Pamiętnik Wacławy/Świat mojej matki/XXXVIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Pamiętnik Wacławy
Podtytuł Ze wspomnień młodéj panny ułożony
Data wydania 1884
Wydawnictwo S. Lewental
Drukarz S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst „Świat mojej matki”
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst „Świat mojej matki” jako ePub Pobierz Cały tekst „Świat mojej matki” jako PDF Pobierz Cały tekst „Świat mojej matki” jako MOBI
Indeks stron

XXXVIII.

Nazajutrz wcześnie weszłam do pokoju matki i znalazłam ją zajętą pisaniem listu. Złożyła pismo, oddała je czekającemu u drzwi posłańcowi, a gdy odszedł, rzekła do mnie:
— Wysłałam do pana Agenora odmowną odpowiedź.
Gdy to mówiła, spostrzegłam, że była bledszą, niż zwykle, ale w twarzy jéj nie było żalu, owszem, malowało się w niéj silne postanowienie, kiedy niekiedy tylko mącone przebłyskiem niepokoju.
— Teraz — mówiła daléj — pojedziemy do Rodowa, aby uwiadomić babkę Hortensyą o tém, co zaszło. Będziemy musiały stoczyć z nią walkę, tém przykrzejszą, że nie mamy prawa pokazać jéj listu, będącego jedynym dotykalnym dowodem, iż postępowanie nasze słuszném jest, a nawet konieczném. Listu tego nikt, prócz nas dwóch, widziéć nie powinien; schowaj go pilnie u siebie i przy piérwszém widzeniu się oddaj do rąk Rozalii. Szalona to dziewczyna, ale z szaleństwa jéj korzystać nie mamy prawa. Babka Hortensya będzie zdumiona i rozgniewana, i daj Boże, aby to zajście przykrych skutków nie wywarło na twoję i moję exystencyę...
Po południu jechałyśmy do Rodowa. Obie z matką byłyśmy blade i zamyślone, ale spokojne. Ją wspierała widocznie miłość macierzyńska, bo tkliwiéj jeszcze, niż zwykle, patrzyła na mnie; ja z zadumą wpatrywałam się w mogiłę świeżo usypaną w mém sercu i myślałam, że pogrzebałam w niéj nie miłość prawdziwą, ale marzenia, poryw wyobraźni, co, omamiona młodemi pragnieniami, upojona światowym wirem, nie potrafiła odróżnić prawdy od zwodnego połysku i, zamiast człowieka, który istniał w rzeczywistości, kazała mi ukochać stworzoną i do ideału podniesioną przez siebie marę.
Babki moje obie, jak zwykle, siedziały w bawialnéj swego domu szufladzie, zatrudnione wyrabianiem frywolitek i kwadratów. Od progu już spostrzegłam, że babka Hortensya utkwiła we mnie oczy, ciekawe i przenikliwe. Powitała nas z największą uprzejmością, do jakiéj była zdolną, a w kilka chwil potém zwróciła się do mojéj matki ze słowami:
— Zapewne, Matyldo, przyjechałaś, aby mi oznajmić, że córka twoja została już narzeczoną pana Agenora? Spodziewam się, że i on sam wkrótce tu przybędzie...
Bladość mojéj matki zwiększyła się, fałdy leżały na jéj czole głębokie i smutne. Spokojnie jednak odrzekła:
— Kochana ciociu, plany, które dla przyszłości Wacławy raczyłaś układać, a które i ja potwierdzałam z całego serca, nie mogą być spełnione. Uznałam, że Wacława nie może i nie powinna zostać żoną pana Agenora, i przed kilku godzinami posłałam już odpowiedź, w któréj odmawiam ręki mojéj córki.
Z palców babki Hortensyi wypadł kłębuszek bawełny, ręce jéj opadły na kolana, a oczy utkwiły w twarzy mojéj matki z wielkiém zdumieniem.
— Co powiedziałaś, Matyldo? Zdaje mi się, że nie zrozumiałam cię dobrze? — ozwała się twardym głosem.
— Powiedziałam — zawsze spokojnie odrzekła moja matka — że odmówiłyśmy panu Agenorowi i że Wacława żoną jego nie będzie. — Brwi babki Hortensyi zsunęły się, a na policzki jéj bladawy wystąpił rumieniec.
— Czyliż dostąpię zaszczytu dowiedzenia się o powodach tego nierozsądnego postępku? — wymówiła, pałając gniewem i oczy posuwając z twarzy mojéj matki na moję.
— Zanadto szanuję cię i kocham, droga ciociu — zaczęła moja matka — zanadto cenię życzliwość twą, którą chciałaś okazywać mnie i mojéj córce, abym, sprzeciwiając się twéj woli, nie wyjaśniła ci powodów, dla których czynić to jestem zmuszoną. Odmówiłam panu Agenorowi ręki Wacławy, dlatego, że przekonałam się, iż nie tylko on jéj nie kocha, ale że do żenienia się z nią zachęcało go jedynie pieniężne wyrachowanie, że małżeństwo to uważał sobie za nieszczęście, do którego przyjęcia zmuszała go majątkowa ruina, nieszczęście tém dotkliwsze dla niego, iż najżywiéj jest zajętym inną kobietą.
Babka wzruszyła pogardliwie ramionami i uśmiechnęła się szydersko.
— Mój Boże! — odrzekła — a czy nie można wiedziéć, kto jest ta kobieta, to widmo waszéj rozmarzonéj wyobraźni?
— Rozalia — powoli wyrzekła moja matka.
— Ha, ha, ha! — z przykrą ironią zaśmiała się babka — jakżeż stare opowiadacie mi dzieje! toć to wieki średnie. Matyldo, snać bardzo mało interesują cię sprawy twojéj familii, jeżeli nie wiesz o tém, że głupia ta miłostka pana Agenora z Rozalią oddawna należy do niepowrotnéj przeszłości.
— W istocie — przerwała moja matka — sama sądziłam, że była to tylko miłostka, która już minęła, i dlatego nie widziałam w niéj żadnéj groźby dla przyszłości Wacławy, jeśli-by wyszła ona za pana Agenora. Ale teraz wiem z pewnością, że jest inaczéj, i że pan Agenor uczynił z sumieniem swém kompromis, skazujący Wacławę na zostanie żoną człowieka, kochającego inną kobietę, i bynajmniéj nie zdecydowanego na zwyciężenie, lub choćby próbę zwyciężenia téj miłości...
Im dłużéj mówiła moja matka, tém różowszy rumieniec okrywał policzki babki Hortensyi i z większą szybkością ściskały się i rozwierały wązkie jéj usta.
— I któż to — ozwała się w końcu przeszywającym tonem — i któż to paniom udzielił tych przyjemnych i pożytecznych wiadomości? Czy można to wiedziéć?
— Na to, o czém mówiłam, mamy niezbite i dotykalne dowody; ale wybacz, droga ciociu, pewne względy nie pozwalają mi wyjawić przed tobą, kto nam ich udzielił.
— To może przynajmniéj dowody te okazać mi raczysz?
— Nie, ciociu, i tego uczynić nie mam prawa.
Babka Hortensya powstała z miejsca, wyprostowana i sztywna.
— Matyldo! — zaczęła twardym i suchym głosem — nigdy nikt z familii tak często, jak ty, nie sprzeciwiał się mojéj woli. Wyszłaś za mąż pomimo oporu, jaki małżeństwu temu stawiałam, przez co zrobiłaś mezalians, przynoszący wstyd rodzinie. Przyszłaś do rozumu i rozstałaś się z mężem, byłam zadowolona z ciebie i chciałam, abyś rozwiodła się i została żoną księcia X., który się starał o twą rękę. Dla niepojętego mi dotąd kaprysu, odmówiłaś księciu i powstrzymałaś rozpoczęte już kroki rozwodowe. Pamiętasz, że wyraziłam ci wówczas moje żywe niezadowolenie, a ty, zamiast starać się naprawić swój błąd innym jakim stosownym maryażem, do którego tyle nastręczało ci się partyi, o mało nie wróciłaś do męża, aby dzielić z nim znowu sławę bakałarza i chleb wyrobnika...
— Bodaj bym to była uczyniła! — drżącemi usty szepnęła moja matka. Babka przeszyła ją nawskróś gniewnemi oczyma.
— Tak — ciągnęła — znam dobrze twoję przewróconą głowę i fantastyczne porywy, któremi się rządzisz. Ale, dzięki Bogu, ja stałam przy tobie na straży i nie pozwoliłam, abyś raz jeszcze pociągnęła wspólne nasze imię w tę zgraję plebejuszów, pomiędzy którą podobało ci się wybrać sobie męża, i abyś powróciła do człowieka, co grubijaństwem odpłacił ci zaszczyt, jakim go obdarzyłaś, zostając jego żoną.
Matka moja żywo się poruszyła i rumieńce trysnęły na jéj twarz bladą.
— Moja ciociu! — zawołała, czyniąc wyraźne wysilenie dla zachowania spokoju — albożem ci mówiła kiedy, że ojciec Wacławy nieprzyzwoicie obchodził się ze mną? Nie, nie mówiłam tego, bobym kłamała, a wiesz sama o ile niezdolna jestem do kłamstwa. Poróżnienie nasze wynikło z różnicy przyzwyczajeń i zamiłowań naszych, i kto wié, moja ciociu, może po stronie była prawda...
Babka uczyniła ręką gest wzgardliwy.
— Zostawmy na stronie tę przykrą przeszłość twoję — wyrzekła oschle — co się stało, to się nie odstanie, ale ja, która przez wiek i majątek, jestem głową familii i stoję na straży jéj rodowego honoru, chcę aby Wacława małżeństwem swém wynagrodziła smutne, małżeństwo przez jéj matkę zawarte. Dlatego oddawna zwróciłam uwagę na pana Agenora, bo, z wyjątkiem tego dziwaka, hrabiego Witolda, posiada on najznakomitsze imię w prowincyi i najzaszczytniejsze familijne koligacye. Co zaś do jego majątkowéj ruiny, o tę proszę się nie troszczyć, bo podjęłam się wynagrodzić ją wydźwignieniem z toni twego funduszu, Matyldo, i obdarzeniem Wacławy bogatém wianem. Co przyrzekłam, tego dotrzymam, ale wola moja jest niezłomną. Chcę, aby Wacława została żoną człowieka, którego jéj na męża przeznaczam i, naprawiając niedorzeczność przez was popełnioną, natychmiast napiszę do pana Agenora, aby przybywał do Rodowa powitać swoję narzeczoną, któréj ręką ja rozporządzam sama.
Tu uczyniła poruszenie, jakby odejść chciała, lecz moja matka podniosła się zwolna, spokojna, ale wyprostowana i poważna, zastąpiła jéj drogę.
— Nie uczynisz tego, moja ciociu — wyrzekła stanowczo — bo, lubo szanuję znaczenie twe w familii i wysoko cenię twoje dla Wacławy względy, nie mogę, nie mam prawa zrzec się opieki nad moją córką i oddać jéj człowiekowi, o którego nieuczciwości i obojętności dla niéj zupełnie jestem przekonana. — Brwi babki zsunęły się groźnie i po bladawo zrumienionych jéj policzkach przebiegło parę drgnień nerwowych. Podniosła w górę biały swój palec i wyrzekła suchym, ale przenikającym głosem:
— Matyldo, strzeż się!
Głowa mojéj matki opadła na piersi, westchnienie ciężkie, choć stłumione, pierś jéj podniosło. Babka wyciągnęła ku niéj wskazujący swój palec i dodała:
— Pomyśl, co stanie się z tobą i z tém zuchwałém twojém dzieckiem, jeżeli ja cofnę od was moję rękę.
Bladość mojéj matki zwiększyła się, stała nieporuszona i milczała. Ja, z sercem zamierającém w piersi patrzyłam na nią, a na widok boleści i przygnębienia, które coraz wydatniéj twarz jéj pokrywało, poczułam pragnienie wyjścia z biernéj mojéj roli i odpowiedzenia babce, że uczynię wszystko, czego ode mnie żąda, że biedną przyszłość moję oddam w jéj ręce, byle tylko nie dręczyła matki mojéj, byle uczyniła to, co jéj spokój przywrócić może. Myśl ta zabłysnęła w méj głowie, jak paląca straszna błyskawica; powstałam i zbliżyłam się do babki, ale usta moje otworzyć się nie chciały. Czułam na piersi schowany za stanikiem list pana Agenora, a uczucie to zatrzymywało mi głos w gardle. Powiedziéć, że zgadzam się na zostanie żoną człowieka, który nie miał w sercu prawdy ni miłości dla mnie, który po istnieniach ludzkich deptał, jak nieroztropne dziecię po kwiatach, złamać do reszty życie téj biednéj, téj szalonéj Rozalii, nad którą litowałam się, ale któréj nienawidziéć nie mogłam i nie powinnam była... powiedziéć to wszystko i jedném słowem zniszczyć cały urok życia i wszystkie cudowne sny młodości oddać wichrowi rozpaczy, ach! nie mogłam... nie mogłam...
Otwierałam usta, ale żadne z nich nie wychodziło słowo i patrzyłam na babkę z milczącém błaganiem. Tymczasem matka moja stała nieporuszona, ręką o stół oparta, w bolesnéj zatopiona myśli. Babka Ludgarda, wzruszona, ze łzami w oczach, patrzyła na siostrę swoję, która, wyprostowana, sztywna, z uśmiechem zimnego tryumfu na wązkich wargach, przenikliwe piwne swe oczy przesuwała zwolna po bladych i niemych naszych twarzach. I nie wiem, jak długo trwała ta chwila ciężkiego milczenia; zdawało mi się tylko, że mroczny salon ciemniejszym był jeszcze, niż zwykle, i machinalnie słuchałam, jak ciszę głęboką przerywało monotonne tentno ściennego zegara.
Nagle do tentna tego inny, przychodzący z zewnątrz domu, przyłączył się odgłos. Było to jakby zbliżające się, stłumione murawą dziedzińca, stąpanie konia. Stawało się ono coraz bliższém i bliższém za oknem mignął szybko cień wysoki, potém w przyległéj sali dały się słyszéć pośpieszne kobiece kroki, i w drzwiach ukazała się Rozalia, w czarną ubrana amazonkę. Była zupełnie inną, niż dnia poprzedniego. Zamiast rumieńca wzburzenia, miała na twarzy bladość boleści, zamiast zuchwałego gniewu, pokorę i błaganie. Spodziewała się widać znaléźć nas wszystkie zebrane, bo nie wydawała się zdziwioną. Zatrzymała się chwilę we drzwiach i rękę o drzwi oparła, jakby siły ją opuszczały. Babka Hortensya utkwiła w niéj spojrzenie.
— W samę porę przybywasz, Rozalio — wymówiła dość głośno, aby mowa jéj posłyszaną być mogła przez stojącą zdala od nas przybyłą — mówiłyśmy właśnie o tobie i potrzebną jesteś dla rozwiązania pewnéj zagadki, któréj nikt tu rozwiązać mi nie raczy. Zbliż się!
Rozalia postąpiła naprzód i powolnym, ale pewnym krokiem przebyła całą długość salonu. Potém milczącém skłonieniem głowy powitała wszystkich, i stanęła przed babką Hortensyą ze spuszczonym wzrokiem. Spostrzegłam, że oczy jéj, pałające zwykle, teraz były bez blasku, a powieki miała nabrzmiałe i zaczerwienione. Babka patrzyła na nią przez chwilę w milczeniu i ze zsuniętemi brwiami, potém wyrzekła twardo i surowo:
— Pragnę, abyś mi powiedziéć raczyła, czy długo jeszcze zamiarem twoim będzie mącić sprawy familii i sprzeciwiać się moim rozporządzeniom i chęciom? Czy długo jeszcze popełniać będziesz szaleństwa swoje i mieszać głupie pomysły twéj romansowéj głowy do poważnych spraw familijnych? Powiedz mi zaraz, co nagadałaś Wacławie i jéj matce o człowieku, który był dość nierozważnym, aby kiedyś zawiązać stosunek z taką złośliwą i lekkomyślną, jak ty, dziewczyną? Wiem dobrze, choć mi o tém nie powiedziano, że to twoja robota. Powtórz-że przede mną te baśnie, wylęgłe w twéj rozbujałéj wyobraźni... Czegóż milczysz? No, podnieś-że oczy... zobaczymy, czy będziesz miała odwagę przede mną te baśnie powtórzyć!...
Rozalia podniosła oczy, odetchnęła głęboko i wymówiła zwolna:
— Tak, babciu, tę odwagę... będę miała...
Głos jéj stłumiony i głęboki zdawał się z ciężkością wychodzić ze zmęczonéj piersi. Umilkła na chwilę i potoczyła zamglonym wzrokiem po wszystkich twarzach, potém zwróciła się znowu do babki Hortensyi i mówiła daléj:
— Wiedziałam dobrze, iż dziś znajdę tu Wacławę i przyjechałam umyślnie dlatego, aby w jéj obecności powtórzyć przed tobą babciu, to wszystko, co wczoraj przed nią mówiłam...
Babka zaśmiała się wzgardliwie i wzruszyła ramionami.
— Jeśli dlatego tylko przybyłaś — rzekła — aby powtarzać te romantyczne androny, o których słyszałam już niegdyś od ciebie, mogła-byś oszczędzić sobie fatygi i siedziéć w domu... Bo co do mnie, rozkazuję ci, przeciwnie, odwołać niegodną potwarz, jaką rzuciłaś na człowieka, który będzie mężem Wacławy...
Rozalia wyprostowała się, słaby rumieniec przebił się z za bladości pokrywającéj jéj policzki.
— Potwarzy nie rzucałam na nikogo — wymówiła zwolna, dobitnie. — To, co powiedziałam Wacławie, jest prawdą, i przybyłam tu, aby ją o téj prawdzie raz jeszcze uwiadomić, w innéj wszakże intencyi, niż to uczyniłam wczoraj. Wczoraj byłam wzburzona cała, obłąkana rozpaczą... szukałam tylko sposobu pomszczenia się nad Wacławą i wlania w jéj serce niczém nieodegnanéj goryczy... przez noc upłynioną, rozpacz moja roztopiła się w łzy... płakałam oddawna poraz piérwszy i dziś jestem lepsza... dziś mam na myśli ratować Wacławę, a jeśli można i siebie... dziś przybyłam do ciebie, babciu, znowu z ostatniém błaganiem...
Głos jéj zadrżał, ręce złożyła jak do modlitwy i oczy zaszłe łzami utkwiła w twarzy babki.
— Babciu — mówiła daléj głosem przerywanym — zważ, co chcesz uczynić! Trzy istnienia złamiesz, trzy serca na proch zmiażdżysz! On mię kocha! jak to słońce świeci na niebie, tak to jest prawdą... dlaczego, kochając mię, nie chce mię wziąć za żonę? O, babciu! ty wiész o tém! Może kto zadziwi się, że, pomimo to, nie gardzę nim, że duma kobieca nie zabiła we mnie uczucia dla niego! O, mój Boże! alboż wiem sama, dlaczego tak jest? Niech Bóg i ludzie sądzą go, ja nie usprawiedliwiam nic, o nic nie obwiniam... ja kocham tego, komu w dzieciństwie jeszcze prawie oddałam moje serce, czyją wobec Boga i sumienia żoną jestem i nikogo więcéj nie kochałam na świecie, i jeśli on nie zostanie moim mężem, ani do niego, ani do nikogo należéć nie będę nigdy...
Załamała ręce i krzyknęła z wysileniem.
— Zbłądziłam! tak! wiem o tém! jestem nędzną obłudną i złą istotą! Burze, co wrzały wciąż we mnie, zamknęłam pod maską pozornego spokoju... nie lubiłam ludzi i język mój zamieniłam w żądło kolące! Wyznaję winy moje, wyznała-bym je w obliczu całéj zebranéj ludzkości, gdyby ona tu stała przede mną, ale pokutowałam... pokutuję... przeniosłam straszne męki... czułam w saméj sobie powolne konanie wszystkiego, co było we mnie dobre... usychanie i opadanie wszystkich świeżych kwiatów młodości... umierałam razem z niemi, a po każdéj takiéj śmierci, budziłam się coraz gorsza... Ale zważcie, proszę, czy wszystko na moje barki złożyć należy? Czy ja sama uczyniłam siebie taką, jaką jestem?
— A któż cię taką uczynił? szalona istoto! — wzgardliwie zapytała babka Hortensya.
— Kto? — rzekła Rozalia i po chwili dodała ciszéj: — Ty, babciu!
Babka zbladła bardzo i uczyniła ręką gest nakazujący milczenie, ale Rozalia nie zwróciła na to uwagi i mówiła daléj głosem, którego uniesienie łagodzone było niezmierną żałością:
— Wszak ty to, babciu, byłaś mi od dzieciństwa mistrzynią i kierownicą, bo matka moja ślepym zawsze twéj woli była narzędziem... Ty mi naprzód przestrogami swemi wlałaś obłudę w serce, bo kazałaś milczéć, gdy mówić chciałam, okazywać się dzieckiem, gdym czuła się już kobietą... myśl każdą, każde uderzenie serca, miarkować i stosować do praw ścisłego konwenansu... Ty wychowaniu memu nadałaś kierunek błędny, okryłaś mię pozorami blasku, a nie dałaś treści duchowéj, co jest dla życia opoką... nauczyłaś grać na fortepianie i mówić obcemi językami, a nie dałaś pojęcia o pracy, która-by od próżnych marzeń ognistą mą ustrzegła głowę... Marzyłam więc i wymarzyłam miłość... znalazłam jéj urzeczywistnienie i do niéj przykułam życie... a kiedy potém błagałam cię, abyś garścią złota okupiła błąd mój, uświęciła go zezwoleniem świata i ołtarza, odtrąciłaś mię, odepchnęłaś, powiedziałaś, że człowieka, którego kocham, wszechmocna twoja ręka przeznacza dla innéj twéj wnuczki, któréj ojca gminne nazwisko on miał swém arystokratyczném osłonić imieniem... Boże mój! jakaż straszna była to chwila, w któréj od ciebie wtedy odeszłam... Babciu, tyś wtedy zgubiła duszę moję!... Tyś i sama nie wiedziała, co uczyniłaś. Myślałaś, że jestem dzieckiem z niedowarzoną głową, albo jedną z tych zimnych lalek, co zwą się w świecie dobrze wychowanemi pannami... A ja byłam kobietą... grzeszną, ale silną i uporczywą w upadku i w grzechu... Wraz z miłością upadek mój legł mi na sercu kamieniem ciężkim i serce całe w kamień mi przemienił... w kamień, płonący jak zarzewie, a niewygasły, i oto masz mię babko moja przed sobą taką, jaką mię uczyniłaś, a jednak Anioł Stróż mojéj młodości nie zupełnie jeszcze uleciał ode mnie, i szepce mi jeszcze, gdzieś na samém dnie mojéj duszy, że mogę być inną, mogę pochwycić na nowo światło utracone, cnotą błąd zmazać... byleby tylko daném mi było to, bez czego być mi inną nie sposób...
Podniosła obie dłonie do twarzy i załkała głośno, potém przystąpiła bliżéj jeszcze do babki i znowu ręce do błagania złożyła:
— Babciu! — zawołała — przebacz! nie chciałam ci czynić wyrzutów! Wytoczyły się one z ust moich, jak lawa z krateru wulkanu, który chyba ręka Boga powstrzymać może! Przebacz mi! Nie chciałam cię obrazić! jam dziś lepsza, niż byłam dawniéj! Przyszłam do ciebie z ostatnią prośbą, z ostatnią nadzieją! Nie oddawaj mu Wacławy, on ją nieszczęśliwą uczyni! Oddaj mu mnie, a daj nam tyle tylko, aby on nie miał nędzy, któréj się obawia. Ja podejmuję się podnieść i wzmocnić jego ducha, będę go tak kochała, będę dla niego tak dobrą, łagodną, poświęconą, że bez bogactwa będzie się czuł szczęśliwym... Nauczę go pracować..., oboje pracować będziemy..., daj mi teraz tyle tylko, aby stłumić w nim nędzy obawy... Babciu! będziesz sama szczęśliwa swém dziełem... Wacława wyjdzie za mąż... ona tak młoda, taka piękna..., ożeni się z nią inny jaki z brzmiącém nazwiskiem..., a jego mnie oddaj!
Mówiąc to wszystko bezładnie, z wybuchami łez i prośby naprzemian, Rozalia upadła przed babką na klęczki i drżącemi ramionami objęła jéj kolana.
Babka Hortensya zdawała się być w posąg zmienioną. Na bladéj twarzy jéj nie było ni litości, ni gniewu, głowa tylko po raz piérwszy, odkąd ją znałam, opadła na piersi, powieki zasłoniły surowe źrenice, a na czole śród zmarszczek licznych występowały zwolna nowe bruzdy, niby nowych rodzących się w głowie myśli zwiastuny. Nie odtrącała klęczącéj przed nią łkającéj Rozalii i kilkanaście sekund stała niema i nieporuszona, jak wyrocznia, trzymająca w swéj władzy losy ukorzonych przed nią śmiertelnych.
Po chwili opuściła swą białą, chudą rękę na ramię Rozali i wyrzekła:
— Wstań!
Głos jéj mniéj twardo brzmiał, niż wprzódy. Może ten dźwięk złagodzony wywołał słaby błysk nadziei na twarzy Rozalii... porwała się z klęczek i ze złożonemi ciągle na piersi rękoma stanęła przed babką.
— Zkąd ci ta pewność niezłomna, że on nie kocha Wacławy? — zabrzmiało po chwili pytanie babki Hortensyi.
— Alboż cię, babciu, nie przekonał o tém list, który wczoraj Wacławie oddałam? — spytała Rozalia.
— Żadnego nie czytałam listu — odrzekła babka.
Rozalia wpatrzyła się we mnie zdziwionemi oczyma.
— Jakto? — zawołała, — nie pokazałaś babce listu tego.
— Nie pokazałam go nikomu, prócz matki mojéj, bo ona i ja, to jedno, — odrzekłam.
— Cożeś z nim uczyniła?
— Postanowiłam nosić go przy sobie, aby wypadkiem nawet nie dostał się w obce ręce, a przy piérwszéj sposobności oddać ci go, Rozalio.
Patrzyła na mnie długo, długo, czarne jéj źrenice łagodném poczęły zachodzić rozrzewnieniem, wyciągnęła do mnie rękę i wyrzekła:
— Wacławo! oddaj mi list ten.
Dostałam papier z za stanika, a Rozalia podała go babce.
Milczałyśmy wszystkie, powstrzymując oddech: babka Hortensya usiadła na fotelu i list pana Agenora czytała.
Wątpię, czy ktokolwiek z nas zdołał wtedy jaką dobrą lub złą wróżbę z jéj postawy i twarzy wyczytać. Siedziała sztywna, prosta, z listem podniesionym do oczu tak, że mogłyśmy widziéć tylko jéj profil blady i nieruchomy, jak sylwetka z marmuru. Kiedy niekiedy tylko w ciągu czytania po nieruchomości téj przebiegał rumieniec bladawy, a wtedy nowa bruzda wypływała na pomarszczone czoło.
Skończyła, ręce trzymające list zaplotła na kolanach i milczała. Powieki jéj znowu w dół się spuściły, a wązkie wargi poruszały się zwolna, rozwierając się i ściskając naprzemian. Podniosła potém wzrok, utkwiła go w Rozalii i wydało nam się jakoby szepnęła: nieszczęśliwa!.. Wydawało nam się tylko, że to wyrzekła, ale nie byłyśmy tego pewne, bo szept jéj był tak cichy, że żadnego prawie nie wydał dźwięku. Potém podniosła się zwolna, podeszła do okna i odwróciła się do nas plecami.
Patrzyłam na nią z sercem trwożnie bijącém, i widziałam, jak z za okna przeciskał się blady promień jesiennego słońca, zaigrał po jéj koronkowym czepcu i jak parę ptasząt przyleciało z ogrodu i zatrzepotało koło szyb skrzydełkami tuż przed jéj wzrokiem. I pytałam niespokojną myślą, czy promień ten nie przyniósł z nieba méj babce natchnienia dobrego, i czy widok ptasząt, kochających się, a swobodnych, nie tchnął w jéj serce litości dla istot, nad któremi ciężyć chciała żelazną ręką swéj despotycznéj woli?
Zwróciła się, podeszła do nas, i zmienionym trochę głosem mówić zaczęła:
— Każdy człowiek ma w sobie dwie władze, które kierują i rządzą jego postępowaniem: jedną z nich uczucia, drugą zasady. Są tacy, którzy bezwarunkowo poddają się piérwszéj i uginają się pod każdém wrażeniem, jak wiotka trzcina; ja do takich nie należę. Jestem kobietą zasad, i stawiam je wyżéj nad wszelkie uczucia. Jakie zaś są te zasady, którym podlegać winno wszystko we mnie i koło mnie, zapewne wiecie, ale gdy teraz chwila po temu, wypowiem je wam raz jeszcze. Słuchajcie mię uważnie.
Ton jéj głosu był znacznie łagodniejszym, niż zwykle, i mimowoli jéj zapewne dźwięczały w nim te uczucia, które przeciwstawiła zasadom. Kto wié, może tryumf odniosą?
Słuchałyśmy z natężeniem, babka mówiła daléj:
— Rodzinne imię nasze od kilku wieków zdobyło sobie miejsce zaszczytne na kartach dziejów krajowych. Dziadowie i pradziadowie nasi byli panami, potęgą i bogactwem dorównywającymi nawet królom; babki i prababki chodziły w złotogłowiach i dumne a czyste jak łza, na wzór Westalek o hardéj cnocie, strzegły domowego ogniska. Nigdy żadna plama nie postała na czci rodu naszego, nigdy nie dotknęło go ubóztwo: jak dyament czystéj wody, jaśniał on nieskazitelnie przez wiele pokoleń, i nie zaćmił się ani razu przymieszką choćby jednéj kropli krwi mniéj szlachetnéj.
Ostatnim męzkim potomkiem rodu tego był mój ojciec.
Cnotą i dumą dorównywał on wielkim przodkom swoim, ale bogactwo rodowe rozwiało się śród burz, jakie za żywota jego wstrząsały światem. Gdy umierał, przy łożu jego śmiertelném stanęły trzy córki. Jam z nich była najstarszą. Konającemi usty opowiedział mi raz jeszcze historyą naszego pochodzenia i rozkazał, abym stanęła na straży sióstr młodszych, i poświęciła wszystko dla przywrócenia żeńskim chociaż potomkom jego dawnéj rodowéj świetności. Pojmowałam go i przejęłam się jego myślą. Wyrzuciłam z serca i głowy wszelkie romansowe mrzonki o osobistych uczuciach i sympatyach, a zostałam żoną człowieka, którego bogactwo dawało mi możność spełnienia posłannictwa, złożonego na mnie przez ojca. Stałam się opiekunką sióstr moich.
Jedna z nich, matka Matyldy, poszła wskazaną przeze mnie drogą. Bardzo młodo poślubiła małżonka w późnym wieku, ale bogatego i o świetném imieniu; druga, Ludgarda, nie mogła rozstać się ze zbyt przesadzoném wyobrażeniem o miłości i szczęściu, odrzuciła tego, kogo ja przedstawiałam jéj na małżonka i nigdy za mąż nie poszła, bo wolałam, aby całe życie pozostała przy mnie i nosiła miano staréj panny, niżli-by zniżyła się do małżeństwa, niezgodnego z honorem familii. Owdowiałam wcześnie i odziedziczyłam zapisany mi przez męża majątek. Młoda jeszcze, wyrzekłam się myśli ponowienia małżeńskich ślubów, odrzuciłam od siebie światowe uciechy, w których strwonić-bym mogła posiadane mienie, w wieku, w którym inne kobiety oddają się najżywiéj upojeniu uczuć i szałowi zabaw, włożyłam czarną suknią i czepiec wdowieński, a z majątkiem posiadanym i zdobytą przezeń władzą, stanęłam na straży interesów familii. Opiekę mą i wpływy rozciągnęłam na dalsze nawet rodu gałęzie. Podnosiłam tych, którzy upadali na funduszu, wychowywałam sieroty, w których wspólna nam krew płynęła, żadne małżeństwo nie dokonało się bez mojéj wiedzy, żaden młodzieniec nie wyszedł w świat bez moich wskazówek, nikt nie obrał sobie drogi, którą miał postępować bez mego zezwolenia.
Wpływ ten przemożny nad całą familią moją zdobyłam wielkim majątkiem i nieugiętą w postanowieniach wolą, i jedna tylko znalazła się osoba, która nie potrzebowała czerpać z mego funduszu i sprzeciwiła się méj woli. Była nią Matylda. Matka jéj umarła młodo z suchot, wraz za nią poszedł do grobu podeszły w wieku małżonek.
Matylda, mając lat siedmnaście, była bogatą władczynią rodzicielskiego majątku, rozkochała się dziwnym trafem w zabłąkanym śród nas człowieku z innego świata, i nie zważając na mój opór, została jego żoną. Kilka lat widziéć jéj nie chciałam, ale potém, jedynym może w życiu mojém wypadkiem, uczucie przemogło zasadę: przebaczyłam córce wcześnie zmarłéj siostry mojéj. Przebaczyłam, ale postanowiłam, że dziecko jéj pójdzie taką drogą, jaką ja mu wskażę. Wacława miała zaledwie lat dziesięć, gdy już w milczeniu szukałam dla niéj męża. Nie szło mi w wyborze o jego majątek, ale o imię, które-by zmazało gminne, wplątane w ród nasz nazwisko. Córka powinna była wynagrodzić złe, które rodzinie wyrządziła jéj matka. Znalazłam człowieka, jakiego pragnęłam, i przeznaczyłam go na męża Wacławie. W małżeństwie tém widziałam dwojaką korzyść. Nietylko zmazywałam przez nie smutną pamięć związków Matyldy, ale jeszcze z ruiny majątkowéj dźwigałam inny, niemniéj świetny, a wielorako z naszym skoligacony ród pana Agenora. Drugi ten wzgląd niemałą w umyśle moim grał rolę, bo w dzisiejszych czasach szalonych przewrotów społecznych i zbrodniczych o jakiéjś mniemanéj równości pojęć, stare i wielkie rody powinny stanowić braterstwo, którego każdy członek gotów-by był zawsze drugiemu podać dłoń, do podźwignienia gotową. Urządziłam wszystko w ten sposób, aby małżeństwo to jak najłatwiéj przyjść mogło do skutku, i oto dziś jestem u kresu moich pragnień i starań. Wszystko, co powiedziałyście mi przed chwilą, mogło mi dać nieco do myślenia, ale zachwiać mojém postanowieniem nie mogło. Rozalia jest nieszczęśliwą dziewczyną, lecz jeśli będzie rozumną i uległą, zaopatrzę jéj przyszłość, jak będę mogła najlepiéj; Wacława ucierpi może trochę, lecz jestem pewna, że gdy dojrzeje, przejmie się temi samemi zasadami, jakie mną rządzą, i cieszyć się będzie posiadaniem męża, który z piękném nazwiskiem łączy wszystkie przymioty światowego i dobrze urodzonego człowieka. Zresztą tam, gdzie idzie o interes familii, jednostka z wymaganiami swemi ustąpić powinna. Przed wielkością zasady niknie także czułostkowa mrzonka, jak owa miłość Rozalii i pana Agenora, w którą zresztą, mimo wszystkiego, mało wierzę. Tak tedy, ostatecznie i stanowczo wam wypowiadam, że postanowienie moje nie uległo żadnym zmianom; że życzę sobie, aby Wacława została żoną pana Agenora W., a Rozalia przyjęła także z mojéj ręki męża, którego jéj przeznaczyć zechcę. Mam nadzieję, że teraz, gdy uczyniłam aż tyle ustępstwa, aby tłómaczyć się przed wami z pobudek mego postępowania, zechcecie, bez dalszych już próżnych frazesów i scen melodramatycznych, zastosować się do méj woli.
Umilkła. W ciągu mówienia głos jéj, z razu spokojny i złagodzony, nabierał stopniowo coraz twardszych dźwięków, a przy końcu brzmiał surowym i zimniejszym, niż kiedy, despotyzmem.
Gdy skończyła, stałyśmy wszystkie przed nią, jak skamieniałe. Rozalia tylko upadła po chwili na kanapę, sił pozbawiona prawie.
I znowu była chwila ciężkiego milczenia. Mroczny salon teraz już strasznie wydawał mi się ciemnym, a śród ciszy posępnie dźwięczał metaliczny tentent zegara.
Matka moja piérwsza podniosła twarz, po któréj dwie grube łzy spływały.
— Ciotko, — wyrzekła zniżonym głosem, — smutne mową swoją wywołałaś we mnie wspomnienia. Mówiłaś o siostrze swéj, która była matką moją. Czy pamiętasz dobrze jéj dnie ostatnie? Ja je pamiętam, lubo dziecięcemi patrzyłam na nie oczyma. W mrocznym pokoju leżała blada, piękna, z rozpuszczonym czarnym warkoczem; lekarze odchodzili od niéj ze spuszczonemi złowróżbnie głowami, a ja siedziałam u stóp jéj, ukryta w fałdach jéj białéj sukni, przez nikogo nie dostrzegana.
Przyszłaś do niéj, ciotko, a ona ci rzekła: „Hortensjo! nigdy nie byłam szczęśliwa! Poświęciłaś mię zasadom twoim; umieram z tęsknoty za tém, coś mi wydarła!“ Przypomnij sobie ciotko tę chwilę! ja ją pamiętam, a i ty pamiętać ją musisz, boć zapłakała wtedy, a łza, to tak rzadki gość w twém oku, że pamiętną ci musiała zostać na zawsze. Sądzę, że gdy przebaczyłaś mi potém to, co występkiem moim być mienisz, czyniłaś to w imię téj łzy, którą uroniłaś nad konającą siostrą. Umarła biedna moja matka, dusza jéj może znalazła u Boga pocieszenie po ziemskich bólach, ale ja, ciotko, nie chcę, aby moje dziecko leżało tak kiedyś konające młodo w mrocznym pokoju, z bladą twarzą i wyrazem goryczy na ustach... Nie chcę, aby córka moja powiedziała mi kiedyś z wyrzutem: przez ciebie umieram, matko! Nie chcę, aby tak było, i dlatego ośmielę się sprzeciwić woli twéj, ciotko, i nie oddam jéj człowiekowi, z którym życie popłynęło-by jéj łzami i smutkiem!..
Gdy matka moja to mówiła, powieki babki Hortensyi znowu przysłoniły źrenice, a bruzdy na jéj czole mnożyły się i krzyżowały, jak pasma myśli tajemnych a ciężkich. Po chwili jednak podniosła wzrok, utkwiła w twarzy mojéj matki z przeszywającém szyderstwem i wymówiła ze wzgardliwym uśmiechem:
— A więc dlaczegoż, Matyldo, sama tak szczęśliwą nie jesteś, jakby tego spodziewać się należało po téj bezpamiętnéj, pastersko-rycerskiéj miłości, z jaką zawierałaś małżeństwo?
— Tak, — odpowiedziała moja matka ze łzami w głosie, — może w krew moję przelała się tęsknota za miłością prawdziwą, na jaką umarła matka moja... kochałam człowieka, którego byłam żoną, ale nie pojęłam go... na zawadzie szczęściu naszemu stało wychowanie moje, które od ciebie, ciotko, otrzymałam. Gardziłam jego pracą... mąciłam mu życie wrzawą i niepokojem... a jednak kochałam go... i kto wié? — tu przycisnęła rękę do serca i dodała ciszéj: kto wié? może i teraz jeszcze go kocham?
Blade babki policzki zafarbowały się znowu różowemi plamami; oczy jéj zapałały. Wyciągnęła, jak wprzódy, biały swój palec w stronę méj matki i wyrzekła twardo:
— A więc zabieraj twoję córkę i powracaj wraz z nią do swego małżonka, o którym z tak przykładną prawdziwie wspominasz czułością. Z majątku bowiem twego, któryś zrujnowała, zabraknie ci pewnie wkrótce kawałka chleba, gdyż u mnie ten, kto sprzeciwia się méj woli nie znajdzie pomocnéj ręki.
Matka moja zadrżała. Przede mną odkryła się przyczyna niezrozumiałéj mi dotąd jéj obawy. Babka, na widok drżenia méj matki, z tryumfem głowę podniosła i zaczęła mówić stanowczym tonem:
— Słuchaj uważnie, Matyldo, gdyż to, co powiem, będzie ostateczném i nieodwołalném mojém słowem. Jeżeli twoja córka zaślubi pana Agenora W., podejmuję się spłacić długi, ciążące na twych majątkach, a oprócz tego dam jéj pół miliona złotych posagu, z których połowę oddam gotówką w dzień ślubu do rąk panu młodemu, a drugą połowę zapiszę jéj w testamencie, aby ją po mojéj śmierci odebrała. Może nawet pomyślę o pozostawieniu jéj całego Rodowa, a kapitały, jakie posiadam, rozpiszę innym krewnym. W przeciwnym razie, nie spodziewajcie się obie odemnie najmniejszéj pomocy; zimnym i niemym zostanę świadkiem téj ostatecznéj ruiny, bez zmrużenia powieki patrzéć będę, jak na publiczną sprzedaż wystawią dziedzictwo twego ojca, a nawet poproszę was, abyście raczyły nie obdarzać mię więcéj swą obecnością.
I znowu była długa chwila milczenia, w czasie któréj salon stawał się coraz bardziéj ciemnym, a zegar brzęczał coraz posępniejszém tentnem. Matka moja, blada i drżąca, oparła rękę o poręcz fotelu i przerwała milczenie:
— Straszne jest widmo nędzy, które widzę coraz większemi kroczące ku mnie krokami... bolesnym mi gniew twój, ciotko, gdyż, bądź co bądź, tyś siostra méj matki i przy tobie spędziłam dziecinne lata... ale ani dla uniknienia grożącéj mi ruiny, ani dla przebłagania twego gniewu, nie poświęcę mojéj córki... Ona nie zginie; ma ojca, który w ostatniéj toni mojéj ucieczką jéj będzie; a ja... poniosę karę za błędy mego życia... Nie wiem jeszcze sama, co pocznę, gdy nadejdzie straszna katastrofa; ale wiem dobrze, iż sumienie moje będzie wolném od morderstwa na własném dopełnionego dziecku!...
Nie skończyła jeszcze, gdy byłam już przy niéj, obejmowałam ją ramionami i pocałunkami okrywałam ręce jéj i kolana.
— Babciu! — zawołałam, zdjęta nieznaną mi dotąd energią — dziękuję ci za dobrodziejstwa, któremi chciałaś mnie osypać, ale nie przyjmę ich kosztem uczciwości i dobroci mojéj... bo nieuczciwą-bym była, gdybym przysięgła przed ołtarzem miłość, któréj w sercu nie czuję, a nie byłoby we mnie ani kropli dobroci, gdybym się nie zlitowała nad tą biedną Rozalią, któréj uczuć nie pojmuję wprawdzie, ale któréj-bym zgubić nie chciała za żadne skarby świata... Nie, babciu, ja i matka moja nie żądamy twych bogactw. Bóg dobry zlituje się nad nami i zginąć nam nie da; zginąć nam nie da ten także, o którym ty, babciu, z taką wyrażasz się wzgardą, a który jednak jest ojcem moim...
Babka Hortensya raz jeszcze wyciągnęła ku nam rękę grożącą i wyrzekła sucho:
— A więc zostańcie ofiarami głupoty i krnąbrności waszéj, a gdy nędza w dom wasz wstąpi, spożywajcie miłosne nadzieje i odziewajcie się w pozy bohaterskie. Wolno wam już teraz choćby umrzéć z głodu, ja od téj chwili nic już z wami nie mam wspólnego i nawet dla honoru familii nie pośpieszę wam nigdy z pomocą.
To rzekłszy, wyszła z salonu sztywna i wyprostowana. Matka moja upadła na fotel i zakryła twarz rękoma.
Wtedy spojrzałam na Rozalią. Stała nieruchoma i blada, ze wzrokiem utkwionym we mnie; na długich jéj rzęsach wisiały dwie wielkie łzy, a błyszczały, jak brylanty. Oczy nasze spotkały się. Nagle Rozalia przystąpiła do mnie, gorączkowo pochwyciła moje ręce i do ust je poniosła. Krzyknęłam i chciałam wyrwać ręce z jéj uścisku, ale rzuciła się przede mną na kolana z głośnym płaczem.
— Przebacz! przebacz, Wacławo! — wołała śród łkań spazmatycznych, — tyś taka dobra, taka szlachetna! i matka twoja także, a ja cię tak obrażałam ciągle, tak nienawidziłam! Nie pojęłam cię, nie oceniłam, ale teraz rozumiem już ciebie, aniele śliczny i czysty, kocham cię, Wacławo! czy przebaczasz mi?...
Podniosłam ją i przycisnęłam do piersi.
— Czy przebaczasz mi? — pytała z uniesieniem — czy zapomnisz moich win względem ciebie? Czy będziesz mogła mię kochać? Powiédz! co mam uczynić, abyś mię kochać mogła?
— Róziu! — szepnęłam jéj do ucha prawie: bądź dobrą córką dla ojca twego, szukaj pociechy w téj uldze, jaką przyniesiesz jego losowi, a kochać cię będę całém sercem. Teraz już nawet kocham cię, boś taka nieszczęśliwa!
Wyprostowała się, otarła łzy i oczy podniosła w niebo, widniejące za oknem.
— Wacławo — rzekła z cicha — zawsze myślałam, że ku grzesznikom i ku nieszczęśliwym prędzéj czy późniéj zstępują takie chwile lub istoty, co ich z ciemności wprowadzają w krainę światła, z któréj byli wygnani. Wacławo! zdaje mi się, że ty to będziesz dla mnie taką opatrznościowo zbawczą istotą...
Pod ganek zajechał nasz powóz. Obejrzałam się, babki Ludgardy nie było w salonie. Poszłam do jéj pokoju.
Siedziała na swém zwykłém miejscu naprzeciw okna, z za którego widniał nieba kawałek, z rękoma splecionemi na świętéj księdze, leżącéj na kolanach, i wzrokiem utkwionym w klatkę z kanarkami.
Kiedy przyklęłam przed nią, objęła moję głowę z miłością, uczyniła nade mną błogosławiący znak krzyża i szepnęła:
— Biedne dziecię! i ze mną tak samo działo się, jak z tobą!
Nachyliła się, przytknęła usta do mego czoła i widziałam, że z oka jéj zwolna spłynęła łza i spadła między moje włosy. W kilka chwil potém opuszczałam z matką dom, który tak gościnnie przyjmował nas niedawno, a teraz na zawsze może zamknął się przed nami. Gdy powóz toczył się ku bramie dziedzińca, ostatnie spojrzenie rzuciłam na okna domu. W jedném z nich za przezroczystą szybą dojrzałam bladą twarz babki Ludgardy. Patrzyła na niebo, usta jéj poruszały się z wolna, jakby jeszcze mówiła: „postarzałam, życie przebyłam sama jedna, nikt mię nigdy nie kochał...


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.