Ordynat Michorowski/XIX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Helena Mniszek
Tytuł Ordynat Michorowski
Podtytuł Powieść
Wydanie trzynaste
Data wydania 1930
Wydawnictwo Wielkopolska Księgarnia Nakładowa Karola Rzepeckiego Sp. z o. o.
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
XIX.

Wiedniu ordynat niespodziewanie spotkał na dworcu kolejowym baronową Elzonowską. W ciągu całej zimy starannie unikał spotkania, wiedząc, że baronowa przebywa razem z hrabią Barskim i z rozwiedzioną księżną Zaniecką. Spotkanie rozdraźniło go. Lecz na szczęście baronowa była sama. Zaczęła się odrazu skarżyć na Lucię.
— C’est une fille folle — mówiła z najgłębszem przekonaniem. — Siedzi w tych Słodkowcach jak zakonnica. Chyba papa tego nie wymaga? Dwie znakomite partje odrzuciła. To szaleństwo!
Waldemar zmienił rozmowę, lecz baronowa prędko powróciła znowu do Luci.
— Wyobraź sobie: ona nie pisuje do mnie!... Obrażona za to, że przyjaźnię się z Barskimi. Voila! Smarkata! Dla jej kaprysu nie wyrzeknę się przyjaciół.
Waldemar zgrzytnął zębami, ale odrzekł spokojnie, tylko.. z ironją.
— Tak, to byłoby dziwniejsze, gdyby ciotka po wszystkiem.. co zaszło... unikała Barskich.
— Co ty mówisz? Voyons!
— O! nic! Żegnam ciotkę.
— Zaczekaj! Kogo to wieziesz z sobą? Un beau garcon!
Ale Waldemar nie zaczekał. Szedł prędko, zapomniawszy nawet przedstawić pani Idalji Bohdana, który trzymał się zdaleka, świdrując zajadle oczyma w różowej buzi młodej Niemeczki, podróżującej z papą i z mamą.
W drzwiach do sali ordynat ujrzał wchodzących Barskiego i Zaniecką. Pot wystąpił mu na czoło. Gniew, obraza, wściekłe wspomnienie ugryzło go w serce. W oczach miał zimne żelazo. Żaden rys mu nie drgnął, tylko twarz zbladła.
Hrabia i księżna spostrzegli go. On cofnął się i poczerwieniał; oczy wylazły mu na wierzch. Księżna Melanja, również mocno ponsowa, utkwiła bezczelny wzrok w sztywnych oczach ordynata i szła naprzód śmiało, urągliwie.
Ordynat przeszedł, udając, że ich nie widzi, jak koło słupów telegraficznych i znikł w wielkich drzwiach dworca.
Księżna przymknęła oczy, bo źrenice Waldemara ukłuły ją boleśnie, niby długiem ostrzem kamiennem.
Wzburzony Waldemar siedział już w wagonie, gdy wszedł Bohdan.
Był roześmiany. Rzekł z komicznym żalem.
— Pożegnałem swoją Gretchen! Pojechała do Iszlu. Wie wuj! ani rusz nie mogła wytrzymać mego wzroku. Ja mam siłę piorunującą! Przedstawiłem się jej jako książe Abrakadabra-Abra z linji świętych tureckich. Uwierzyła. Niewiniątko! A ona Müller. Mój Boże! — tylko Müller... a taka ładna! Ale, ale, wuju!
Spojrzał na Waldemara i umilkł. Śmiech zgasł mu na twarzy.
Ordynat zdawał się obojętnie czytać gazetę.
Gdy już pociąg ruszył, Bohdan podsunął się bliżej i spytał cicho:
— Wuju, czy ta... piękna pani, którą wuj minął, to... ta. sama co... anonimy...
— Tak — przerwał prędko ordynat. — To był Barski z córką.
Bohdan zamyślił się. Po długiej chwili szepnął:
— Ma za swoje.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Helena Mniszek.