Noc jesienna (Junosza, 1883)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Noc jesienna
Podtytuł Dumka prozą
Pochodzenie „Wiek“, 1883, nr 241
Redaktor Kazimierz Zalewski
Wydawca Kazimierz Zalewski
Data wydania 1883
Druk Drukarnia „Wiek“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


Noc jesienna.
DUMKA PROZĄ.





Oto smutna i blada jesień zeszła na ziemię, dotknęła pól i lasów i wnet zniknęła zieloność, poczerniały pola i łąki — a z drzew posypały się liście pożółkłe.
Przyszła ona jako zwiastunka blizkiej zimy i powarzyła zapóźnione kwiatki, wypędziła gromady leśnych śpiewaków. Rzuciła szarą zasłonę na słońce samo, księżyc skryła w fałdy ciężkiego płaszcza z chmur posępnych — i, jakby żałując dzieła zniszczenia, rozpłakała się nad ziemią myriadami łez drobniutkich.
I ciemno i smutno i ponuro zrobiło się na tej ziemi — prastarej, a odmłodzającej się wiecznie, i tęsknota osiadła w sercu marzyciela — coby ciągle rad widzieć zieloność i blaski słoneczne.
W nocy czarnej, jak w olbrzymiej beczce smoły, utonęły pola i lasy i małe wioseczki rozrzucone na szerokich płaszczyznach, lub też czepiające się stoków górskich — nieśmiało...
Wiatr hula po polach, drzewami nagiemi wstrząsa, do siedzib się ludzkich dobija a chwilami, gdy w komin wpadnie, to zawyje boleśnie, lub szyderczym się śmiechem rozśmieje — jak gdyby chciał ludziom powiedzieć: — nie śpijcie!
Przy drodze bocznej, na ustroniu, wśród zarośli i krzaków stoi jakieś domostwo. Przez małe okienko widać światło i ludzi, którzy nie śpią. Nachylili głowy ku sobie, jakby naradzać się chcieli, szepczą coś długo...
Wtem, z zarośli dało się słyszeć gwizdnięcie — i głuchy tentent koni. W tej chwili światło w chacie zagasło, drzwi skrzypnęły cicho, cienie ludzi dosiadły cieni koni i gdyby nie głuchy łoskot kopyt szybko uderzających o ziemię możnaby sądzić że istotnie cienie jakieś, lub duchy fantastyczne przemknęły tędy... i zginęły w ciemności...
Jeszcze ranek nie nadejdzie, jeszcze słońce zaspane nie wyjrzy z po za chmur jesiennych, a koło tej chałupki zaturkoczą wozy, przebiegnie jaka bryczka, lub konny posłaniec, w próżnej pogoni za cieniem.
Szukajcie wiatru w polu! dobrzy ludzie.

. . . . . . . . . . .

Cicho pluszczą fale starej Wisły, wiatr marszczy je lekko. Woda uderza o brzegi piaszczyste, żółte, roztrąca się o nie, obiega dokoła kęp wikliną porosłych, muska zwieszone wierzb gałązki — a noc otula ją swą smutną, szarą oponą.
Od tamtego brzegu jakieś cienie odczepiły łódź przytwierdzoną do pnia zczerniałego i — płyną...
Płyną cicho — bez szelestu, bez szmeru zanurzają w wodę wiosła, a oczy muszą mieć kocie lub sowie — bo omijają mielizny i przeszkody, a łódka sunie cicho jak szara kaczka po jeziorze...
Przybili już do brzegu — jakiś ciężar z łódki wyjmują, i jak lisy, ostrożnie przemykają się przez zarośla, znanemi sobie ścieżkami...
Gdy zeschła gałąź chrupnie któremu pod nogą, zatrzymują się wszyscy, przysiadają pod krzakami — czekają... Z drugiej strony, również cicho, może jeszcze z ostrożnością większą, posuwają się cienie inne. Jedne pieszo, zatrzymując dech w sobie usiłują prześliznąć się wśród krzaków; inne na koniach, których niewyraźne kształty ledwie ledwie że widać na ciemnem tle nocy — objeżdżają zdaleka żeby się tententem kopyt nie zdradzić...
Przez kilka chwil trwa milczenie głuche, które przerywa tylko szmer wiatru trącającego nagie gałęzie drzew i oddalony plusk wody wiślanej.
Nagle krzyk jakiś się ozwał, potem ogień błysnął, zagrzmiał strzał jeden, drugi, trzeci — rozległ się tentent galopujących koni i znowuż cisza grobowa.
Tymczasem u brzegu Wisły coś plusnęło; małe czółenko wprawną kierowane dłonią pomknęło z biegiem wody jak strzała, obtarło się o kępę i zniknęło w cieniach nocy.
Nazajutrz, gdy noc dniowi panowania ustąpi, przyjdą w to miejsce urzędnicy i uzbrojeni pachołkowie, znajdą w krzakach kilka paczek przemycanego towaru, kilka baryłek wódki i spiszą protokół, który ma być początkiem śledztwa w celu wykrycia winnych.
Szukajcie wiatru w polu, dobrzy ludzie!

. . . . . . . . . . .

Za wsią na ustronnem wzgórzu, stoi kościołek. Skromny, niewielki, z wieżyczkami obitemi blachą, z krzyżykiem złoconym, co przy świetle dziennem nad całą okolicą błyszczy, jak gdyby ją błogosławił.
Przy kościele nizka plebanijka. Wsunęła się ona w ogród pełen starych grusz przysadzistych, okazalszych jabłoni i wiśni, o cienkich delikatnych gałązkach.
W plebanii długo się świeciło. Stary ksiądz, siwy jak gołąbek, kaszlący i schorzały, nie chodził spać wcześnie. Dziś tem bardziej, bo to sobota. Miał obrachunki z majstrami restaurującymi kościół, potem musiał na jutro kazanie przygotować; kolącyę skromną zjadł, potem pacierze z brewiarza odmówił, i dopiero gdy stary zegar z kukułką już dwunastą wydzwonił — usnął.
Noc była cicha i ciemna.
W godzinę może później, gdy już światło zagasło, wóz jakiś podtoczył się zwolna pod ogrodowy parkan. Trzy cienie przesunęły się pomiędzy drzewami ogrodu; jeden z nich przyłożył mokry gałgan do szyby, nacisnął pięścią żylastą i szkło cicho, bez dźwięku pękło. Przez otwór w szybie zrobiony cień wsunął rękę, odczepił haczyki i okno otworzyło się naoścież. Przez to okno trzy cienie weszły do plebanii.
Rzucono poduszkę na twarz śpiącemu starcowi, aby nie krzyczał; skrępowano mu ręce i nogi — a gdy przerażony oczy otworzył, ujrzał skierowany w swe piersi wielki, błyszczący nóż zbójecki.
Zawiązano księdzu usta, a tymczasem wzięto się do opróżnienia mebli i biednego wnętrza sypialni. Wszystko to odbywało się cicho, spokojnie, tak że w drugim budynku spoczywający ludzie nie przebudzili się ze snu. Psy nawet nie zaszczekały, gdyż jeszcze tego wieczoru były otrute.
Zabrawszy co było do wzięcia, cienie wysunęły się napowrót przez okno, a biedny, skrępowany starzec, związany, z ustami zakneblowanemi, leżał na posadzce zemdlony, martwy prawie.
Nareszcie dzień już się robić zaczął — stary dziadek do dzwonnicy wszedł i na Anioł Pański zadzwonił, potem poszedł do dobrodzieja, aby klucze wziąść od kościoła i zamieść dom Boży, jak przy niedzieli wypada.
Pocichu stary Marcin do drzwi stuka, żeby jegomości nagle nie obudzić, ale odpowiedzi żadnej nie ma. Poczekał jeszcze trochę, potem zakołatał mocniej, aż zaniepokojony tem milczeniem niezwykłem, poszedł zajrzeć przez okno, co się dzieje.
Już się dzień robić zaczął, ludzie we wsi ruszali się, skrzypiały żórawie studzienne, ciągnąc wodę dla bydła i koni, już i wózek zaturkotał przejezdny.
Spojrzał dziad i ręce załamał: — okno na oścież otwarte — ksiądz na środku stancyi związany leży, sprzęty porozbijane, gospodarki złodziejskiej ślady.
Narobił starowina gwałtu, ludzie się zbiegli, rozwiązali księdza, położyli go w łóżko. Za chwilę sołtys przyszedł. Zaraz zdał raport do wójta, wójt do powiatu, powiat do sądu i śledztwo się zaczęło.
Szukajcie wiatru w polu!

. . . . . . . . . . .

W starym lesie, gdzie jeszcze można było znaleźć sosnę niebotyczną i grube dęby, siwym mchem okryte, gdzie w łozach i gęszczawach dziki miały swoje legowiska i wilk się często gęsto przemykał; gdzie znalazł się i piękny modrzew i jesion, i buk i lipa stara, była niewielka polanka, a na niej osada leśnika.
Leśnik w niej mieszkał, starego autoramentu człowiek. Siwa broda spadała mu aż na pas, bystre oko doskonale widziało w ciemności. Śmiały był, odważny, a strzelec i myśliwy zawołany.
Długo żył ten człowiek — bo długo. Losy miotały nim jak liściem. Jak wiatr niesie liść oderwany od drzewa, tak jego unosił los kapryśny, a zawsze przeciwny. Gdzież ten stary nie bywał, jakiej ziemi krwią swoją nie zrosił? a dużo tej krwi miał widać, gdyż pomimo że ją z niego często toczono, starczyło mu sił do pracy na utrzymanie siebie i swoich najdroższych. Pod brzemieniem siódmego już krzyżyka grzbiet jego nie ugiął się i nie skrzywił, owszem, prosty i smukły był ten starzec jak dębczak młody, lub jak sosenka wybujała, a żylasta dłoń jego potrafiła podkowę żelazną rozłamać.
Miał niegdyś własne swoje lasy ten człowiek, ale złożył je na ofiarę na tym ołtarzu, dla którego życie swoje złamał i krew toczył, a gdy się już z wszystkiego wyzuł i wszystkiego pozbawił, poszedł na stróża lasów cudzych i tych, jak gdyby swoich własnych, pilnował.
Nieraz wśród nocy ciemnej doleciał go głuchy odgłos siekiery uderzającej w pień drzewa, a na dźwięk tego głosu, jak na dźwięk obozowej pobudki, zrywał się stary z łoża twardego, strzelbę na ramię zarzucał i szedł śmiało mienia powierzonego mu bronić. Wśród ciemności, przez gąszcz leśny przesuwał się śmiało, bo znał las doskonale, bo pamiętał każde drzewo, każdą kłodę zwaloną. Kiedy zaś stary w bór poszedł, psa z sobą wziąwszy, w okienkach dworku błyskało światełko i można było widzieć, jak młoda, urodziwa dziewczyna, klęczy przed starym obrazem. Duże i modre jej oczy wznosiły się w niebo i łzami zachodziły, a wpół otwarte, świeże, jak rozwijający się pączek róży, usteczka szeptały słowa gorącej modlitwy.
To wnuczka prosiła Boga, żeby strzegł siwowłosego jej dziadka.
I teraz, w tę czarną, posępną noc jesienną, jakieś cienie snują się pod lasem. Kilka wozów ciągnie się po gościńcu bez turkotu, gdyż koła toną w piasku.
Po niejakiej chwili w gęstwinie leśnej dały się słyszeć miarowe odgłosy siekier, uderzających w pień drzewa, wreszcie odgłosy te ustały a natomiast czujne ucho mogło rozróżnić pewien trzask charakterystyczny, po którym padło z szumem stare drzewo, uderzeniem potężnych konarów łamiąc setki drobnych drzewek i krzewów.
Ten szum przebudził leśnika. W okamgnieniu był już ubrany, na psa świsnął; strzelbę w ręku trzymał i zabierał się do wyjścia. Wnuczka świeciła mu, prosząc aby nie chodził.
Śmiał się stary.
— Nie lękaj się, drogie dziecko, nie bój — mówił otwierając naoścież drzwi od sieni — czyż to...
Nie dokończył już biedny.
O trzydzieści kroków od domu coś błysnęło, rozległ się strzał... garść siekańców utkwiła w piersi starca.
Nie jęknął nawet, nawet wyrazu twarzy nie zmienił, padł odrazu martwy z tym pogodnym, dobrodusznym uśmiechem na twarzy, który zdawał się mówić:
— Nie lękaj się duszko, alboż mi to pierwszy raz.
Piękne, modrookie dziewczę z okrzykiem przerażenia i rozpaczy rzuciło się na pierś zabitego. Wołała: dziadziu! dziadziu! ale dziadzio już się nie odezwał na to wołanie. Dłoń jego, wilżona gorącemi łzami wnuczki i okrywana pocałunkami jej ust gorących, stygła prędko, aż wreszcie skostniała jak kamień.
W cichym domku gwałt i zamęt się zrobił, przybiegli gajowi, psów zwołali i puścili się w krzaki za śladami mordercy.
Długo słychać było nawoływanie ludzi, ujadanie psów na trop wprowadzonych, a w miłym, czyściutkim i cichym dworku leśnika leżał trup siwowłosego starca. Zawodziły nad nim kobiety, a piękna, modrooka wnuczka, skamieniała jak posąg boleści, z załamanemi rękami, milcząc wpatrywała się w poważne, a tak drogie jej rysy.
Nad ranem powrócili ludzie w pogoń wysłani, przyszli, uklękli przy zwłokach swego zwierzchnika, zmówili wieczny odpoczynek i westchnęli serdecznie.
Szukajcie wiatru w polu, dobrzy ludzie!

. . . . . . . . . . .

A ten wiatr swawolny, nieujęty, hulał swobodnie po polach, szamotał drzewami, marszczył srebrne tafle jeziór i migotliwe grzbiety rzek, usiłował zdmuchnąć krzyż z kościoła, rzucał się na figury przydrożne i starą, rozsochatą wierzbę obdzierał z resztek liści pożółkłych.
On przekomarzał się z piękną nadwiślańską topolą, rozdzierał się na krzepkiej, przysadzistej gruszy dzikiej — a potem do miasteczka wpadał i wszystkiemi śmieciami, jakie na rynku mógł zebrać, ciskał w okna magistratów i sądów.
Puszczyki gnieżdżące się pod dachem starej bóżnicy jęczały smutnie, a on podchwytywał na swe skrzydła te jęki i niósł je daleko... daleko, dopóki sam nie rozbił się o zieloną ścianę lasu i nie rozdarł się na kolczastych krzakach jałowcu.
A skoro znów się wzmógł, znów siły zebrał i do wioski się dostał, to kołatał w okna chałup i dworków, jęczał w kominach, lub też zachichotał szyderczo, jak gdyby chciał zawołać na ludzi:
— Nie śpijcie.

Kl. Junosza.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.