Noc Bożego Narodzenia (Selma Lagerlöf, 1922)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Selma Lagerlöf
Tytuł Noc Bożego Narodzenia
Pochodzenie Legendy o Chrystusie
Wydanie czwarte
Data wydania 1922
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk Zakł. Druk. F. Wyszyński i S-ka.
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Cecylia Niewiadomska
Tytuł orygin. Den heliga natten
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


NOC BOŻEGO NARODZENIA

Wielkie zmartwienie spadło na mnie w piątym roku życia: babcia nasza umarła.
Jakże się wszystko w domu zmieniło od tej chwili!
Dotąd siadywała zawsze w kącie sofy w swoim pokoju, gdzie najczęściej się bawiłyśmy, i co dzień opowiadała nam cudowne baśnie lub śpiewała prześliczne pieśni.
Nie pamiętam babci inaczej, jak siedzącą na sofie, z pończoszką w ręku, z białymi włosami, nieco pochyloną, patrzącą na nas jasnym i dziwnym spojrzeniem, jakby wiedziała wszystko, — i opowiadającą długie, długie baśnie, ile razy chcieliśmy słuchać. Ach, jak chętnie, jak uważnie słuchaliśmy ich zawsze! — jakże szczęśliwe było wtedy nasze życie! — nie znam dzieci, którym byłoby tak dobrze na świecie.
A gdy skończyła cudowną opowieść, patrzała na nas chwilę swoim jasnym wzrokiem, a potem kładła mi rękę na głowie (ponieważ zwykle najbliżej siedziałam) i mawiała spokojnie i poważnie:
— Pamiętaj, że to wszystko prawda, jak mnie tu widzisz a ja ciebie.
Niekiedy śpiewała też prześliczne pieśni, ale nie co dzień. Pamiętam początek jednej o rycerzu i wodnicy: — „Mroźna zawieja, mroźna zawieja nad wielkim huczy morzem!“.
I jeszcze przypominam sobie jedną króciutką modlitwę, której mię nauczyła, i jeden wiersz pieśni pobożnej.
Z baśni pozostało niejasne wspomnienie, żadnej nie mogłabym powtórzyć, — ale pamiętam dobrze jej opowieść o nocy, w której się Chrystus narodził.
To wszystko, co pozostało mi po babci, którą tak bardzo, tak mocno kochałam, że nie umiałam wyobrazić sobie życia, kiedy nam jej zabrakło.
Pamiętam ranek, kiedy po raz pierwszy spojrzałyśmy na pustą sofę. Cóż teraz z nami będzie? Nie umiałyśmy pojąć, jak ten dzień upłynie. Wszystkie, wszystkie godziny!
Zdawało mi się, że w tej czarnej trumnie wyniesiono z naszego domu wszystkie baśnie i wszystkie pieśni — już na zawsze.
Zniknęły z naszego życia.
Zatrzasnęły się drzwi od pięknego świata czarów, gdzie dotąd przebywałyśmy tak swobodnie, — nikt nas już tam nie wprowadzi. Klucz zaginął i nie ma wejścia.
Zwolna, z trudem przywykliśmy do zabaw innych dzieci: do lalek, zwykłych cacek, — to było co innego. Mogło się zdawać komuś, że o babci zapominamy, ale ja nie zapomniałam jej nigdy, i dziś, po czterdziestu latach, powtarzam opowieść o Narodzeniu Chrystusa, którą słyszałam od niej, tak dokładnie, jakby opowiedziała mi ją wczoraj.


∗                              ∗

Było to tak.
W wigilię Bożego Narodzenia pojechali wszyscy do kościoła na pasterkę, tylko ja i babcia zostałyśmy w domu. Ona była za stara, ja za mała, aby pojechać, i zostałyśmy same.
W domu było pusto, a nam tak bardzo smutno, żeśmy nie mogły jechać ze wszystkimi, zobaczyć żłobka pośród świec płonących, słuchać pieśni i śpiewać razem.
Wtedy babcia usiadła w rogu swojej sofy, wzięła moje ręce w swoje chude dłonie i tak zaczęła mówić:
Raz w ciemną noc wyszedł człowiek stary, aby dostać ognia.
Chodził od chaty do chaty, pukał i prosił:
— Ludzie, pomóżcie mi, użyczcie iskrę. Dzieciątko mi się urodziło, muszę rozpalić ogień, aby ogrzać żonę i dziecko. Poratujcie mię, ludzie!
Ale noc była późna, w chatach ciemno, ludzie spali, nikt go nie słyszał.
Więc człowiek szedł wciąż dalej, upatrując blasku ognia.
Spostrzegł wreszcie płomień w oddali, na polu. Skierował się w tę stronę. Rzeczywiście płonęło tu wielkie ognisko przygasając niekiedy; — dokoła spało mnóstwo białych owiec, a stary pasterz czuwał nad swą trzodą.
Człowiek, szukający ognia, zbliżył się pospiesznie, a wtem ujrzał u stóp pasterza trzy wielkie brytany.
Poczuwszy obcego psy zerwały się na nogi i rozwarły szeroko paszcze, aby na niego zaszczekać, ale nie wydały głosu.
Sierść zjeżyła im się na grzbietach, białe kły błysnęły przy świetle ogniska, rzuciły się z wściekłością ku starcowi, jeden chwycił go za nogę, drugi za rękę, a trzeci za gardło, — ale zęby i szczęki ich były bezsilne, nie mogły mu wyrządzić żadnej szkody.
Człowiek otrząsnął psy jak kurz z ubrania i chciał iść dalej, lecz dokoła ogniska leżały białe owce, grzbiet przy grzbiecie, szeroko, że nogi nie miał gdzie postawić.
Więc zaczął iść po owcach depcząc je stopą, a żadna się nie przebudziła.
— Dlaczego, babciu? — zapytałam zdziwiona. — Dlaczego owce się nie przebudziły, choć człowiek deptał po nich?
— Zaraz się dowiesz, dziecko. — I mówiła dalej:
Gdy nieznajomy na koniec stanął przy ognisku, ujrzał go pasterz. Był to człowiek nieuczynny i ponury, — zobaczywszy obcego tak blisko z gniewem podniósł kij okuty, który trzymał w ręku, i z całej siły rzucił nim w przybysza. Kij ze świstem przeszył powietrze, ale zamiast ugodzić prosto w cel, zwrócił się na bok i upadł gdzieś na polu.
— Babciu! dlaczego kij nie chciał uderzyć tego człowieka? — przerwałam znów zaciekawiona.
Ale babcia tym razem nie odpowiedziała mi wcale, tylko ciągnęła dalej.
Wtedy obcy przemówił do pasterza:
— Poratuj mię, przyjacielu! udziel mi trochę żaru. Urodziło mi się dzieciątko, i muszę rozniecić ogień, aby ogrzać dziecko i matkę.
Pasterz byłby odmówił, ale widział przecież, że psy jego nie mogły tego człowieka ukąsić, że owce nie zbudziły się pod jego stopą, że kij nawet uderzyć go nie chciał — więc zalękniony, nie śmiał mu zabronić i odezwał się niechętnie:
— Weź sobie, ile ci trzeba.
Lecz ogień się dopalał, — nie było w nim już większych głowni, ani płonących gałęzi, tylko wielki stos węgli, żarzących się jasnym płomieniem i rzucających migotliwe błyski. Jakże wziąć taki ogień bez łopatki, bez żadnego naczynia, w którym można by przenieść to żarzewie?
— Weź, ile chcesz — powtórzył już złośliwie pasterz, bo widział, że proszący nie będzie mógł skorzystać z pozwolenia.
Ale staruszek pochylił się spokojnie, wybrał rękami co największe węgle, włożył je w połę płaszcza niby jabłka lub orzechy, a one nie paliły mu odzieży i nie sparzyły ręki.
Nie mogłam znowu powstrzymać się od zapytania:
— Czemu te węgle, babciu, nie sparzyły człowieka i nie spaliły mu sukni?
— Zaraz się dowiesz, dziecko — odpowiedziała babcia i tak mówiła dalej:
Wówczas ponury i złośliwy pasterz zdziwił się niesłychanie.
Co to za noc — pomyślał — że psy nie gryzą obcego, owce nie budzą się, choć po nich stąpa, kij uderzyć go nie chce, a ogień nie parzy? Zwrócił się do przybysza i zapytał:
— Co to za noc dziwna? I dlaczego wszystko okazuje ci dziś taką dobroć?
— Nie mogę ci powiedzieć tego — odparł nieznajomy — jeżeli sam nie przejrzysz.
I oddalił się spiesznie, aby prędzej rozpalić ogień w swojej chacie i ogrzać żonę i dziecko.
Zaciekawiony pasterz poszedł za nim. Chciał się przekonać, co to wszystko znaczy, i zrozumieć te dziwy.
Postępował więc za nieznajomym, aby wejść tam, gdzie on wejdzie.
I przekonał się wkrótce, że nie miał on nawet chaty, a jego żona i dziecko znajdowały się w skalnej grocie, gdzie nie było czym przykryć zimnego i wilgotnego kamienia.
Zdumiał się znowu pasterz i chociaż był twardego serca, uczuł litość na widok niemowlęcia, któremu przecież musiało być zimno w tej wilgotnej, ciemnej jaskini. Wzruszony, śpiesznie rozwiązał węzełek, wyjął z niego miękką, białą skórkę jagnięcą i podał ją obcemu, żeby otulił w nią biedne dzieciątko.
Ale zaledwie spełnił ten czyn miłosierny, gdy otwarły się oczy jego i ujrzał, czego dotąd nie mógł widzieć, i usłyszał, czego nie mógł słyszeć dotąd.
Ujrzał dokoła siebie roje skrzydlatych aniołków, pełną ich była grota, w której promieniało światło, a wszystkie grały na srebrzystych lutniach i śpiewały cudną pieśń o Zbawicielu, który narodził się właśnie tej nocy, ażeby zbawić ludzi.
Wtedy zrozumiał wszystko: dobroć zwierząt i rzeczy martwych, radość wszelkiego stworzenia na świecie.
Jakież cuda oglądał teraz! Nie tylko grota pełna była blasku, słodkiego śpiewu i jasnych postaci aniołów, ale widział ich wszędzie: w powietrzu, na górze. Jedne śpiewały płynąc jak stada obłoków wysoko na błękicie; inne przesuwały się tłumem po ziemi, z lutniami w ręku, o skrzydłach srebrzystych; inne przechodząc drogą stawały przed grotą i zaglądały do niej, aby spojrzeć na dziecinę.
Radość i szczęście jaśniały nad ziemią, wkoło brzmiał śpiew i granie, a pasterz widział i słyszał to wszystko wśród ciemnej, chłodnej nocy, w której przed tym nic dojrzeć nie mógł.
Wtedy padł na kolana i w gorących słowach dziękował Bogu za to, że przejrzał, że zobaczył.
Westchnęła babcia i dodała jeszcze:
— I my moglibyśmy zobaczyć to wszystko, co ujrzał pasterz, kiedy w sercu jego odezwała się miłość ku Narodzonemu, — i dziś tłumy aniołów płyną po niebie i ziemi śpiewając chwałę Bożą, — trzeba tylko, byśmy przejrzeli...
A po chwili, jak zwykle, położyła mi rękę na głowie.
— Pamiętaj, że to prawda, jak mnie tu widzisz, a ja ciebie — rzekła. — Wiele jest rzeczy, których nie widzimy, i nie pomogą nam świece i lampki, nie pomoże księżyc ani samo słońce, jeżeli oczy nasze nie przejrzały, — jeżeli nie mamy wzroku, który widzi Boga i chwałę Jego, jaśniejącą dokoła nas, wszędzie.


Zobacz też[edytuj]


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Selma Lagerlöf i tłumacza: Cecylia Niewiadomska.