Niebezpieczne związki/List XXXIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Pierre Choderlos de Laclos
Tytuł Niebezpieczne związki
Data wydania 1912
Wydawnictwo E. Wende i Spółka
Drukarz Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Tadeusz Boy-Żeleński
Tytuł orygin. Les Liaisons dangereuses
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
LIST XXXIV.

Wicehrabia de Valmont do Markizy de Merteuil.

Mówisz wspaniale, moja piękna przyjaciółko: ale po co zadawać sobie tyle trudu, aby udowodnić coś, o czem nikt nie wątpi. Aby szybko iść naprzód w miłości, lepiej jest mówić, niż pisać; to, jak sądzę, sens moralny całego twojego listu. Ależ to są najelementarniejsze zasady sztuki uwodzenia! Pozwolę sobie tylko zauważyć, że ty dopuszczasz jeden tylko jedyny wyjątek od tej zasady, gdy tymczasem istnieją dwa. Do dzieci, które wstępują na tę drogę przez nieśmiałość, a wydają się na łup przez niewiedzę, trzeba dołączyć jeszcze kobiety-pięknoduszki, które dają się na nią wciągnąć przez miłość własną, a które próżność zapędza wreszcie do pułapki. Tak naprzykład jestem pewny, że gdy hrabina de B... odpowiedziała bez trudności na mój pierwszy list, nie kochała się wówczas we mnie ani trochę więcej, niż ja w niej i chwyciła się jedynie sposobności porozprawiania na temat, w którym da się powiedzieć wiele ładnych rzeczy.
Jakbądź się rzeczy mają, adwokat powiedziałby ci, markizo, że kwestya zasad jest w tym przypadku zgoła bezprzedmiotową. Bowiem ty, jak widzę, przypuszczasz, że ja mam wolny wybór pomiędzy pisaniem a rozmową; tak zaś nie jest. Od czasu wypadku z dnia 19-tego, moja okrutna, obwarowana jak forteca, unika wszelkiej możliwości spotkania, i to ze zręcznością wobec której moja staje się bezradną; do tego stopnia, że jeżeli to ma potrwać dłużej, będę zmuszony poważnie zastanowić się nad sposobami odzyskania straconej przewagi, bo nie mogę przecież ścierpieć, bym miał uznać się przez nią pobitym na jakimkolwiek terenie. Moje listy nawet stały się przedmiotem cichej wojny podjazdowej; nie dość, że na nie nie odpowiada, ale wprost nie chce ich przyjmować. Za każdym razem trzeba używać jakiegoś nowego podstępu, a i to nie zawsze się udaje.
Przypominasz sobie, jakiego prostego sposobu użyłem dla oddania pierwszego listu; z drugim również poszło bardzo gładko. Prosiła mnie, bym zwrócił jej list: wręczyłem mój w jego miejsce, bez najmniejszego podejrzenia z jej strony. Ale, czy to ze złości, że dała się tak oszukać, czy przez kaprys, czy też z pobudek cnoty (bo wreszcie zmusi mnie, abym uwierzył w cnotę), stanowczo broniła się przed przyjęciem trzeciego. Mam nadzieję jednak, że przykre położenie, w jakiem omal się nie znalazła w następstwie tej odmowy, poprawi ją na przyszłość.
Nie bardzo mnie dziwiło, że nie chciała przyjąć tego listu, który próbowałem jej wręczyć całkiem poprostu; byłoby to już pewnem ustępstwem z jej strony; ja zaś byłem przygotowany na długą walkę. Po tem usiłowaniu, które zresztą było jedynie mimochodem uczynioną próbą, włożyłem mój list w kopertę i wybrawszy chwilę tualety, kiedy pani de Rosemonde i panna służąca znajdowały się w pokoju mojej pani, posłałem go przez mego strzelca, rozkazując mu oznajmić, że są to papiery, o które pani de Tourvel mnie prosiła. Zgadłem dobrze, że, w obawie przykrych wyjaśnień, nie zdobędzie się na to, aby wprost odrzucić zuchwałą przesyłkę; w istocie, wzięła list, a wysłannik mój, który miał rozkaz śledzić wyraz jej twarzy (umie zaś spostrzegać wcale bystro), zauważył jedynie lekki rumieniec i więcej zakłopotania, niż gniewu.
Winszowałem sobie już zatem, pewny, że albo zachowa list, albo też, jeżeli zechce go zwrócić, będzie musiała znaleść się ze mną sam na sam, co mi dostarczy sposobności rozmowy. Jakoż, w niespełna godzinę później, służący jej wchodzi do mego pokoju i oddaje mi zwitek, na którego kopercie poznaję pismo tak upragnione. Otwieram z pośpiechem... Był to mój własny list, nieotwarty i złożony jedynie we dwoje. Podejrzewam, że obawa, iż ja mógłbym być mniej drażliwy od niej w kwestyi skandalu, kazała się jej uciec do tego szatańskiego podstępu.
Znasz mnie, markizo; nie potrzebuję ci zatem malować mojej wściekłości. Trzeba jednak było przywołać na pomoc całą zimną krew i szukać nowych sposobów. Oto jedyny, jaki znalazłem.
Codziennie rano posyła się stąd po listy na pocztę, odległą o jakie trzy ćwierci mili. Do tego celu służy zamknięta puszka, do której poczmistrz ma jeden klucz, zaś pani de Rosemonde drugi. Każdy wrzuca do tej puszki listy, kiedy mu się podoba; ktoś ze służby niesie je na pocztę, rano zaś odbiera te, które przybyły. Cała służba, swoja czy obca, wypełnia ten obowiązek kolejno. Nie była to wprawdzie kolej mego służącego; mimo to, podjął się iść pod pozorem, że ma coś do załatwienia w tej stronie.
Zabrałem się tedy do mojej epistoły. Zmieniłem charakter pisma na adresie i podrobiłem wcale nieźle na kopercie pieczątkę z Dijon. Obrałem to miasto, ponieważ wydawało mi się zabawnie, skoro ubiegam się o te same prawa, co mąż, pisać również z tego samego miejsca, a także, ponieważ moja dama kładła nam przez cały tydzień w uszy, iż pragnęłaby bardzo mieć wiadomości z Dijon. Uważałem za rzecz sprawiedliwą dostarczyć jej tej przyjemności.
Uporawszy się z temi wszystkiemi ostrożnościami, bez trudności zdołałem wmięszać mój list pomiędzy inne. Zyskiwałem na tym sposobie i to, że mogłem być świadkiem chwili odbioru: bowiem obyczaj tutejszy każe zbierać się na śniadanie i następnie oczekiwać wspólnie poczty. Wreszcie nadeszła. Pani de Rosemonde otwarła skrzynkę. „Z Dijon“, rzekła, oddając list pani de Tourvel. — „To nie pismo mojego męża“ odparła głosem pełnym niepokoju, żywo rozrywając pieczątkę. Pierwszy rzut oka objaśnił jej wszystko; wyraz takiego pomięszania odmalował się na jej twarzy, że pani de Rosemonde spostrzegła to i rzekła: „Co tobie, dziecko?“ I ja zbliżyłem się również, mówiąc: „Musi być chyba coś bardzo strasznego w tym liście?“ Trwożliwa skromnisia nie śmiała oczu podnieść, nie wyrzekła ani słowa aby pokryć zakłopotanie, udawała, że przebiega oczami list, którego czytać nie była zdolną. Cieszyłem się jej pomięszaniem i, dość zadowolony, iż mogę podrażnić się z nią trochę, dodałem: „Uspokoiła się pani trochę: wolno przypuszczać, iż list ten sprawił jej więcej zdziwienia niż przykrości.“ Wówczas gniew natchnął ją lepiej, niżby to mogła uczynić rozwaga. „List ten rzekła, zawiera rzeczy, które są dla mnie obrazą, i dziwię się, że ktoś ośmielił się go do mnie napisać“. — „I któż taki? przerwała pani de Rosemonde“. — Nie jest podpisany, odparła piękna złośniczka; ale i list i jego autor budzą we mnie jednakową wzgardę i bardzobym pragnęła nie słyszeć o nich więcej“. Mówiąc te słowa, przedarła zuchwałe pismo, schowała kawałki do kieszeni, powstała i wyszła.
Mimo tego gniewu, bądź co bądź odebrała mój list, a polegam już na jej ciekawości, że go sumiennie przeczyta od deski do deski.
Dalsze szczegóły tego dnia zaprowadziłyby mnie zbyt daleko. Łączę do tego opisu brulion moich dwóch listów; w ten sposób będziesz mogła zdać sobie sprawę ze wszystkiego. Jeżeli pragniesz, markizo, śledzić przebieg tej korespondencyi, musisz się przyzwyczaić odcyfrowywać moje gryzmoły: gdyż za żadne skarby świata, nie zdobyłbym się na nudę przepisywania. Do widzenia, moja piękna przyjaciółko.

25 sierpnia 17**.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Pierre Ambroise François Choderlos de Laclos.