Pamiętnik Wacławy/Świat mojej matki/XXXIX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Pamiętnik Wacławy
Podtytuł Ze wspomnień młodéj panny ułożony
Data wydania 1884
Wydawnictwo S. Lewental
Drukarz S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst „Świat mojej matki”
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst „Świat mojej matki” jako ePub Pobierz Cały tekst „Świat mojej matki” jako PDF Pobierz Cały tekst „Świat mojej matki” jako MOBI
Indeks stron
XXXIX.

I pamiętam, że była potém jesień długa, szara. Popielate chmury wisiały nizko pod białém sklepieniem; co rano mgły pod lasami stały, niby rzędy przezroczystych opok; w ogrodzie zwiędłe liście lip i kasztanów uściełały w alejach żółte lub krwawe kobierce, a gdy wiatr silny dmuchał tumanem, rozlatywały się w powietrze, z szelestem wirowały wkoło siebie kłębami, czepiały się gałęzi nagich, które je odtrącały, i w końcu, jakby zmęczone walką z żywiołem, który je porywał, opadały na ziemię.
Niekiedy z za białych obłoków widniało słońce, ale od północy lub zachodu zrywał się wicher i pędził przed sobą gromady chmur drobnych, niby stado czarnych ptaków, które rozpiętemi swemi skrzydłami, zakrywały po chwili blado-złotą kulę dziennéj gwiazdy. Gdy zmrok wczesny zapadł, z pod wzgórza odzywały się przeciągłe tony trąbek pastuszych; kiedy niekiedy odpowiadał im z głębi lasu potężniejszy ryk myśliwskiego rogu, a potém zstępowała na świat noc głucha, ciemna, bez gwiazd ni księżyca, i szamocąc się z wichrami, wygrywającemi gammy dzikiéj melodyi, zdawała się opowiadać o biednych wędrowcach, co śród nocy jesiennéj tułali się i błądzili po drogach téj ziemi.
Na mgliste dnie i przepaścisto czarne noce patrzyłam przez okno mego pokoju; niekiedy konno wyjeżdżałam na pola, żegnałam jaskółki i żórawie, co stadami przeciągały pod niebem, w dalekie ulatując kraje, albo powoli jechałam drożyną śród lasu i machinalnie wsłuchywałam się w jednostajny a cichy tentent mego konia, stąpającego po zwilżonéj ziemi. Nade mną wiatr z szelestem biegł śród gęstwiny, i ze szczytów drzew, kołyszących się z wolna, strącał zwiędłe liście, które rzęsistym deszczem osypywały mi głowę i suknią, a gdym który z nich w rękę ujęła, na każdym błyszczała kropla wilgoci, niby mętna łza.
Mglisto i żałobnie było na świecie, ale nie zimno. Ja przecież czułam w sobie chwilami chłód przenikający.
Zdawało mi się niekiedy, że w piersi méj wygasła część ognia, który w niéj płonął, a na jego miejscu leżała garść ostudzonego popiołu. Myślałam nieraz, że popiół ten przyściełał pewno mogiłę, w którą złożyłam ów kwiat, tak wspaniały niedawno, a nad którą blada i zimna stanęła mara zwątpienia... Pragnęłam wygnać z siebie tę marę, bo zła to była towarzyszka; ale, odegnana rano, wracała wieczorem: a gdy głowa moja układała się do spoczynku i oczy pragnęły zamknąć się do snu, gospodarowała mi po mózgu, przemocą rozwierała powieki i szeptała do ucha pytanie: i w cóż mam wierzyć na świecie?
Tymczasem na wieść o odmowie, jaką otrzymał ode mnie pan Agenor, żądni bliższych objaśnień zaczęli zjeżdżać się do nas liczni goście. Na twarzach ich spostrzegłam zdziwienie, radość, ironią, pożałowanie, a nadewszystko ciekawość. Emilka przyjechała najpiérwsza i, ściskając mi rękę, szepnęła:
— Dobrześ uczyniła; on nie wart był ciebie! Potém opowiedziała mi, że pan Agenor, w parę dni po otrzymaniu od mojéj matki odmównego listu, opuścił okolicę; domyślano się, że pojechał do stryjecznego swego brata, który mieszkał daleko, a był bardzo bogatym, z prośbą o pomoc pieniężną, bo na wieść o niedoszłém między wami małżeństwie, kredytorowie, jak stado kruków, opadli jego piękny pałacyk.
Helenka przy spotkaniu się ze mną zaśmiała się właściwym sobie śmiechem, który, jak się ktoś wyraził: „smutniejszy był od płaczu”, i zawołała do mnie:
— Rozpoczęłaś już tedy, Wacławo, pocieszną naszę wędrówkę ścigania ideałów i strącania ich z piedestałów. Winszuję ci i życzę szczęśliwéj drogi! Co do mnie, odbyłam taką samę i, dzięki Bogu, znajduję się u jéj końca!
Rzekłszy to, zakaszlała i poskarżyła się na ból głowy i piersi. Irenka przyjechała z rodzicami, aby zaprosić nas na urzędowe i huczne zaręczyny swe z panem Protem. Ożywiona była i wesoła, jak nigdy, ale pod koniec wizyty, gdy znalazłyśmy się obie na stronie, wzięła mię za rękę i rzekła:
— Mój Boże! Wacławo, dlaczego odmówiłaś panu Agenorowi? Słyszałam, że babka twoja miała ci uczynić ogromny zapis, gdybyś wyszła za niego, a teraz cofnęła swą obietnicę. Zleś zrobiła, kochanko! wierz mi, że w małżeństwie rachunkowa strona, to grunt, a miłość... jeśli jest, to tém lepiéj, ale jeśli jéj niéma, to przyjaźń, szacunek, wybornie ją zastąpią.
Spojrzałam jéj w oczy i spytałam:
— Irenko, czy zawsze byłaś takiego zdania?
Zarumieniła się trochę i spuściła oczy. Po chwili milczenia odrzekła:
— Nie... kiedym była w twoim wieku, budowałam także w wyobraźni zamki z tęcz i kryształu, ale przekonałam się potém, że były to zamki... na lodzie...
— Runęły więc, a na ich miejscu zapragnęłaś czego?
— Kawałka chleba do śmierci — odpowiedziała Irenka, i w oku jéj, wesołém przed chwilą, zakręciła się łza.
Franuś coraz rzadziéj bywał u nas. Raz, gdy mu to żartobliwie wymawiałam, przerwał mi żywo:
— Kuzynko! nie mów do mnie w ten sposób, bo mi to wielką robi przykrość. Wiész przecie o tém, że nie zależę od siebie i jestem zmuszony stosować się do woli, a nawet kaprysów babki Hortensyi.
Słowa te żywo mi przypomniały piérwszą sympatyą mego serca, w samém zaraniu życia powziętą dla Franusia, i przyczyny, które z kwiatka téj sympatyi strąciły listki jeden po drugim. Spojrzałam na niego ze smutkiem i rzekłam:
— Zdaje mi się, kuzynku, że powinienbyś miéć więcéj własnéj woli; przecież jesteś dorosłym mężczyzną...
Uśmiechnął się z goryczą i wzruszył ramionami.
— Kochana kuzynko — odpowiedział — ani pojęcia miéć nie możesz, jakiém jest położenie ubogiego chłopca, wychowanego przez bogatych krewnych i zostawającego u nich na łasce.
Przy ostatnim wyrazie, szkarłatny rumieniec pokrył mu twarz; jestem pewna, że i ja także zarumienić się musiałam. Milczeliśmy czas jakiś, a po mojéj głowie różne przechodziły myśli.
— Kuzynku — rzekłam w końcu — dlaczegoż nie starasz się odmienić położenia swego?
Spojrzał na mnie ze zdziwieniem niemal i zapytał:
— A gdzież są środki po temu?
— A jakichże na to potrzeba środków? — odpowiedziałam pytaniem.
— Pieniędzy albo umiejętności pracowania — wyrzekł kuzyn, a potém dodał: — a ja ani jednego, ani drugiego nie posiadam.
— Zdaje mi się — zaczęłam po dość długim namyśle, — że umiejętność pracowania zdobyć sobie może każdy, kto tego chce...
Franuś smutnie pokiwał głową.
— O, jakże nie znasz świata i spraw jego, kuzynko! — zawołał — sądzisz, że każdy z nas młodych ludzi, umiejących zręcznie bez zarzutu znaléźć się salonie, tańczyć, grać, a może i mówić obcemi językami, posiada już w ręku środki, które przy dobréj woli mogą mu byt i stanowisko niezależne zapewnić. Gdzie tam! Ręczę ci, że prawie wszyscy mężczyźni, których znasz i którzy na pozór wyglądają i rozumni, i energiczni, gdyby zostali nagle odarci z majątków, jakie posiadają, i pozostawieni samym sobie, poumierali-by z głodu, albo-by także żyli na łasce u kogo bogatego. Mnie, naprzykład, wychowywała babka Hortensya, razem z jedną ze swych krewnych sierotą, ale bogatą. Ją i mnie uczyły jedne guwernantki. Mieliśmy Francuzkę, Niemkę i Angielkę, to téż i ja mówię nieźle po francuzku i po niemiecku, a rozumiem język angielski. Zresztą dowiedziałem się jeszcze, jak się nazywają stolice wszystkich krajów tego świata, największe rzeki i góry w Europie, nauczono mię tańczyć kontredansa i walca i wygrywać na fortepianie kilka dumek i polek. Kiedy miałem lat ośmnaście, bogata kuzynka, która uczyła się razem ze mną, a raczéj z którą się ja uczyłem, umiała tyleż; skończyła edukacyą i ja ją z nią razem skończyłem. Kuzynkę porwano zaraz za mąż, bo miała posag i była, jak się wyrażano, dobrze wychowaną panną; a ja zostałem w Rodowie z tém niby, że będę pomagać w gospodarstwie ciotce Hortensyi. Znasz, kuzynko, jéj charakter; widziałaś zresztą, jak się ze mną obchodzi; możesz więc domyślić się, jakiém jest położenie moje w jéj domu.
Gdy straciłem rodziców i byłem bardzo biednym sierotą, dla honoru familii, podjęła mię jak pieska, porzuconego na drodze, abym nie urósł na łotra lub żebraka, a tém nie przyniósł wstydu familii. Ale o potrzeby istotne serca i umysłu mego nigdy nie pytała, nigdy nie przyszło jéj na myśl, czém będę? a może nawet nie życzyła-by sobie, abym czém był. Bo być czémś na świecie, to znaczy pracować, a praca moja przyniosła-by ujmę honorowi familii, któréj jestem członkiem. Tak więc dano mi wychowanie kobiece i urobiono we mnie kobiecy charakter. Nic nie umiem gruntownie i nie mam dość siły, aby z próżnemi rękoma i głową nieudolną pójść w świat i torować sobie drogi, do których utorowania żadnych nie posiadam narzędzi... O! nieraz myślę, że tysiąc razy był-bym szczęśliwszym, gdyby mię zostawiono w biedzie i opuszczeniu... Może nauczył-bym się ziemię orać, albo rąbać drzewo po lasach; nie znał-bym wprawdzie zbytków i tych szybko przemijających przyjemności, jakie daje pobyt w świecie, w którym mię wychowano, ale za to był-bym wolny i niezależny i nie czynił-bym sobie takich gorzkich wyrzutów, jakie teraz bezustannie mię dręczą.
Pociągnął ręką po czole i z głową opadłą na piersi mówił daléj:
— Bo i czém-że dziś jestem? Pasożytem, próżniakiem, nędzną istotą, zmuszoną do wysługiwania się za udzielony przytułek i kawałek chleba. Wzdrygam się na myśl, aby tak miało być zawsze, a nie widzę, jakim sposobem mogło-by stać się inaczéj. Opuścić dom ciotki? Tak, muszę to kiedyś uczynić, ale kędy obrócę się na świecie? Co będę czynił daléj? Na jaką wyjdę drogę? Nie wiem, bo miękkiém wychowaniem odebrano rękom moim siłę i hart, a w głowę nie włożono nic, coby mogło skutecznie tę siłę rąk zastąpić. Czy pamiętasz, kuzynko, jak, kiedy to piérwszy raz widziałem cię w domu twéj matki, mówiłaś mi, że nie lubisz niewoli, a ja ci odpowiedziałem wtedy, że na świecie często się spotkasz z niewolą... mówiłem o tém z doświadczenia...
Umilkł kuzyn i czoło na dłoń pochylił, a ja długo mu nie odpowiadałam. Zapadłam w długą a smutną zadumę: przed oczyma memi stanął pan Agenor i przypomniałam sobie słowa z listu jego do Rozalii: „Stańmy przed społecznością i zapytajmy ją: dlaczego tak strasznie okaleczyła swe dzieci?” O, tak! myślałam, jakże okaleczeni, jak nieszczęśliwi są ci ludzie, te biedne dzieci świata, tak pięknego i szczęśliwego na pozór!... Oto jednego z nich podjęła biednym sierotą ciotka bogata, „jak pieska, upuszczonego na drodze” i dla honoru familii nie pozwoliła z głodu umrzéć jego ciału, a ducha o głód przyprawiła wieczny. Okryła go cienkiém odzieniem, wychowała na woskowanych posadzkach swoich salonów, ręce jego uczyniła białemi, nauczyła go połysków pozornego światła, a sercu jego nie dała hartu, a w głowę jego nie wlała myśli kierowniczéj dla życia i uczyniła zeń pieska pokornego, ku podejmowaniu kłębuszków upadłych, z duszą skomlącą w głębi i dopominającą się o swe nieśmiertelne człowiecze prawa!... A tam oto drugi człowiek piękny, z przyrodzonemi zdolnościami umysłu, z bogactwem odziedziczoném po przodkach, wywozi te bogactwa za góry i morza, rozsiewa je po drogach tak lekkomyślnie, jak małe dziewczę kwiaty z fartuszka, a potém wraca zrujnowany w rodzinne progi i ginie marnie z gangreną w sercu, a goryczą na ustach! Czy oba ci ludzie urodzili się na to, aby tak smutne wiedli istnienie? Czy Bóg sprawiedliwy, oblekając w ciała duchy nieśmiertelne, i posyłając je na ziemię, aby tam posłannictwo swoje pełnili, z góry mówi do jednych: wy zacnymi i prawymi synami ziemi będziecie! a drugim rozkazuje: pójdziecie tam na to, aby po drogach waszych za wami i przed wami słały się cienie posępne, abyście temi cieniami zarażali napotykanych braci waszych i sami, przyodziani w nie, kroczyli ze spuszczonemi czołami, jak potępione duchy na manowcach, albo jak pasożyty, wyrastające ze zgnilizny, więdli i marnieli wprzódy, nim wydacie kwiat albo owoc! Czy może być, aby Bóg sprawiedliwy tak strasznemi wyroki naprzód już oddawał potępieniu dzieci swe, które sam obdarza istnieniem? Nie, tak być nie może! myślałam, tu, tu, gdzieś na świecie musi być kędyś atmosfera zepsuta, co zaraża duchy ludzkie i odbiera im bozkie znamiona, grunt jakiś jałowy lub zatruty, na którym, zamiast mocy, wzrasta słabość, zamiast prawdy, zwodny pozór, zamiast nasienia cnoty, występku pierwiastki. Ale gdzie jest to miejsce, ten grunt, ta atmosfera dla dusz szkodliwa? Mój Boże! nie wiedziałam. I daremnie pracowała nad tém młoda, niedoświadczona moja głowa; nie mogła dać żadnéj odpowiedzi niespokojnym pytaniom, które w niéj wrzały. Widziałam skutki, ale dojrzéć nie mogłam przyczyn. Kryły się one jeszcze przede mną za tajemniczą oponą, którą w dalszém życiu dopiéro podnieść miała, twarda, ale nauczająca dłoń doświadczenia.
Spojrzałam z uwagą na kuzyna i spostrzegłam, że gładkie i kształtnie zarysowane jego czoło oblało się ciemnawym kolorytem myśli ciężkich, na ustach świeżych i rumianych drgały przepowiednie gorzkich a szyderskich uśmiechów, które z czasem wykrzywić je miały, źrenice jego traciły błękit niebios, a zasuwały się mętną, szarą barwą, powstałą tam może dla pokrycia łez boleści, czy przygnębiającego zniechęcenia, czy jeszcze młodzieńczego ognia, który z piersi przemocą wyrwać się pragnął, a nie widział przed sobą nic, coby ogarnąć mogły jego płomienie. Żal mię zdjął i litość. Położyłam dłoń na ręku Franusia i zapytałam:
— Kuzynku, czém jest to, co wam tak wiele złego sprawia? — Popatrzył na mnie długo z namysłem i odpowiedział:
— Zdaje mi się, iż największa liczba nas młodych mężczyzn nie umié zdobyć sobie bytu o własnych siłach i ginie marnie w różny sposób przez to, iż od dzieciństwa wszystkie starania wychowujących osób zwrócone są na pokrywanie nas jak najwięcéj błyszczącym pokostem, pod którym nie dopytać się potém ani gruntownéj wiedzy, ani żadnych pojęć zasadniczych, coby podstawą i kierunkiem życia być mogły.
— A dlaczego tak jest? — zawołałam niecierpliwie.
— Dlatego, kuzynko — tłómaczył Franuś — że bogaci ludzie ufają we wszechmocną potęgę bogactw i myślą, że gdy je zostawią synom, niczego oni już więcéj potrzebować nie będą.
Pomyślałam, że słowa te zupełnie tłómaczyły mi nieudolność i zepsucie serca pana Agenora, obok jego pięknych przyrodzonych przymiotów. Ale Franuś? Wszak on nie posiadał żadnego majątku?
— Kuzynku — ozwałam się z pewną nieśmiałością — przecież babka Hortensya, wychowując cię, wiedziała dobrze, że nie jesteś bogaty?
Uśmiechnął się smutnie.
— To co innego — wymówił zwolna. — Bogaci krewni dają wychowanie ubogim kuzynom, nie dla ich dobra, ale dla honoru familii.
Jakże smutném i dziwném było to wszystko! Jakże inaczéj wyobrażałam sobie młodych mężczyzn na pensyi jeszcze, gdy, dorastając, z zachwytem czytałam powieści świat malujące, i śniłam o bohaterach tych powieści, jak o prawdziwych bohaterach ludzkości. Gdzież więc był ten hart, to męztwo, ta prawość niezłomna, ta gotowość do poświęceń za wszystko, co dobre i wielkie, które w wyobraźni młodziuchnéj dziewicy splatają tęczę cudowną, otaczającą mężczyznę ideał? Miałoż-by to wszystko być fikcyą tylko gorącéj fantazyi, albo snem, przyniesionym przez kobietę z lepszych światów, a którego urzeczywistnienia na tym świecie daremnie-by szukać chciała? Ależ w takim razie wszystkie jéj nadzieje były-by urojeniem próżném, a to bicie jéj serca młode, gorące, dźwiękiem, skazanym na skon bez echa. Bo i jakże ukochać ciemność, gdy się słodko o światłości marzyło? Jakże tu pogodzić się z nędzą, gdy dusza wyroiła bogate pałace o ścianach dyamentowych? Miałyż-by pragnienia młodéj dziewicy uleciéć od niéj na zawsze w krainy napowietrznéj poezji, a nigdy obok niéj w ziemskich nie zjawić się kształtach? Smutno! Zakryłam oczy dłonią, a mara zwątpienia, blada, drżąca i zimna, podniosła się w sercu mojém na świeżéj pogrzebanego uczucia mogile i znowu szeptała do ucha przepaściste pytanie: i w cóż mam wierzyć na świecie? Nagle, pod przymkniętemi memi powiekami, niewyraźnemi z razu zarysy, poczęła migotać twarz jakaś męzka, nieznana i dobrze znana zarazem. Powoli uwydatniały się i uplastyczniały rysy téj twarzy; widziałam czoło wielkie, wypukłe, pod niém ściągłe oczy, patrzące w przestrzeń z rozumnym spokojem, usta, ozdobione łagodnym myślącym uśmiechem. Coraz wyraźniéj, coraz światléj twarz ta rysowała się na tle ciemném, pod przymkniętemi powiekami memi. Wpatrzyłam się w nią i poznałam raz tylko w życiu widzianą twarz hrabiego Witolda.
Drżąca mara zwątpienia skryła się znowu w daleki zakąt serca i przycichła, a ja myślałam ze zdziwieniem: dlaczego to nieznane oblicze wyryło się w méj pamięci tak dobitnie i głęboko? Dlaczego po raz już drugi stawało ono przede mną w chwili, gdy dusza moja najgoręcéj szukała po świecie prawdy i spokoju? Czy w człowieku, który je nosił, leżało właśnie to, o czém śniła gorąca ma wyobraźnia, a duch mój, kierowany tajemniczą sympatyą mimowolnie dążył tam, gdzie mógł znaléźć przeczutą i upragnioną światłość?...
Odetchnęłam pełną piersią. Na twarzy, co się przede mną zjawiła, zobaczyłam wypisane słowa z listu mego ojca: po za granicami świata, w jakim się znajdujesz, jest świat inny, rozległy świat myśli, pracy, cnót, rzadko rozsianych, ale przyświecających ludzkości, jak szeroko rozpalone pochodnie... Tak, pomyślałam, oblicze to dlatego tak głęboko uwięzło w méj pamięci, że człowiek, który je nosi, niepodobny jest do wszystkich tych, których napotykałam dotąd i należy zapewne do tego innego, dalekiego świata, w którym cnoty, jak pochodnie śród nocy, przyświecają ziemi... Lżéj mi było na sercu, a w piersi przestałam poczuwać chłód, sprawiony garścią ostudzonego popiołu, jaka w niéj była niedawno. Z zamyślenia obudził mię turkot kół na dziedzińcu. Spojrzałam w okno. Przed gankiem stał ładny koczyk, a z niego, w popielatém ubraniu o poprzecznych pręgach, wysiadł pan Henryk.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.