Na gwiazdkę/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bolesław Prus
Tytuł Na gwiazdkę
Pochodzenie Pisma Bolesława Prusa. Tom XXII
Nowele, opowiadania, fragmenty. Tom I
Data wydania 1935
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron
II.

W tem miejscu wypadałoby mi napisać obszerny traktat o tem, dlaczego pewne drobne wypadki wświdrowują się tak w pamięć naszą, że ich stamtąd wyrwać niepodobna. Na szczęście mam przyjaciela psychologa, który zechce zapewnie zjawisko to i jego powody wyjaśnić. Oddając zatem kasie przemysłowców co jest przemysłowego, a psychologom co jest psychologicznego, przechodzę do faktów.
Upłynęły miesiące, a nawet rok jeden i drugi, ludzie w ciągu tego miljon razy powtórzyli przysłowie: „czas jest lekarzem na wszystko,“ lecz pan Adam o swej awanturce nie zapomniał. Owe uściśnienie ręki, napozór podobne do mnóstwa innych, utkwiło w nim jak gwóźdź. Właściwie mówiąc, nie był to gwóźdź, ale gwoździczek, cieńki jak drut, a nawet trochę cieńszy. Był on przecież tak długi, że nietylko odzywał się w mózgu, lecz niekiedy dławił go w gardle, a czasem (ale to bardzo rzadko, prawie nigdy!) kłuł w serce. Uderzenie dzwonka, piaskowy kolor dorożkarskiego płaszcza, albo światło gazowej latarni, przypominały panu Adamowi nieznajomą. Niekiedy znowu przychodziła mu na myśl bez żadnego powodu.
Filozofowie mniemają, że serce człowieka ma popęd do wyciągania całego pasma rezultatów z każdego wypadku, skąd zapewnie pochodzi to, że pewien młodzieniec, zaproszony na obiad, zmartwił się niewymownie, gdy przyszedłszy na miejsce, zobaczył pożar w mieszkaniu swoich uprzejmych gospodarzy. Z tego samego zapewnie źródła płynął niepokój Adama. W życiu codziennem przywykliśmy nietylko do odbierania uścisków, lecz do widzenia jednocześnie twarzy osoby ściskającej i tysiącznych innych szczegółów. Lecz sam uścisk, bez tych niezbędnych dodatków, staje się czemś bardzo niezupełnem, a w wyobraźni pozostawia takie ślady, jakby się z widmem miało do czynienia.
Łatwo odgadnąć, że w ciągu tego czasu Adam gorliwie szukał nieznajomej. Badał on wzrost i ruchy każdej przechodzącej kobiety, jej ubiór, kształt ręki, wsłuchiwał się w dźwięk mowy, lecz — bez skutku. Nabył tym sposobem wielkiej biegłości w obserwacji, nabrał jeszcze większego gustu do młodych kobiet, ale poszukiwanej nie znalazł. Wkońcu, gdy każdy jej rys uchwycony i zapamiętany począł odkrywać w stu najrozmaitszych osobach, musiał uznać, że jego niewyraźne wspomnienia zatarły się. Dał za wygranę.
Taki rodzaj postępowania dziwnym wydać się może rozważnemu czytelnikowi. Przecież niejeden z nas gubił coś w życiu, lecz zamiast nieśmiałych badań, szedł wprost, jak człowiek nieposzlakowany, do policji, do parafji, albo do „Kurjera“ i tam robił ogłoszenia, wzywając wszystkich uczciwych znalazców o zwrot zguby za nagrodą, jeżeli takowej żądać będzie.
Otóż ośmielam się twierdzić, że człowiek niewszystko przed światem ogłasza. Każdy z nas ma jakąś słabostkę, którą prędzejby zamurował, aniżeli bliźnim swoim okazał. Znam przecie kilku głupich, którym wszyscy z rzadką jednomyślnością przyznają, że są głupimi. Oni sami jednak nigdy tego o sobie nie powiedzieli, lecz przeciwnie, w każdej chwili gotowi są składać dowody rozumu.
Bez obrazy osób interesowanych myślę, że pan Adam w takiem właśnie znalazł się położeniu. Nosił w sercu drzazgę, która mu dokuczała, lecz odsłaniać jej nie myślał. Z początku wstydził się tylko tego, że pamięta o podobnej drobnostce, później wstydził się swoich uczuć. Gdy mu raz powiedziano, że musi mieć jakąś tajemnicę, zaczerwienił się jak młokos, schwytany na paleniu papierosów, — a wpadł w gniew, gdy mu powiedziano, że się kocha.
Tymczasem parę razy zmienił lokal i porobił wiele nowych znajomości. Że zaś był młody, dość przystojny i miał niezależne utrzymanie, a przytem wyminął trzydziestkę, ludzie więc dobrzy poczęli go swatać tak gwałtownie, że się wkońcu ożenił.
Nowa pani Adamowa była posażna, ładna i zupełnie dobra kobieta. Grała też na fortepianie. — „Jedyne praktyczne przepisy“ — i — „Trzysta sześćdziesiąt pięć obiadów“ umiała napamięć i wogóle posiadała bardzo wiele cennych przymiotów na małżonkę. Skutkiem tego, państwo młodzi cukrowy rok przeżyli jak w raju. Widywano ich razem na balach, w teatrze i w salonach prywatnych, gdzie pani odznaczała się wesołością i wdziękami, a pan uprzejmością i taktem. Nie miał on zwyczaju (jak to bywa niekiedy w pierwszym roku) skakać do oczu młodym ludziom, którzy prawili komplimenta jego małżonce, lecz, jak przystało na dobrze wychowanego człowieka, chętnie zasiadał do wista w drugim pokoju.
Ale już po dwu latach, złe języki poczęły szeptać, że nowe stadło nie jest szczęśliwe. Ktoś zauważył, że pani mówiąc do pana spuszcza oczy, a pan całuje ją w czoło sposobem bardzo powiewnym. Raz nawet dostrzeżono ją, że płakała, a wkrótce rozszedł się szmer, że on dla jakichś studjów wyjeżdża zagranicę, a żonę w domu zostawia.
Ze smutkiem muszę przyznać, że wszystkie te pogłoski były prawdziwe. Chociaż z drugiej strony, gotów jestem natychmiast przerwać opowieść, jeżeli mnie kto posądzi o niegodny zamiar twierdzenia, jakoby państwo Adamowie niedobrze żyli ze sobą. Wszystkim wiadomo, że pani Felicja kochała męża, a mąż ją ubóstwiał. Miłość dla żony i płynącą z niej szczerość pan Adam posuwał tak daleko, że jeszcze starając się o jej rękę, chciał jej opowiedzieć ów drobny i niewinny wypadek z nieznajomą. Zastanowiwszy się jednak i wyśmiawszy swoje skrupuły, odłożył powieść do miodowego miesiąca, później odsunął ten projekt na czas dalszy, tak, że wśród postanowień upłynęły mu dwa lata.
Tymczasem w duszy pana Adama zachodziły nieznaczne zmiany. Z początku wyrzucał sobie to, że ukrywa przed żoną jakąś zabawną tajemnicę. Później, miał pretensję do żony, że się musi z czemś przed nią ukrywać. Narzekał na widmo, które ciągle stawało między nim i panią Felicją, lecz niekiedy z przyjemnością myślał o tem, że całując żonę, całuje tamtą. Niekiedy brzydził się taką potworną kombinacją rzeczywistości z widziadłem; wówczas uciekał od swoich wspomnień i nieujętego obrazu, który go prześladował, lecz wtedy też pani Felicja robiła mu wymówki, że jej unika i nie tak ją kocha jak dawniej.
Skutkiem fatalnych nieporozumień, stosunki między nimi ochłodły, a nawet pomimo wzajemnych ustępstw i obustronnej grzeczności, stały się bardzo przykre. Adam nieraz miał ochotę zapytać, dlaczego się ożenił, lecz nigdy nie kończył tego pytania. Pani Felicji przychodziła niekiedy na myśl uwaga, że nie jest szczęśliwą, choć zawsze tłumiła ją wporę.
Ludziom doświadczonym i wścibskim, którzy bywali u państwa Adamów, zdawało się, że w ich domu wisi w powietrzu i wałęsa się po wszystkich pokojach wyraz: separacja... Upiór ten musiał mieć w sobie coś rzeczywistego, stawał bowiem niekiedy przed oczyma obojga małżonków, ich krewnych, a nawet służby. Wszystko to jednak działo się pięknie i grzecznie, właśnie jak powinno być na woskowanych posadzkach. Położenie jednak stało się tak nieznośne, że gdy ktoś z familji rzucił projekt wyjazdu zagranicę, pan Adam zgodził się z radością, a pani Felicja nie rzekła ani słówka.
Miał tedy przyjaciel nasz po dwuletniem pożyciu opuścić żonę na czas nieokreślony. Wyjazd oznaczono na miesiąc styczeń, lecz małżonkowie nie rozmawiali o tem między sobą. Co prawda widywali się oni nie często i mówili niewiele. Gdy jednak jedli razem obiad, Adam zawsze całował żonę w rączkę i z najpiękniejszym ukłonem mówił jej: „Dowidzenia!...“
Z powyżej opisanych wypadków brać trzeba naukę, że kto chce być zadowolonym w życiu, niech nigdy nad rzeczywistość nie przekłada widziadeł. Piękną tę myśl wielu filozofów powtórzyło, a pan Janowski wcielił ją dość szczęśliwie w jeden ze swych cukrowo-czekoladowych kolorowanych wyrobów, z tym zapewnie celem, aby ludzie nawiedzający jego zakład znajdowali tam możność ćwiczenia się w cnocie i patrzenia na świat ze strony uszlachetniającej i poważnej.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Głowacki.