Nieznane racje/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Zofia Żurakowska
Tytuł Nieznane racje
Pochodzenie Trzy srebrne ptaki
Wydawca Wydawn. J. Mortkowicza
T-wo Wydawnicze w Warszawie
Data wydania 1927
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa, Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Całe opowiadanie
Pobierz jako: Pobierz Całe opowiadanie jako ePub Pobierz Całe opowiadanie jako PDF Pobierz Całe opowiadanie jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
I.

A jednak, pani zabrała Maryjkę z sobą do Warszawy!
Z początku nie było wiadomo, czy żartuje, czy też mówi poważnie. Tak przez całe lato.
Zresztą nikt w to nie wierzył, a nawet dzieci z całego wybrzeża wyśmiewały się z tych maryjczynych nadziei. Ma też kogo pani zabierać ze sobą, owa!
Ale już pod jesień, gdy pani nic, tylko ciągle powtarza, że zabierze — Maryjka nabrała godności i zaczęła miewać spojrzenia wyniosłe i drwiące.
Luna, która pasała dziewięć gęsi na dniestrowym brzegu, trochę się nawet zaniepokoiła.
Bo naprawdę, to właśnie z Luną pani najpierw zaczęła rozmawiać. Rozmowa polegała na tem, że pani mówiła, siedząc na swoim leżaku, pod akacjami, na brzegu, a Luna milczała, prętem bijąc wodę. Może być, że na te panine zapytania, wcale nie było warto odpowiadać. Mimo to, jak tylko pani z leżakiem pojawiała się na brzegu, zaraz w to właśnie miejsce Luna pędziła swoje dziewięć gęsi i siadała nieopodal.
A potem zaczynała się ta, dość jednostronna rozmowa. To tylko wyznała dziewczynka, że się nazywa Luna, czyli Helena.
O tej pani, co daje cukierki i nosi takie śliczne suknie, wkrótce zwiedziały się wszystkie dzieci brzegu.
Już wtedy Luna wyglądała tak, jakgdyby w wielkiej z nią była zażyłości. Siadała najbliżej, trzymała jej japońską parasolkę i nie dopuszczała nikogo. Na cukierki, które pani rozdawała innym dzieciom, patrzała z ukrytą zawiścią, a jawną dumą.
Widać było, że myśli: — Te cukierki odstępuję wam tylko z dobrego serca, bo właściwie do mnie należą. To moja pani.
Dopiero potem Luna zrozumiała, że popełniała błąd, nie odpowiadając pani. Okazuje się, że znacznie bliższe stosunki można zawiązać przy pomocy rozmowy.
A Maryjka owszem, odpowiadała. Przychodziła ze Stefką na ręku i objaśniała panią o domu, o bracie, który umarł, bo na niego urok rzuciła stara Jełycha, o mordze ziemi, na której jest wszystkiego potrochę, o rybach w Dniestrze.
Sama zaś dowiadywała się z ust pani o domach pięciopiętrowych (nawet więcej! Jak ta góra po rumuńskiej stronie, tylko że to już w Ameryce), o takiej trąbce, do której się mówi, a słychać aż w drugiem mieście, o pokoiku, w którym się wjeżdża na górę. Nic, tylko pocisnąć guziczek! I wogóle.
Potem Maryjka zaproponowała, że odniesie panin leżak do domu. I rzeczywiście odniosła, a Stefka biegła za nią, okrągła i czarniutka jak barabolczyk — wiadomo, że barabolczyk znaczy po tamtejszemu ziemniaczek.
Luna słuchała w milczeniu, kręcąc japońską parasolką i żarła ją zazdrość.
Nazajutrz przyszła raniutko i powiedziała pani, że Maryjka i Stefka i Olga i Teodor przychodzą dlatego, że chcą cukierków. Właśnie pierwszy raz usta otworzyła poto, żeby o tem powiedzieć. Ale nie na wiele się przydało.
Pani uśmiechnęła się i rzekła:
— Wszystkie dzieci chcą cukierków.
Luna oznajmiła jeszcze, że dzisiaj ona zaniesie leżak, i pani się na to zgodziła.
Oprócz pani, była w domu starsza pani, panienka i panicz.
Pozatem było jeszcze wiele innych letników na dniestrowym brzegu, ale nie o nich będzie mowa.
Dopiero po ich przyjeździe miejscowe, dniestrzańskie dzieci dowiedziały się, że trzeba się kąpać w ubraniu. Więc już odtąd właziły w wodę to w chustce zawiązanej na szyji i plecach, to w koszuli — a sama Maryjka — w marszczonej bawełnianej spódnicy i starym aksamitnym serdaczku. To było dosyć szykowne, ale nie praktyczne.
Stefka, ten barabolczyk, tłusta i czarna, wyglądała w wodzie jak murzynek z celuloidu — pani się z niej śmiała i targała ją za kręcone czarne włoski.
Nie trzeba jednak bawić się w szczegóły, bo tu chodzi o tę ważną rzecz, że koniec końców Maryjka pojechała z państwem do Warszawy.
Tylko jeszcze to zdarzenie z Luną, po którem pani zupełnie się do niej zniechęciła, choć z początku to z nią właśnie pierwszą zaczęła rozmawiać.
Otóż Luna, jak zobaczyła, że jakoś za dużo dzieci przychodzi do pani po cukierki — zawrzała gniewem i o tem już tylko myślała, jakby je przepędzić. Raz tego się nawet dopuściła, że podczas nieobecności pani, podarła jej leżak, a potem powiedziała, że to Maryjka i inne dzieci zrobiły. Narazie jakoś na niczem się skończyło — pani nie uwierzyła. Powiedziała Lunie, że pewnie jej się zdaje. Dlaczegożby dzieci? Ale potem, kiedy Luna zaczęła napastować panią w domu, ciągle tylko wynajdując jakieś preteksty, żeby mówić źle o dzieciach i dostawać cukierki — jakoś się jej pani bacznie przyjrzała i spostrzegła co w jej oczach siedzi — poprostu zazdrość i zła wola.
Tak, że potem już się pani nie zadawała z Luną tak serdecznie.
A już się wszystko skończyło, gdy Luna spróbowała sprzedać pani morele, które zerwała w ogrodzie tych właśnie gospodarzy, u których mieszkała pani. To była brzydka historja — bo przecież pani zapowiedziała dzieciom raz na zawsze, że o tyle się tylko z niemi zadaje, o ile dotrzymają obietnicy, że nie będą korzystać z wizyt u niej, aby obrywać owoce w ogrodzie.
A Maryjka często przychodziła pomagać służącej pani w sprzątaniu. Była pilna, zręczna i posłuszna. Miała bardzo czarne oczy i wąską, chudą twarzyczkę, małej cyganki.
I tak pani powtarzała raz po raz, że zabierze ją do Warszawy, a starsza pani ogromnie to popierała.
W domu, u Maryjki, różnie o tem mówiono. Była tylko morga ogrodu — w chacie matka, żona tego brata, co już umarł, z córeczką Stefką, i jeszcze dwóch braci, coprawda strasznych wałkoniów, i ona, Maryjka. Brat jeden, niby to służył w gminie, ale cały dzień siedział tylko nad brzegiem Dniestru z Dybczykową, która pasła białą kozę i haftowała koszulę. Że to się chciał z nią żenić. Drugi brat najmował się różnie — a to w polu, a to przy jakiejś budowie, do wożenia piasku, czy kamienia.
Ale zresztą w chacie była taka bieda, że nic tylko kartofle i kartofle. Nawet niewiadomo, z czego ta Stefka taka tłusta i zdrowa.
Więc matka mówiła, że i owszem. Niech Maryjka jedzie do tej Warszawy.
Bratowa strasznie wydziwiała, bo jak Maryjka pojedzie, to kto będzie Stefkę niańczył? A tak, — Maryjka idzie po kukurydzę — Stefka za nią. Maryjka rwie ziele dla kozy na podściółkę — Stefka ślad w ślad — Maryjka pierze na Dniestrze — Stefka staje obok na kamieniu, spodnicę zatyka za pas i pierze, że aż piana leci. Jak należy. Więc tłucze, wykręca, trze z całej mocy, a potem płucze. Wszystko bardzo poważnie i pracowicie, aż nieraz «letniki» staną na brzegu i śmieją się, aż się za boki biorą — że to Stefka jest nie większa od dużej lalki.
A bratowa ma spokój — może sobie usiąść na progu i haftować koszule czarnemi krzyżykami, drobnemi jak mrówki.
Bracia, to poprostu się wyśmiewali. Tak, tak, zabierze pani Maryjkę do Warszawy, a jakże! Koleją trzeba jechać przez cały świat! Kto bilet zapłaci? Może pani?
Właśnie pani zapłaciła.
Matka przygotowała Maryjce w skrzynce dużo rzeczy — nawet poduszkę — ale pani powiedziała, że nie potrzeba. Wszystko da. Niech Maryjka weźmie tylko swoje koszule, nic więcej. Nawet na drogę dała jej pani suknię granatową wełnianą i buciki z panienki. Trochę były za duże, ale «fajne»! — poprostu raz tylko zelowane porządnie, grubo — z wierzchu ani jednej dziureczki!
Już kiedy dostała tę suknię i buciki — nikt nie wątpił, że pojedzie. Przestali się wyśmiewać.
I nawet do Maryjki przemówiła Hania, ta śliczna, dorosła córka Krasija, bogaczka na trzydziestu morgach. Poprosiła, żeby napisać do niej, jak i co. Może i ona pojedzie? Na służbę, nie na służbę; a tak, popatrzeć. Potem wróci.
— A może ty i nie umiesz pisać?
Maryjka się obraziła.
Potem ją jeszcze odprowadzili na kolej. Matka, bratowa ze Stefką i brat, ten co służył w gminie.
Maryjka jechała trzecią klasą ze służącą. Pani sama dopilnowała, żeby miały dobre miejsca, pod oknem. Potem im wyjaśniła dokładnie. Mają siedzieć aż przyjdzie i powie, że na następnej stacji trzeba wysiadać. To będzie jutro rano. Tu mają jedzenie. W nocy niech się prześpią, tylko żeby im rzeczy nie skradli. Zresztą pani jeszcze do nich zajrzy.
Maryjka słuchała z takiem natężeniem, jakgdyby to od niej wszystko zależało, a nie od służącej — już nawet wcale nie zwracała uwagi na matkę, choć matka płakała.
Taki czyściutki wagon, żółte ławki, że jej! I okna większe niż w chałupie.
Brat się z niej znowuż wyśmiewał, że niby to jemu nie nowina. Mało to razy jeździł do Stanisławowa?
A potem pociąg ruszył.
I wtenczas Maryjka raptem się zerwała i chciała wyskoczyć. Ledwo ją służąca i jakiś pan przytrzymali.
Więc już siadła na ławce cichutko i patrzała przerażonemi oczami na Dniestr kręty i srebrzysty, na Dniestr w dole, w dole, za łąkami.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Zofia Żurakowska.