Niebezpieczne związki/List XXI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Pierre Choderlos de Laclos
Tytuł Niebezpieczne związki
Data wydania 1912
Wydawnictwo E. Wende i Spółka
Drukarz Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Tadeusz Boy-Żeleński
Tytuł orygin. Les Liaisons dangereuses
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

LIST XXI.

Wicehrabia de Valmont do Markizy de Merteuil.

Nareszcie, moja piękna przyjaciółko, zrobiłem krok naprzód, ale krok nielada i, który, jeżeli nie doprowadził mnie do celu, to pouczył przynajmniej, że znajduję się na dobrej drodze i rozprószył obawy, żali przypadkiem nie zbłądziłem gdzieś na manowce. Nareszcie wyznałem moją miłość i, jakkolwiek zachowano w tej mierze najupartsze milczenie, zdobyłem mimo to odpowiedź zarówno pochlebną, jak nie pozostawiającą wątpliwości; ale nie uprzedzajmy wypadków i sięgnijmy do początku.
Przypominasz sobie może, iż kazano śledzić moje kroki. Zapragnąłem tedy, aby to gorszące przedsięwzięcie obróciło się ku powszechnemu zbudowaniu i oto, co uczyniłem. Poleciłem mojemu factotum, aby mi znalazł w okolicy jakiegoś biedaka potrzebującego pomocy. Zlecenie nie było trudnem do wykonania. Wczoraj po południu przyszedł mi oznajmić, że ma się odbyć dziś rano zajęcie całego dobytku ubogiej rodziny, która nie miała z czego opłacić podatku. Upewniłem się, że niema w tym domu żadnej dziewczyny ani kobiety, której wiek i uroda mogłyby uczynić postępek mój podejrzanym; i, gdy już o wszystkiem dokładnie zasięgnąłem wiadomości, objawiłem przy wieczerzy zamiar udania się na polowanie nazajutrz wczesnym rankiem.
Tu muszę oddać sprawiedliwość mojej prezydentowej: z pewnością musiały ją nieco dręczyć wyrzuty sumienia iż puściła się na śliską drogę śledzenia cudzych postępków, a nie mając siły do zwalczenia swojej ciekawości, zdobyła się na odwagę zwalczania mojego zamiaru. Oto zapowiada się na jutro straszliwe gorąco; narażam się na to, że mogę się nabawić choroby, nic nie zabiję i tylko zmęczę się na próżno etc. etc. W ciągu tych perswazyj, spojrzenia jej, wymowniejsze może niżby tego sama pragnęła, dostatecznie mi okazały, jak gorąco sobie życzy, abym te liche racye przyjął za dobrą monetę. Ani mi w głowie było się poddawać, jak łatwo możesz się domyślić, markizo; oparłem się nawet małej diatrybie przeciwko polowaniu i myśliwym, jak również lekkiej chmurce niezadowolenia, która przesłoniła na resztę wieczoru niebiańskie oblicze. Obawiałem się przez chwilę, aby nie odwołała swoich poleceń i aby ten jej spóźniony skrupuł nie pokrzyżował moich planów. Nie brałem w rachubę ciekawości kobiecej; to też omyliłem się. Strzelec mój rozproszył te obawy jeszcze tego samego wieczoru, zaczem pełen zadowolenia udałem się na spoczynek.
Z pierwszym brzaskiem zrywam się i wychodzę. Zaledwie o pięćdziesiąt kroków od zamku spostrzegam mego szpiega, który postępuje trop w trop za mną. Wchodzę na teren polowania i posuwam się poprzez pola ku wiosce, będącej celem mojej wyprawy, nie mając w ciągu drogi innej rozrywki, jak tylko porządne przepędzenie gamonia, który, bojąc się skręcić z gościńca, musiał przebiegać, przy każdym zwrocie, potrójną drogę. Jednakże, pędząc go tak po gościńcu i ja sam zgrzałem się porządnie; aby więc odpocząć chwilę, usiadłem sobie pod drzewem. Patrzę z pod oka, a ten hultaj posuwa swą bezczelność tak daleko, że skrada się wzdłuż krzaków, odległych nie więcej jak o dwadzieścia kroków odemnie, i również się rozsiada! Przez chwilę korciło mnie, aby mu posłać z jeden nabój, który, choć tylko z drobnego śrutu, pouczyłby go dostatecznie o niebezpieczeństwach ciekawości: na szczęście dla niego, przypomniałem sobie, że ten szpieg jest użyteczny, a nawet potrzebny dla moich zamysłów; ta refleksya ocaliła go.
Niebawem znalazłem się we wsi; widzę jakieś zbiegowisko; zbliżam się, wypytuję; opowiadają mi wydarzenie. Każę wołać komornika i, idąc za popędem szlachetnego współczucia, płacę wspaniałomyślnie pięćdziesiątsześć funtów, za cenę których miano pozbawić pięć osób dachu nad głową i możności pracy. Po tym uczynku tak prostym, nie wyobrażasz sobie, markizo, jakie błogosławieństwa posypały się na moją głowę. Jakie łzy wdzięczności płynęły z oczu starca, głowy tej rodziny, i jaką pięknością uszlachetniły to oblicze Patryarchy, które na chwilę przedtem było niemal wstrętne z malującem się na niem piętnem najstraszliwszej rozpaczy! Przyglądałem się temu widowisku, gdy nagle inny wieśniak, młodszy, prowadząc za rękę żonę i dwoje dzieci i zbliżając się do mnie pospiesznym krokiem, rzekł: „Padnijmy wszyscy do nóg tego pana, dobrego jak sam Pan Bóg“. W tej samej chwili ujrzałem się otoczony całą rodziną, klęczącą u moich kolan. Przyznaję się do chwili słabości: oczy zwilżyły mi się łzami i uczułem w sobie jakieś poruszenie niezależne od mojej woli, ale pełne rozkoszy. Zdumiony byłem odkrywając, jak wiele przyjemności odczuwa się czyniąc dobrze; i skłonny jestem do przypuszczenia, że ci, których zwykliśmy nazywać cnotliwymi ludźmi, nie mają może tak wielkiej zasługi, jakby się nam na pozór mogło zdawać. Tak czy owak, uważałem za słuszną rzecz, aby zapłacić tym biednym ludziom przyjemność jaką mi sprawili. Wziąłem ze sobą dziesięć luidorów; rozdałem je między nich.
Tak tedy, pośród rozlewnych błogosławieństw całej rodziny, wcale nie źle sobie wyglądałem na jakiegoś bohatera z dramatu, w chwili szczęśliwego rozwiązania. Pojmujesz, że w tym tłumie główną osobą był dla mnie mój gorliwy szpieg. Cel był osiągnięty; uwolniłem się od całej gromady i wróciłem do zamku. Wszystko razem wziąwszy, mogę sobie powinszować tego pomysłu. Ta kobieta warta jest niewątpliwie, aby sobie dla niej zadać tyle trudów; kiedyś staną się one dla mnie wobec niej brzęczącą walutą; w ten sposób, zapłaciwszy ją niejako z góry, będę mógł nią rozporządzać wedle mojego zachcenia, bez najmniejszych wyrzutów.
Zapomniałem dodać, że, chcąc już wszystko wyzyskać na swoją korzyść, prosiłem tych poczciwych ludzi, aby modlili się do Boga za spełnienie moich zamiarów. Zaraz przekonasz się, czy ich prośby nie zostały już w części wysłuchane... Ale oto oznajmiają mi, że wieczerza na stole i byłoby już za późno na wysłanie tego listu, gdybym go miał kończyć dopiero udając się na spoczynek. Zostawiam więc resztę do następnej przesyłki. Żałuję bardzo, bo ta reszta jest najciekawsza. Do widzenia, moja miła przyjaciółko. Okradasz mnie o jedną chwilę przyjemności oglądania mojego bóstwa.

20 sierpnia 17**.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Pierre Ambroise François Choderlos de Laclos.