Opowieść o dwóch miastach/Księga druga/Rozdział VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Opowieść o dwóch miastach
Data wydania 1936
Wydawnictwo Wydawnictwo J. Przeworskiego
Druk Zakłady Graficzne „Feniks“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. A Tale of Two Cities
Źródło Skany na Commons
Inne Cała Księga druga
Pobierz jako: Pobierz Cała Księga druga jako ePub Pobierz Cała Księga druga jako PDF Pobierz Cała Księga druga jako MOBI
Indeks stron


Rozdział ósmy.
Monsieur le Marquis na wsi.

Wspaniały krajobraz, złote ale jakże lekkie kłosy! Łaty nędznego żyta, miast łanów zboża, łaty grochu fasoli, łaty nędznych jarzyn, miast pszenicy! Zmartwiała natura, jak mężczyźni i niewiasty, którzy na niej gospodarzą, zdradza wyraźną skłonność do okazania, że wegetuje niechętnie i żywi tylko to smutne pragnienie: nie walczyć — uschnąć raczej.
Monsieur le Marquis w podróżnej karocy (która mogłaby być lżejsza), prowadzonej przez cztery konie i czterech pocztyljonów, wspina się na strome wzgórze. Rumieniec na policzkach pana markiza nie czyni ujmy jego wychowaniu: nie pochodzi z wewnątrz. Wywołało go coś, co wymyka się z pod kontroli pana markiza: zachodzące słońce.
Słońce świeciło tak jasno do wnętrza karocy, gdy wjechała na szczyt wzgórza, że siedzący w niej stał się purpurowy. „Zaraz skona“, powiedział pan markiz, patrząc na swe ręce. „Za chwilę“.
Słońce stało rzeczywiście tak nisko, że zaszło właśnie w tej samej chwili. Kiedy na koła założono hamulce a karoca zaczęła zjeżdżać z pagórka w tumanie kurzawy, czerwona łuna zniknęła szybko. Ponieważ słońce i pan markiz odbywali jednocześnie tę samą drogę wdół, gdy zdjęto więc hamulec, zabrakło na ziemi światłości.
Ale pozostała falista okolica, malownicza i rozległa, malutka wioska u stóp wzgórza, za nią szumiący potok, wieża kościelna, wiatrak, las, gdzie odbywały się polowania, i stroma skała z wieżą zamienioną na więzienie. Na wszystkie te przedmioty, powoli zapadające w mrok, spoglądał pan markiz wzrokiem człowieka, wracającego do domu.
Wieś posiadała jedną nędzną ulicę, nędzny browar, nędzną garbarnię, nędzną karczmę, nędzny dziedziniec, przeznaczony na postój dla koni pocztowych, nędzną studnię i inne nędzne urządzenia. Mieszkańcy jej byli nędzarzami. Niektórzy z nich siedzieli na progach domów, obierając na wieczerzę liche cebule i tym podobne produkty, inni płukali przy studni liście, trawy i inne dary ziemi, które nadawały się do jedzenia. Nie trzeba było wyraźniejszego znaku czemu zawdzięczali swoje ubóstwo: podatek państwowy, podatek kościelny, podatek dla pana włości, podatki ogólne i podatki szczególne trzeba było płacić to tu, to tam, zgodnie z ogromnem obwieszczeniem, wywieszonem w tej małej wiosce, i dziwić się raczej należało, że podatki nie pochłonęły dotychczas całej wioski.
Dzieci tu było mało, psów nie było wcale. Co się tyczy mężczyzn i kobiet, mieli do wyboru: życie w najnędzniejszych warunkach, jakie można sobie wyobrazić, w wiosce, u stóp wzgórza, albo niewola i śmierć w więzieniu górującem na skale.
Przyjazd pana markiza poprzednio już zapowiedział goniec, a teraz oznajmiał go pocztyljon strzelający z bata, który w czystem powietrzu letniem wił się nad głowami wieśniaków jak wąż. Monsieur le Marquis zajechał przed bramę domu pocztowego, jakby otoczony Furjami. Poczta znajdowała się niedaleko studni a wieśniacy przerwali swe zajęcia, żeby się przyjrzeć dostojnemu gościowi. Patrzał na nich i, nie zdając sobie zresztą z tego sprawy, dostrzegał w ich wychudłych twarzach i postaciach powolny ale niewątpliwy upadek fizyczny: powód to, dla którego chudość Francuzów stała się dla Anglików pewnego rodzaju przesądem, który przeżył prawdę o dobrych sto lat.
Monsieur Le Marquis lustrował wzrokiem pokorne twarze, które pochylały się przed nim, jak on i jemu podobni pochylali się przed Monseigneurem na Dworze — z tą tylko różnicą, że te oblicza pochylały się, by cierpieć, a nie, by pochlebiać — gdy do tłumu zbliżył się siwowłosy dróżnik.
„Przyprowadź mi tego draba! Prędko!“ rozkazał gońcowi pan markiz.
Przyprowadzono dróżnika, który stanął z czapką w ręku, reszta zaś otoczyła go kołem, by słuchać i patrzeć jak tamci, koło studni w Paryżu.
„Ciebie minąłem na drodze?“
„Tak, jaśnie panie! Miałem ten zaszczyt, że raczył mię jaśnie pan minąć na gościńcu“.
„Wchodziłeś na wzgórze, a potem schodziłeś po stoku?“
„Tak, jaśnie panie!“
„A czemu przyglądałeś się tak badawczo?“
„Jaśnie panie! Przypatrywałem się temu człowiekowi“.
Zamilkł i zniszczoną, niebieską czapką wskazał pod karetę. Wszyscy obecni spojrzeli w tym samym kierunku.
„Jakiemu człowiekowi, świnio? I czego tam patrzysz?“
„Przepraszam, jaśnie pana, ale on wisiał na łańcuchu — przy hamulcu!“
„Kto?“ zapytał podróżny.
„Ten człowiek, proszę jaśnie pana“.
„Niech djabli wezmą tych idjotów! Jak się nazywał ten człowiek?! Musisz znać wszystkich w tych stronach! Kto to był?“
„Łaski, jaśnie panie! To nie był tutejszy! Żebym jutra nie doczekał, jeżeli go kiedykolwiek widziałem!“
„Wisiał na łańcuchu? I nie udusił się?“
„To było właśnie dziwne, za pozwoleniem jaśnie pana! Głowa mu zwisała — ot tak!“
Odwrócił się w stronę karety i położył się, twarzą do słońca a głową wdół. Potem wstał, zmiął czapkę i ukłonił się.
„Jak wyglądał?“
„Proszę jaśnie pana, bielszy był od młynarza! Cały pokryty kurzem: biały jak upiór i wysoki jak upiór!“
Opis wywarł na tłumie wielkie wrażenie. Ale wszystkie oczy, bez porozumienia się z innemi oczami, spoczęły na panu markizie. Może dlatego, by się przekonać, czy upiór nie czai się gdzieś za nim.
„Mądry jesteś, niema co“, powiedział pan markiz w błogiem przekonaniu, że takie plugastwo nie może mu zaszkodzić. „Widziałeś jak ten łotr trzymał się mej karety i nawet nie raczyłeś otworzyć gęby! No! Niech się zabiera, monsieur Gabelle!“
Pan Gabelle był pocztmistrzem a równocześnie pełnił funkcję poborcy. Z wielkiem namaszczeniem asystował teraz przy badaniu dróżnika, trzymając go w sposób urzędowy za podarty rękaw.
„Zabierać się“, krzyknął monsieur Gabelle.
„Weź pan pod klucz tego nieznajomego, jeżeli zechce nocować dzisiejszej nocy w tej wsi; a przekonaj się pan, czy miał uczciwe zamiary panie Gabelle“.
„Jaśnie panie! Zaszczyt to dla mnie, że mogę spełnić rozkaz jaśnie pana!“
„A ten uciekł? Gdzie jest ten łajdak?“
Łajdak był już pod karetą, wraz z pół tuzinem bliższych przyjaciół, pokazując im łańcuch swą niebieską czapką. Pół tuzina innych przyjaciół szybko wyciągnęło go z pod karety i zadyszanego postawiło przed panem markizem.
„Słuchaj, bałwanie! Czy tamten uciekł, kiedyśmy się zatrzymali, by zdjąć hamulec?“
„Jaśnie panie! Rzucił się ze wzgórza, głową naprzód, jakby skakał do wody“.
„Zbadaj to, Gabelle! W drogę!“
Pół tuzina tych, którzy, oglądali łańcuch, kręciło się wciąż jeszcze między kołami, jak owce. Koła ruszyły się tak szybko, że radzi byli, iż udało im się wynieść cało skórę i kości. Nie mieli zresztą nic innego do stracenia, w przeciwnym razie nie poszłoby im tak szczęśliwie.
Szybkość, z jaką kareta wyjechała z wioski i poczęła się wspinać po zboczu z drugiej strony, wkrótce zmalała, gdyż wzgórze było strome. Początkowy pęd przeszedł stopniowo w wolny krok, w kołysanie się i chybotanie w powietrzu przesyconem wonią nocy letniej. Pocztyljoni, których głowy, zamiast Furyj, otaczało tysiące much, wymachiwali batami, które wiły się wokoło karety jak Harpie. Lokaj szedł przy koniach, a w ciemnej dali słychać było gońca, jadącego przodem.
Na największej pochyłości wzgórza znajdował się malutki cmentarz, z krzyżem, i z wielką, nową figurą Zbawiciela. Była to prosta figura, wykonana w drzewie przez jakiegoś niewprawnego rzeźbiarza wiejskiego, ale postać ta była wzięta jakby z życia — prawdopodobnie z życia samego wykonawcy — gdyż była przeraźliwie chuda.
U stóp tego bolesnego symbolu wielkiej boleści, która stawała się coraz większa, choć jeszcze nie największa, klęczała kobieta. Gdy kareta podjechała bliżej, kobieta odwróciła głowę, wstała szybko i podbiegła do drzwiczek pojazdu.
„Ach, Monseigneur! Monseigneur! Prośba!“
Z lekkim odruchem zniecierpliwienia, ale bez najmniejszej zmiany w twarzy, markiz zwrócił się w jej stronę.
„Co tam znowu? No, prędzej! Wciąż te prośby!“
„Jaśnie panie! Na miłość Boga! Mój mąż leśniczy...“
„No i cóż ten twój mąż, leśniczy? Zawsze to samo. Nie może czego zapłacić?“
„Wszystko zapłacił, jaśnie panie! Umarł!“
„No, to ma już spokój. Przecież go nie wskrzeszę?!“
„Nie, nie, jaśnie panie! Ale on leży tam, pod tą nędzną darniną...“
„Więc?“
„Tyle tu jest tej darniny, jaśnie panie...“
„Więc cóż z tego?“
Wyglądała na starą kobietę, chociaż była jeszcze zupełnie młoda. Zachowanie jej świadczyło o bezgranicznej rozpaczy. Od czasu do czasu zaciskała wychudłe i żylaste ręce z jakąś dziką energią, to znowu dotykała drzwiczek karety miłośnie, pieszczotliwie, jakby to była ludzka istota i mogła zrozumieć, że błagać o litość.
„Wysłuchaj mię, jaśnie panie! Wysłuchaj mojej prośby! Mój mąż umarł z nędzy. Tylu umiera z nędzy... Tylu jeszcze umrze z nędzy...“
„Więc cóż z tego? Mam ich nakarmić?“
„Jaśnie panie! Jeden Bóg to wie, ale ja nie proszę o to. Proszę tylko, by na grobie mego męża położono kawałek kamienia albo drzewa z napisem, z jego nazwiskiem — żeby było widać, gdzie leży. Bo inaczej grób pójdzie w zapomnienie i nie odnajdą go, kiedy i ja umrę na tę samą chorobę, i położą mię pod jakim innym kawałkiem darniny. Monseigneur! Tylu ich jest! Tak szybko staje się ich coraz więcej! Tyle jest nędzy! Monseigneur! Monseigneur!“
Lokaj odepchnął ją od drzwiczek, kareta ruszyła galopem, pocztyljoni zacięli konie. Została daleko w tyle, a markiz, znów eskortowany przez Furje, szybko przebył jedną czy dwie godziny drogi, dzielące go od jego château.
Słodkie powiewy nocy letniej otaczały go zewsząd; owiały one też równie bezstronnie, jak deszcz, zakurzoną, brudną, wynędzniałą gromadkę koło studni. W tej gromadce dróżnik, przy pomocy niebieskiej czapki, bez której był niczem, opowiadał o człowieku podobnym do upiora tak długo, jak słuchać go chciano. Potem zwolna, gdy już słuchać więcej nie mogli, zaczęli się rozchodzić jeden po drugim, a światła zapalały się w niskich chałupkach. Gdy w chałupach stało się ciemno, a na niebie zapaliły się gwiazdy, miało się wrażenie, że światełka te miast zgasnąć, wystrzeliły ku niebu.
W tym czasie cień wysokiego dachu i rozłożystych drzew padł na głowę pana markiza; potem mrok ustąpił światłu pochodni, kareta zatrzymała się, a wielkie drzwi zamku otwarły się szeroko.
„Czy pan Karol, którego oczekuję, przyjechał już z Anglii?“
„Nie jeszcze, jaśnie panie!“



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: anonimowy.