnie za głupca — powiedział — nie wiem dlaczego pozwalasz mi widywać siebie.
Wzruszyłam ramionami:
— Wcale nie uważam cię za głupca. Ale przecież sam wiesz, że prochu nie wymyślisz.
Toto poczerwieniał:
— Teraz widzę, że rzeczywiście niepotrzebnie tu przyjechałem. Spotykają mnie same przykrości.
— Wynagrodzę ci je z wielką przyjemnością — powiedziałam i wstałam, by przywitać się z wychodzącą właśnie miss Normann. Zrobiłam to pod wpływem jakiegoś niedorzecznego impulsu, ale już nie mogłam się cofnąć. Miss Normann zatrzymała się. Przedstawiłam jej Tota i poprosiłam, by usiadła z nami na chwilę. Obserwowałam jego minę. Udawał naraz tyle odmiennych uczuć, i robił to tak nieudolnie, że widziałam go na wskroś. Udawał oburzenie moim postępkiem, obojętność na urodę miss Normann (ona jest jednak naprawdę niebrzydka), udawał chłodne zainteresowanie i znudzenie. W końcu jednak uznał za stosowne zademonstrować to jeszcze dobitniej. Po pięciu minutach konwencjonalnej rozmowy, usprawiedliwił się zmęczeniem, pożegnał się i poszedł spać. Myślał pewno, że zatelefonuję do jego pokoju, lub że przyjdę. Długo na to poczeka.
Sama nie wiem właściwie, dlaczego tak mnie zirytował. Ale w jego sposobie patrzenia na tę Betty było coś obrzydliwego.
Nie będę mogła długo zasnąć ze złości. Umyślnie wyłączyłam telefon, i nie odpowiadałam na pukanie do drzwi. Najmądrzej bym zrobiła, gdybym jutro wyjechała wczesnym rankiem. To byłaby dobra nauczka dla Tota. W tej chwili, gdy to piszę, znowu puka do drzwi. To już trzeci raz. Nic mu to nie pomoże. Niech sobie idzie do tej rudej wydry. Jutro będzie skruszony i pokorny. Na nią okiem nie rzuci. Naturalnie w mojej tylko obecności. Zupełnie niepotrzebnie ich poznajomiłam. Już dwunasta. Idę spać.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Tadeusz Dołęga-Mostowicz.