Niebezpieczne związki/List XX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Pierre Choderlos de Laclos
Tytuł Niebezpieczne związki
Data wydania 1912
Wydawnictwo E. Wende i Spółka
Drukarz Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Tadeusz Boy-Żeleński
Tytuł orygin. Les Liaisons dangereuses
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

LIST XX.

Markiza de Merteuil do Wicehrabiego de Valmont.

Ej, wicehrabio, nic dobrego z pana, przymilasz mi się, z obawy abym sobie z ciebie nie drwiła! Ale nie lękaj się, przebaczam ci: piszesz mi w swoim liście tyle rozmaitych szaleństw, że muszę ci wybaczyć tę stateczność, jaką narzuca ci twoja prezydentowa. Nie zdaje mi się, aby mój Kawaler umiał się zdobyć na równą pobłażliwość; sądzę przeciwnie, że takie odnowienie kontraktu między nami nie bardzoby mu się podobało i że twój waryacki pomysł wcaleby mu się nie wydał zabawnym. Co do mnie, uśmiałam się z całego serca i, doprawdy, żałowałam, że musiałam śmiać się w samotności. Gdybyś ty w tej chwili znalazł się gdzieś pod ręką, nie wiem, dokądby mnie zaprowadziło to rozbawienie; ale miałam czas opamiętać się i uzbroić w pancerz surowości. To nie znaczy, abym odmawiała na zawsze; ale odraczam i mam w tem swoje powody. Gotowaby się we mnie jeszcze obudzić miłość własna, a skoro raz już ona wejdzie w grę, nigdy się nie wie, dokąd to może zaprowadzić. Byłabym zdolna jeszcze na nowo chcieć zakuć cię w kajdany i przyprawić o zapomnienie twojej prezydentowej; a gdybym miała, ja, niegodna, obrzydzić ci powab cnoty, pomyśl tylko, co za zgorszenie! By uniknąć tego niebezpieczeństwa, oto moje warunki:
Skoro tylko zdobędziesz swą piękną nabożnisię, i gdy będziesz mi mógł dostarczyć dowodów po temu, przybywaj, a jestem twoja. Ale, nie potrzebuję ci mówić, że, w sprawach tej wagi, dowody przyjmuje się tylko na piśmie. Przez taki układ, z jednej strony ja stanę się nagrodą, zamiast być pocieszeniem, i ta myśl bardziej mi się uśmiecha; z drugiej, zwycięstwo twoje nad tą cnotką nabierze jeszcze ostrzejszego smaku, stając się tem samem drogą do tem rychlejszej niewierności. Przybywaj więc, przybywaj jak najspieszniej przynieść mi zakład swojego tryumfu: podobny do naszych chrobrych rycerzy, którzy składali u stóp swoich dam świetne trofea zwycięstwa. Doprawdy, szczerze ciekawa jestem, co może pisać skromnisia po takim momencie i w jakie zasłony stroi jeszcze swoje gawędy, wówczas, gdy swoją osobę pozwoliła już rozebrać ze wszystkich. Twoją jest rzeczą rozważyć, czy stawiam za siebie cenę zbyt wysoką; ale uprzedzam cię, że nic się z niej nie da opuścić. Aż do tego czasu, mój drogi wicehrabio, pozwolisz, że zostanę wierną mojemu Kawalerowi i że nadal będę się zabawiała uszczęśliwianiem go, mimo tej drobnej przykrości, o jaką cię to przyprawia.
Jednakże, gdybym mniej miała zasad moralnych, obawiam się, że miałby on w tej chwili niebezpiecznego rywala: a to w osobie małej Volanges. Szaleję wprost za tem dzieckiem: to przechodzi u mnie w namiętność. Albo się bardzo mylę, albo też ona będzie kiedyś jedną z naszych najbardziej rozrywanych piękności. Patrzę, jak stopniowo rozwija się jej małe serduszko i jest to obrazek wprost zachwycający. Kocha się już w swoim Dancenym z całą zapamiętałością, ale jeszcze o tem nic nie wie. On, choć zakochany po uszy, ale niezdarny jak młokos, i nie śmie nadto okazywać jej swoich zapałów. Oboje ubóstwiają mnie poprostu. Mała zwłaszcza ma straszliwą ochotę zwierzenia mi się ze swoją tajemnicą; od kilku dni widzę, że wprost rady już sobie dać nie może i wyświadczyłabym jej wielką przysługę, gdybym jej trochę dopomogła: ale nie zapominam o tem, że to jest zupełne dziecko i nie chcę się narażać. Danceny wynurzał się przedemną nieco wyraźniej; ale co do niego, droga moja jest zupełnie jasna: nie chcę słyszeć o niczem. Co się tyczy małej, to nieraz bierze mnie pokusa, aby z niej zrobić moją uczenicę; miałabym wielką ochotę oddać tę przysługę Gercourt’owi. Czasu zostawia mi aż nadto, skoro aż do października uwięziony jest na swojej Korsyce. Bardzo mi się coś zdaje, że skorzystam z tej odwłoki i że, w miejsce niewinnej pensyonarki, damy mu za żonę zupełnie już gotową kobietkę. Cóżbo w istocie za zuchwała pewność siebie u tego człowieka, który ośmiela się zasypiać spokojnie, podczas gdy obrażona przez niego kobieta nie zemściła się jeszcze? Ot, gdybym tę małą miała w tej chwili pod ręką, nie wiem sama, czegobym jej nie naplotła.
Bywaj mi zdrów, wicehrabio; życzę ci dobrej nocy i powodzenia w zamysłach: ale, na miłość Boga, postępuj-że trochę. Pomyśl, że jeżeli ty nie będziesz miał tej kobiety, wszystkie inne będą musiały się rumienić, iż miały ciebie.

20 sierpnia 17**.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Pierre Ambroise François Choderlos de Laclos.