Ordynat Michorowski/XX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Helena Mniszek
Tytuł Ordynat Michorowski
Podtytuł Powieść
Wydanie trzynaste
Data wydania 1930
Wydawnictwo Wielkopolska Księgarnia Nakładowa Karola Rzepeckiego Sp. z o. o.
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XX.

Waldemar zajął się szczerze swym kuzynem. Poznał go już trochę, lecz młody człowiek wymykał mu się z rąk. Ordynat nie mógł często wywnioskować, co w nim jest dobrego, a co zaś złego. Był inteligentny i żywy, pozatem wszystko inne plątało się w tej naturze w chaotyczny sposób, bez ładu i składu. Na zapytanie ordynata, kim chce zostać, Bohdan odpowiedział ze zdziwieniem:
— Tym, kim jestem: wielkim panem!
— A czy ty rozumiesz przynajmniej, co to znaczy: wielki pan?
— Wielki pan to jest objekt a zarazem problemat. Może być i wielkim szubrawcem, i wielkim dobrodziejem. Ty, wuju, jesteś z dobrej kategorji, i o tobie dużo mówią, taki zaś... Barski... jest ze złej kategorji, i także o nim dużo mówią. Ale i ty i on jesteście jednakowo wielcy panowie.
— To znaczy, że sam tytuł ciebie nie olśniewa? Dobre i to! A ty na którą stronę się przechylasz?
Bohdan zaczął po swojemu wykrzywiać usta.
— Ja tkwię w środku i stworzę nową kategorję — zacnołajdacką. Krańcowości nie lubię! nudzą mnie śmiertelnie.
Ordynat radził młodzieńcowi wstąpić do uniwersytetu.
— Nie mam pieniędzy — burknął Bohdan.
— Na to się znajdą, bądź spokojny. Wybierz sobie najodpowiedniejszy wydział, a ja ci wskażę uniwersytet.
— Ee! wuju! Nie mnie brać się na bakalarstrwo! Dobrze, że skończyłem siedm klas szkolnych: miałbym się znowu do ławy przyszywać? Ani myślę! Zresztą w naukę nie wierzę. Mając spryt, można się samemu więcej nauczyć, niż bez niego w stu uniwersytetach. Czy ja jestem taki głupi? Wiem bardzo dużo, czytałem moc, a że się tam w filozofji babrać nie potrafię, to jest bez znaczenia. Do wynalazków także nie mam pretensji. Jednego tylko żałuję...
— Że masz takie pojęcie? — spytał ordynat.
— Nie, ale że Czerczyn nie jest moją własnością — odrzekł Bohdan trochę smutno.
— Puściłbyś go tak samo, jak i swoją spłatę.
— Może i nie! Zawsze to już coś. Ale dajcie mi pieniędzy, to sam potrafię wyssać taką esencję z życia, o jakiej się filozofom nie śniło.
Po szczegółowem zbadaniu spraw majątkowych Bohdana, ordynat wykazał mu całkowity deficyt. Młodzieniec liczył zaledwo 22 lata, zdążył zaś już stracić nietylko to, co mu się należało z Czerczyna, ale i odłużyć się porządnie. Matka jego odpisała ordynatowi, że znać nie chce wyrodnego syna, że więcej nie da ani grosza, bo Czerczyn z przyległościami to tylko już własność Wiktora Michorowskiego, starszego brata Bohdana.
Rozpieszczony dawniej „Bodzio“ zrozumiał, że jest na łasce i niełasce ordynata. Stracił fantazję, ale nie na długo. Zapowiedział ordynatowi, że przez lato będzie hulał w Głębowiczach, potem zaś gotów iść drzewo rąbać, jeśli nic efektowniejszego wuj nie wymyśli. Prędko jednak zmienił zdanie. Z wielkiego pana zostać parobkiem, to spad za ostry, a znowu umierać dla tego — nie warto. Ożenić się bogato, tylko dla posagu, największe głupstwo! Pozostaje więc praca. Że zaś to jest nudna pani, więc i jeszcze lepiej być rozbójnikiem włoskim.
— Włochy znam wybornie, jestem mężny! Tak! zostanę najpewniej bandytą apenińskim i przezwę się Bohda-Michor. To będzie ładne.
Tworzył projekty coraz dziksze, ale poważnie zastanawiał się nad swoim losem, chociaż się z tem nie zdradzał.
Duży wpływ wywarła na nim wizyta jego matki w Głębowiczach.
Pani Kornelja Michorowska, daleka krewna Waldemara, osoba jeszcze dość młoda, pełna pretensji, przesady i subtelnej ironji, w gruncie rzeczy tęga histeryczka, odrazu najgorzej usposobiła do siebie ordynata, gdy przyjechała do Głębowicz.
Nie rozstając się z różnemi trzeźwiącemi solami i z lornetką, mówiła cedzącym głosem i przez nos. Często mdlała, spazmy były jej zwykłym objawem ale nie szkodziły, tak jak aktorom nie szkodzi konanie na scenie. Do zwykłej dekoracji tej damy należał słodko-kwaskowaty, jak wymoczona w herbacie cytryna, uśmieszek, na ustach wąskich, złożonych w bolesny łuk. Był to wyraz dystyngowany. On jednak najwięcej ordynata draźnił.
Pan i Kornelja dziwiła się na wstępie, że Waldemar wziął w opiekę takiego „rien du tout“, jak Bodzio, bo to jest chłopak wykolejony. Usłyszawszy to „Bodzio“ najpierw przeprowadził całą serję min na swych wargach, potem rzekł z humorem.
— Że jestem wykolejony, to wina mamy. Któż to mi dawniej podsuwał do portmonetki ciągle po kilkaset rubli: czy nie mama? Papo, póki żył, nie dawał — mama przeciwnie. Czasem znajdowałem w portfelu spore sumy. Nie mam żyłki do składania, więc puszczałem w świat. No, i nasiąkła skorupka!
Pani Kornelja zaczęła wąchać flakonik.
— Widzi kuzyn, jaki to syn niewdzięczny — jęknęła żałośnie do Waldemara.
— Wiktor będzie wdzięczniejszy, kiedy mamę z torbami puści.
— Zuchwały jesteś! — rzekł ordynat.
— Zobaczymy! Ja już jestem wyrzucony, w szalupie ratunkowej; ale Wiktor płynie całą parą.
Pani Kornelja, prócz gorzkich wymówek, zdobyła się jednak na lepszą broń względem syna. W potoku czczych żalów i urągań, które aż ordynat musiał łagodzić, ironiczna dama rzekła z emfazą, ale trafnie:
— Więc teraz Bodzio zostanie pasorzytem Głębowicz — prawda?... Będzie puszczał pieniążki ordynata i bąki zbijał. Voila! to jest par excellence odpowiednie stanowisko dla Michorowskiego z Czerczyna.
Ordynat, dotknięty niemile, ściągnął brwi, lecz zanim przemówił, zerwał się Bohdan czerwony, wściekły, i rzucił przez zęby:
— Nie Michorowski z Czerczyna, ale Michorowski hołysz, z bruku nicejskiego, na który cisnęły mię... hojne paluszki mamy i chytra łapa Wiktora. Widzieliście, że ginę, ale gdy umyślnie zażądałem nie setek, lecz nawet tysięcy rubli, toście mi je przysyłali bez protestu. To spisek! Chcieliście, bym wybrał swoje i bodaj zdechł! Reszta was nie obchodziła. Byle „Vittoro“ uwolnił się od lokatora na czerczyńskiej hipotece. I zdychałem! Długi mię napierały. Pożyczałem 200 rubli, wydając weksel na 400 i więcej. Zacząłem grać.... Lazłem w błoto! A ten, kto mię wyratował, zbiera owoce, waszą ręką posiane. Może mię wyrzucić za próg, ale jego nie zrujnuję, bo mam dla niego szacunek. Dla was — nie! Pasorzytem nie będę.
Zakręcił się na pięcie, wyszedł i trzasnął drzwiami.
Pani Kornelja zemdlała, potem dostała spazmów, oraz serdecznego płaczu i tego samego dnia odjechała z Głembowicz.
Bodzio natychmiast ożywił się. Wieczorem miał długą rozmowę z ordynatem, na drugi dzień był przedstawiony administracji Głębowickiej, jako nowy praktykant. Cieszył się ze swej godności, lecz długo targował z ordynatem o pensję, dowodząc, że powinien dostać więcej pieniędzy, choćby dlatego, że... wyrzekł się bandytyzmu.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Helena Mniszek.