Pamiętnik pani Hanki/44

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Tadeusz Dołęga-Mostowicz
Tytuł Pamiętnik pani Hanki
Rozdział Niedziela
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „RÓJ”
Data wydania 1939
Drukarz Zakłady Graficzne „FENIKS“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały pamiętnik
Pobierz jako: Pobierz Cały pamiętnik jako ePub Pobierz Cały pamiętnik jako PDF Pobierz Cały pamiętnik jako MOBI
Indeks stron
Niedziela

Boże, jakie straszne przeżyłam emocje! Brrr... Nie potrafiłabym zostać zawodowym złodziejem. Ale opowiem wszystko od początku.
Wszystko zdawało się układać jak najpomyślniej. Gdy z rana schodziłam na dół, zobaczyłam Betty, wsiadającą do sanek z jakimś panem. Musieli jechać gdzieś dalej, gdyż zabrała własny pled. W tej chwili powzięłam postanowienie: teraz, albo nigdy. Staruszek portier widocznie poszedł na mszę do kościoła, gdyż zastępował go pomocnik, wysoki dryblas, o dość tępym wyrazie twarzy. Ta zamiana była dla mnie niezwykle pomyślna.
Przez kwadrans przeglądałam „Vogue“, po czym, starając się zachować jak najzimniejszą krew zbliżyłam się do dryblasa i kazałam podać sobie mój klucz. Wskazałam przy tym na klucz od apartamentu miss Normann. Dał mi bez najmniejszego wahania.
Korytarz na pierwszym piętrze był zupełnie pusty. Szczęście mi sprzyjało. Szybko otworzyłam jej drzwi i weszłam do środka. Serce waliło mi w piersi jak oszalałe. To jednak trudno jest być złodziejem.
Najpierw stwierdziłam, że zarówno w szufladzie jak i w bieliźniarce tkwią klucze. To mnie bardzo uspokoiło. W bieliźniarce panował idealny porządek. Jaką ona ma cudowną bieliznę! Chociaż każda minuta groziła mi największym niebezpieczeństwem nie mogłam sobie odmówić przyjemności obejrzenia jej kombinezek. Ach, gdybym miała czas na skopiowanie niektórych! Dwie zwłaszcza były cudowne, z prawdziwymi koronkami. Nocne komplety wspaniałe. Na pewno amerykańskie. Te cuda musiały kosztować majątek.
Systematycznie przeszukałam półkę za półką. Nic jednak nie znalazłam. Zajrzałam nawet do butierki, pełnej pantofelków. Ile ona tego ma! Ponieważ jedna para była bez prawidełek, zwróciła moją uwagę. Wsunęłam palce do środka i omal nie krzyknęłam z wrażenia. Wewnątrz był jakiś przedmiot, owinięty w papier. Gorączkowo rozwinęłam to i doznałam rozczarowania. Był to miniaturowych rozmiarów rewolwer, wykładany złotem i emalią.
Odłożyłam to w jak największym porządku i zabrałam się do neseseru. Tu znalazłam jedynie papier listowy ten sam, na którym pisała do Jacka. Skoro trzyma go w neseserze, widocznie teraz z Jackiem nie koresponduje.
Przystąpiłam do rewizji biurka. Była tu spora paczka różnych papierów, dokumentów, prospektów i rachunków. Przejrzałam wszystko bardzo dokładnie, nie znalazłam jednak ani dokumentu, którego szukałam, ani nic takiego, co mogłoby mnie na jakiś ślad naprowadzić. Byłam wręcz przygnębiona. Zbadałam jeszcze wszystkie kąty, zajrzałam pod dywan i pod materac, na szafę i za kaloryfer — bez rezultatu.
Ta przebiegła kobieta na pewno wszystko nosi z sobą, lub zdeponowała w Warszawie w hotelowym sejfie.
W chwili, gdy już byłam zrezygnowana i chciałam wyjść, nagle zapukano do drzwi. Serce we mnie zamarło. O ucieczce nie mogło być mowy. Apartament ma tylko jedne drzwi. W pierwszej chwili przyszedł mi pomysł ukrycia się w łazience. Byłoby to jednak nic nie pomogło. Wchodząc, zamknęłam drzwi na klucz od wewnątrz. Jeżeli pukała pokojówka, to miała swój klucz i z łatwością przekonałaby się, że ktoś jest wewnątrz.
Pukanie rozległo się ponownie.
— Kto tam? — zapytałam po angielsku, usiłując podrobić głos miss Normann.
Odetchnęłam z ulgą, gdy odpowiedział mi męski głos, również po angielsku:
— Czy tu mieszka miss Elizabeth Normann?
Miałam więc do czynienia z kimś nieznającym terenu. Co miałam odpowiedzieć? Zależało mi przecież tylko na tym, by oddalił się od drzwi na moment, wystarczający na moją ucieczkę. Należało go wysłać do portiera. W tym celu powiedziałam:
— Nie. Omyłka.
Ten człowiek jednak nie ruszył się od drzwi, doprowadzając mnie tym do zupełnego przerażenia. Wreszcie powiedział przyciszonym głosem:
— Jutro.
Potem usłyszałam oddalające się jego kroki.
Co to mogło oznaczać? Najwyraźniej słyszałam „jutro“. Czy chciał przez to powiedzieć, że przyjdzie nazajutrz, czy miało to znaczyć co innego?
Nie miałam już czasu zastanawiać się dłużej nad tym. Szybko otworzyłam drzwi. Po dwóch minutach byłam już na dole, oddałam klucz i wróciłam do siebie. Z emocji rozbolała mnie głowa. Muszę napisać do Tadeusza, że jego plan nie powiódł się. Nie mam już tu właściwie nic do roboty. Mogłabym wracać do Warszawy. Zatrzymuje mnie tylko spodziewany list od Baxtera.
W każdym razie powinien odpisać. Dżentelmen nie zostawia damy bez odpowiedzi. Muszę się uzbroić w cierpliwość.
Moja eskapada zupełnie mnie rozstroiła. Wzięłam trochę bromu i położyłam się do łóżka. W dodatku nie jestem pewna, czy nie zostawiłam w pokoju Betty jakichś śladów swojej bytności i niepokoi mnie ten jegomość ze swoim niedorzecznym „jutro“. Świat wydaje mi się smutny i nieciekawy. To pogoda tak usposabia. Żeby chociaż był mróz.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Tadeusz Dołęga-Mostowicz.