Na brzezince

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Na brzezince
Pochodzenie „Jana Jaworskiego Kalendarz Illustrowany na Rok 1877“
Redaktor W. Korotyński i A. Makowiecki
Wydawca Jan Noskowski
Data wydania 1877
Druk Jan Noskowski
Miejsce wyd. Warszawa
Ilustrator Franciszek Kostrzewski
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


NA BRZEZINCE
przez Klemensa Junoszę
z illustracyami Fr. Kostrzewskiego.





Bywa na świecie rozmaicie: żółto — zielono — szaro — czasem czarno nawet — jeżeli noc jest bardzo ciemna, a niebo wszystkie gwiazdy chmurami zasłoni.
Tym razem jednak było zupełnie biało; tak biało i jasno — jak w duszy szesnastoletniéj dziewczyny, a tak zimno — jak w sercu starego skąpca...
Ziemia wystroiła się jak gdyby do ślubu, we wzgórki wypukłą pierś swoją w śnieżną szatę niewinności przybrała, a na wyniosłe czoło wysokiéj góry zarzuciła olbrzymi wieniec zielony.
Był to wianeczek godny téj oblubienicy, składał się z niebotycznych wiecznie zielonych sosen i świerków, które ostały się jeszcze przed wandalizmem Żydów i Niemców.
Niejednokrotnie widziano w tamtych okolicach dwukołowe biedki galopujące w stronę szlacheckiéj siedziby, wiozące tak zwanych kupców, z nieopisaną pożądliwością spoglądających na ów bór potężny, i obliczających w myśli, ile to tysięcy masztów, budulcu i ile milionów podkładów możnaby z niego wydobyć... a ile rubli zarobić!
Ile rubli zarobić?! myślano nad tém w siedmnastu okolicznych miasteczkach, myślano przez kilkaset długich dni szabasowych — lecz nic nie wymyślono... Stary szlachcic, właściciel tego boru, był to w swoim rodzaju unikat — gdyż posiadał moc pieniędzy, skutkiem tego las pozostał aż dotąd kwaśném winogronem dla wszystkich lisów, co go dostać nie mogły.
Było biało na świecie — bo śnieg pokrywał pola i wzgórki, a nawet sosnom w lesie jakby białe czapki narzucił na głowy. Jechało się jak po stole, bo sanna była wyśmienita, mijało się wioski i słuchało szczekania psów kudłatych, a na zakręcie drogi wjeżdżało się w gęsty szpaler lip stuletnich, co szumiąc gałązkami pozbawionemi liścia, gwarzyły sobie o... o czém trudno to zgadnąć, — może o przeszłości, bo były stare, bo były lipami, a więc z natury rzeczy lubiły gawędzić... gdyby to były dęby lub klony, to prędzéjby można uwierzyć w ich milczenie...
Za szpalerem był dziedziniec szeroki, a za dziedzińcem biały dwór z czerwonym dachem, a za dworem ogród, rzeczułką przerznięty.
Ot, tak sobie, jak zwykle na wsi, takie same obory i stodoły jak wszędzie, tylko porządniéj utrzymane; taka sama brama wiecznie otwarta, słup do wiązania koni, wreszcie takie same i tak samo jak wszędzie szczekające kundle...
Gdybyśmy przysunęli się bliżéj do jednego wychodzącego na ogród okienka, usłyszelibyśmy urywane dźwięki pieśni, niedbale rzucane akkordy fortepianu, i domyślilibyśmy się, że po za okienkiem jest jakaś istota, któréj serce nie jest w należytym porządku, a myśli błąkają się w świecie marzeń, jak sarny w zielonym borze na wzgórzu.
Niby to ona gra — więc jéj wesoło — ale gra smutnie, przerywa... zmienia melodye; dopiero uderzyła kilka akkordów jakiéjś gwałtownéj, burzliwéj jak dusza młodzieńcza sonaty, już znowu chwyta rzewny motyw tęsknéj rozmarzonéj pieśni ukraińskiéj, — zawodzi tę pieśń, jak mołodyca, po jasnym sokole płacząca... to znów urywa, i chcąc zagłuszyć w sobie marzenie, zaczyna ze złością bębnić jakiegoś walca, a słuchaczowi zdaje się naówczas, że zamiast teorbanisty, co na kurhanie siedząc głosił pieśń tęsknoty i uczucia, widzi płaską fizyognomię wędrownego Niemca z katarynką piszczącą i porcelanową fajką w zębach.
Dość, jéj walca... uderzyła znów kilka akkordów, i półgłosem, drżącym, srebrnym, rzuciła w pieśni pytanie:

«Czyli wróci Kazimierz mój?...

A potém jakby usprawiedliwiając przyczynę tego pytania, dośpiewała jeszcze:

Bo choć mama za to łaje,
Mnie tak smutno... tęskno tak!

Wszystko święta prawda: i jemu było na imię Kazimierz, i mama za to łajała, i jéj było smutno... tęskno tak!
Ale jakże nie miało być tęskno i smutno, kiedy nieubłagane prawo miłości dosypuje do rozkosznéj czary uczucia całą garść pieprzu, w postaci smutków, oddaleń, nieporozumień, woli rodziców i tysiącznych innych subjekcyj, których ci miły czytelniku wyliczać nie myślę, gdyż jeżeli byłeś już kiedy szczerze zakochany, to znasz je wybornie z praktyki, jeżeli zaś serce twoje nie drgnęło jeszcze przyśpieszoném tętnem, to dowiesz się i poznasz te subjekcje skoro się zakochasz — a chciéj mi wierzyć, że cię to nie minie — przygotuj się nawet na kilka razy, bo i to się także porządnym ludziom przytrafia.
Zosia szczególnie dzisiaj tęskniła, bo dzisiaj miał Kazimierz przyjechać — doświadczała ona owego nieubłaganego przeznaczenia zakochanych, które do tém większéj uspasabia tęsknoty, im bardziéj przedmiot oczekiwania się zbliża. Zerwała kilka niewinnych kwiatków z doniczki, pięć razy siadała do fortepianu, przypięła do głowy kokardę ponsową, odrzuciła ją, przypięła inną, wreszcie rozgniewana, dała klapsa białemu jak mleko kotowi, co się do niéj przymilał — późniéj żal jéj było kota, wzięła go na ręce i pocałowała na przeprosiny w kosmatą i mruczącą fizyognomię...
Ładna to była dziewczyna owa Zosia; w skromnéj sukience wyglądała jak sonet Mickiewiczowski, lub jak oktawka żywcem ze «Szwajcaryi» Słowackiego wyjęta: tyle w niéj było piękna, tyle harmonii w rysach i tyle poetycznego wdzięku w oczach szafirowych. Jak aureola promienna, otaczał ją blask rubli ojcowskich, i słusznie w dwunastomilowym promieniu uważana była za jedną z najświetniejszych partyj... Komiczne! ile język ludzki narobił tych partyj: partya pikiety... partya szachów... partya billardu... partya rekrutów... partya wełny... owiec... zboża... kamieni... i partya panny!! co za dziki zamęt! a tém dzikszy jeszcze, że cywilizowany — Indyanin aniby się zdobył na taki wynalazek.
Lecz to nie należy do rzeczy.
Pan Kazimierz potrafił przypaść Zosi do serca, bo był dzielnym chłopcem w całém znaczeniu tego wyrazu, miał nieźle w głowie, za granicą się kształcił, biblioteczkę piękną posiadał, i mająteczek miał ładny. Ale cóż znaczy mająteczek w oczach młodéj dziewczyny? co znaczą wszystkie mająteczki tego świata w porównania z urodą, wesołością i płowym wąsem, co dziwnie figlarnie się zwijał, i szczególniéj jakoś chłopcu do twarzy przypadał?
Jeżeli jaki stary professor zażywający tabakę i noszący okulary w rogowéj oprawie, mówił wam o tragedyach greckich, to słyszeliście zapewne, że w nich występuje zwykle jakaś siła niezwalczona i wyższa, przeciw któréj walczy sympatyczny bohater i w walce téj upada, bo ludzka chociaż bohaterska dusza jego nie jest w możności oparcia się wyższéj sile i w walce nierównéj upaść i złamać się musi. W nowożytnych tragedyach życia ludzkiego, w tragedyach uczuć serdecznych, nieszczęśliwych miłości i innych komplikacyj dusz siostrzanych, jako fatum starożytne zwykle występuje matka, któréj serce jest inne, gust odmienny aniżeli serce i gust córki.
Jest to konieczność przykra, ale mądrości pełna, gdyż jeżeliby było inaczéj, to w takim razie świat zamieniłby się w arenę okropnych zbrodni, a matki i córki, panny i wdowy walczyłyby na śmierć i życie o uśmiech, wąsy i serce człowieka, który jednakowe na wszystkich robi wrażenie...
Szczęściem, że tak nie jest, i że ilość gustów, jak to obliczyli statystycy, równa się ilości wdów, mężatek i panien zamieszkujących wszystkie pięć części kuli ziemskiéj.
Matka Zosi nie gustowała w panu Kazimierzu dla tysiąca i jednéj przyczyny, a przedewszystkiém dla téj, że do serca jedynaczki kołatał młody hrabia, pan Adolf. Naturalnie, że mama wolała hrabiego dla tego, że jako kobieta zamiłowana była w strojach. Gdyby Zosia miała lat czterdzieści, myślałaby zupełnie tak samo. Jakkolwiek pomiędzy hrabią i strojem na pozór nie ma nic wspólnego, jednak przypatrzywszy się bliżéj, wspólność tę znaleźć możemy, albowiem jak kwiatek do kapelusza, tak tytuł można przypiąć do nazwiska, do powozu, pieczątki i spinek od mankietów, kopert i papieru listowego. I oto macie genezę myśli mamy, i przyczynę tęsknych dumek ślicznéj, zachwycającéj Zosi...
Szyby w oknach jadalnéj sali, w któréj znajduje się obecnie urocza bohaterka naszéj gawędki, były ogromnie zamarzłe, mróz wyrzeźbił na nich śliczne palmy, fantastyczne gałązki i długie liście lilij wodnych. Ten mróz to dobry artysta, ale przeszkadzał on Zosi patrzeć na dziedziniec i ukochanego wyglądać. Niszczyła więc drobną rączką piękne desenie, spędzała je z okna swém tchnieniem, aż po długiéj pracy wyrobiła okienko, przez które widać było zachwycającą jéj buzię, ujętą w ramkę srebrnych kwiatów i liści.
Panowie malarze, polecam wam ten widok, jako temat do rodzajowego obrazka: wiośnianym uśmiechem zdobna główka dziewczęcia, w ramce z brylantowych kryształów mrozu. Trochę farb, talentu i uczucia, a zrobicie cacko w swoim rodzaju. Za pomysł nie żądam ani grosza.
Ile razy bryś podwórzowy szczeknął, tylekroć główka Zosi rysowała się w szybie. Byłbym dał temu psu ostatniego rubla, żeby co minuta szczekał!
Na raz wszystkie psy zaczęły ujadać. Zosia spłonęła żywym rumieńcem, spojrzała przez okno... lecz posmutniała natychmiast: ponieważ przyjechał tylko leśniczy z dwoma gajowymi i zgrają psów, oraz z rapportem, że ogromny odyniec jest w borze, i że go obeszli... Odyńca obeszli — ale Zosię mało to obeszło.
Za to ojciec Zosi, pan Michał, uradował się tą wieścią niepomiernie, wyszedł przed ganek, i zaczął wypytywać starego gajusa:
— I cóż, jest, Bartłomieju?...
— Jest, proszę Jaśnie Wielmożnego dziedzica.
— A gdzie?
— W Lisiéj Kępie, proszę Jaśnie Wielmożnego dziedzica, bobrował do północka pod stertą na nowinie, a teraz wlazł w łozę i siedzi tam od świtu.
— A duży?
— Okrutny... będzie jak stódoła proszę Jaśnie Wielmożnego dziedzica.
— Ho! ho! jak stodoła! — opuść-no trochę, mój bracie.
— No, jak stodoła, może i nie jak stodoła, ale zawdy będzie nieprzymierzając jak wół...
— Niechby tam był choć tak jak licha krowa, to i to dobrze!
— Aktualnie jak krowa, proszę Jaśnie Wielmożnego dziedzica, bo teraz, na to mówiąc, strasznie się lementarz bez zimę mizeruje...
— Dobrze chłopcy, rzekł pan Michał do gajowych: idźcie tam do pani Patelnickiéj niech wam da wódki, a pana, panie Borsukiewicz, proszę do kancellaryi.
Nie potrzebuję dodawać, że Borsukiewicz piastował godność leśniczego w dobrach Grochowa Wola, będących własnością ojca ślicznéj Zosi — że był to chłop srogi (jakby dawniéj powiedziano), o twarzy pooranéj brózdami zmarszczek, i ozdobionéj dwoma pękami rudych włosów, które miały reprezentować wąsy. Barczyste ramiona wtłoczył w krótki i opięty kożuszek, miał na sobie buty za kolana sięgające, obdartą torbę przez plecy, a w ręku, odwieczną jakąś rusznicę, powiązaną drutem i szpagatem rusznicę, — z któréj człowiek przywiązujący jakąś wartość do życia, za nic w świecie nie odważyłby się wystrzelić. Morderczy ten instrument przy najmniejszém poruszeniu, klekotał i dzwonił jak stara bryczka na grobli; a jednak Borsukiewicz o zakład strzelał z niego w lot jaskółki... Człowiek ten wszedł do kancellaryi z panem Michałem, otrząsnąwszy dokładnie buty ze śniegu, postawił rusznicę i stanął przed dziedzicem, przymrużając ciągle lewe oko, jakby go brał na cel. Przyzwyczajenie to druga natura.

Borsukiewicz był to chłop srogi, z dwoma pękami rudych włosów, które miały reprezentować wąsy.

— No cóż, kochany panie Borsukiewicz...?
— Defraudacyi, chwalić Boga, dzisiaj nie było.
— Ale nie o tém chciałem mówić...
— Siekiery wczorajsze, sztuk cztery, i kożuchy dwa, odesłałem przez Maćka do gminy.
— Dobrze... dobrze... ale uważasz, dziś będziemy mieli gości w lesie.
— To niby względem polowania?
— No, tak; ale chciałbym, żeby ten dzik nie uciekł.
— Ręczę za niego, Jaśnie Panie...
— Koło dwunastéj pojedziemy; tylko rozumiesz panie Borsukiewicz, trzeba tak rozstawić strzelców, żeby dzik akurat wyszedł na hrabiego...
— A to, proszę Jaśnie Pana, ja sam pójdę na Lisią Kępę, i założę psami od przewróconéj kłody. Bartłomiéj weźmie trzy kundle i stanie od Bagienka, Jędruk z gończemi od Poręby! Pana hrabiego postawimy przy tém błotku, co to się w niém łońskiego lata pachciarska krowa utopiła, a resztę strzelców postawimy na linii...
— Doskonale...
— Skoro Jaśnie Wielmożny dziedzic zatrąbi, my zaraz ruszym psami, a dzik skoczy akuratnie do błotka, dycht na sztych pana hrabiego.
— Nie wątpię, panie Borsukiewicz, że jak tylko zechcesz, to wszystko doskonale pójdzie... A teraz marsz do lasu, i czekajcie na nas koło starego browaru...
— Słucham, Jaśnie Panie, rzekł stary leśniczy, — ujął rusznicę, która zgrzytnęła i szczęknęła niby pęk starego żelaztwa, wyszedł — a nałożywszy lisią czapkę na głowę, siadł na deresza, i objąwszy komendę nad gajowymi i psiarnią, ruszył równym krokiem za wrota.
Pan Michał był dumny ze swego officyalisty — nawet w myśli kilkakrotnie przeznaczał mu już gratyfikacyę, ale że z natury swojéj był oszczędny, więc odkładał do lepszych czasów swe zamiary, a tymczasem dzielny i nieoszacowany Nemrod z Grochowéj Woli zadawalał się stu rublami rocznéj pensyjki i kilkunastu korcami ordynaryi.
Pan Michał wszedł do sali jadalnéj i potężnym basem zawołał:
— Salusiu, już niebawem nadjadą — niech śniadanie będzie gotowe, bo prosto z bryczek zabieram ich do lasu. Zosia niech także wyjdzie...
Nie potrzeba było tego dwa razy pani Michałowéj powtarzać. Za chwilkę stół uginał się pod ciężarem talerzy, flaszek, flaszeczek, spodków i półmisków... Była to mała przekąska, którą co prawda możnaby zaspokoić pierwszy głód całego plutonu kawaleryi, ale to już tak zawsze na wsi. Jeżeli kochasz — to jedz; jeśliś poczciwy — to pij co się zmieści; a skoro dobrze życzysz — to zachoruj i przeleż z parę tygodni.
Sama pani wystroiła się jak na odpust, a skoro dzwonki sanek odezwały się na dziedzińcu, ułożyła twarz do jak najsłodszego uśmiechu, spodziewając się, że w otwartych drzwiach ujrzy bladą twarzyczkę hrabiego... Tymczasem wszedł pan Kazimierz i uśmiech jemu się dostał, ku wielkiéj radości Zosieczki, która spłonęła jak róża, a podając mu obie rączki, powiedziała mu oczami tyle, że gdyby jaki literat to wszystko spisał i sprzedał wydawcy, to dostałby tak wielkie honoraryum, że nie wiedziałby chyba co z niém zrobić i w jaki sposób najładniéj a najskładniéj je stracić...
Nie dokończyła jeszcze téj serdecznéj chociaż nieméj rozmowy, gdy wszedł hrabia.
Pani Michałowa była na dobre zła na Kazimierza, że skradł jéj przygotowany uśmieszek, a skutkiem tego drugi uśmiech już się jéj nie udał; zamiast słodkiego, był jakiś kwaśny... mdły... do niczego niepodobny.
Zosia spojrzała wprawdzie na niego, ale w tém spojrzeniu nie było nic... nic a nic... próżnia taka, jak pod kloszem machiny pneumatycznéj.
Za to pan Michał wyściskał bladego młodzieńca, i o mało go nie zdusił w potężnych ramionach, a wąsami zmiótł mu wszystek puder z bladéj i wymuskanéj twarzyczki...

Tymczasem wszedł pan Kazimierz, i uśmiech matki jemu się dostał, ku wielkiéj radości Zosieczki.

Pożywiono się na prędce, a gospodarz po wypiciu ostatniego kielicha zawołał:
— No, panowie, dzik czeka — a dzik, jeżeli Bartłomiéj nie skłamał, wielki jak krowa; strzelby brać — i marsz do lasu, sanki czekają...
Wstano od stołu...
Zosia zbliżyła się do Adolfa.
— Życzę panu szczęścia... powiedziała ironicznie...
— A to co za moda życzyć szczęścia myśliwemu! krzyknął pan Michał. Ty dziewczyno nam całe polowanie zepsujesz!
— To przepraszam ojczulka, już nic nie życzę, rzekła ciszéj, obracając piękną różę świeżo z doniczki zerwaną, a odwróciwszy się do pana Kazimierza dodała:
— Dla tego, kto dzika zastrzeli...
— To pewnie dla starego Borsukiewicza, przerwała ironicznie matka, chcąc rozwiać illuzye Kazimierza...
— No, panowie! marsz! zakomenderował pan Michał.
Po chwili czwórka gniadych ciągnęła wygodne sanie, unosząc naszych myśliwych w stronę starego browaru.
Czegoż to człowiek nie uczyni pod wrażeniem blasku szafirowych oczu! do jakich poświęceń nie jest zdolny, kiedy widzi przed sobą przedmiot swych myśli i marzeń!
I pan hrabia, wymuskane dziecię miast zamorskich, zdecydował się na wyprawę dzisiejszą, choć go mróz do szpiku kości pomimo ciepłego futra przejmował, a polowanie na dzika strachu nabawiało porządnie.
Poszedł, bo cóż miał uczynić? któż nie słucha despotycznych rozkazów miłości?
Wjechano w las, a wkrótce stangret na rozkaz Michała zatrzymał konie.
— Otoż i Lisia Kępa, rzekł pan Michał. Spodziewam się panie hrabio, że nie pozwolisz dzikowi żyć dłużéj nad kwadrans.
— Abym go tylko znalazł, odrzekł hrabia.
— Nie kłopocz się o to, przyjdzie on sam do ciebie. Kiedy jesteś u mnie na polowaniu, to wiedz o tém, że zwierzyna pod samą strzechę ci przyjdzie.
Adolf zbladł.
Pan Michał uderzył w trąbkę. Borsukiewicz odezwał się krótko, krzyknął: huzia-go! i ogary rozpoczęły natychmiast koncert. Dzik ruszył się z legowiska, a psy goniąc na oku, robiły taką wrzawę i hałas, że aż las drżał, a echo roznosiło daleko ich głosy.
Jest coś czarownego w téj wrzawie psich głosów, jakaś niedająca się określić harmonia, jakieś płacze, wołania, jęki, wybuchy gniewu i wściekłości, czasem przestrach, to znowu nieopisanie zgiełkliwa wrzawa wojenna...
Borsukiewicz najlepiéj to określa, — powiada że psy grają...
We wrzawie téj można było jednak dosłyszeć złowrogi, suchy trzask odwodzonych kurków — łoza zaczęła trzeszczeć, zdawało się, że góra przedziera się przez krzaki, sapiąc i pukając groźnie.
— Pilnuj hrabio! krzyknął pan Michał.
— Jednocześnie ogromny dzik ukazał się w odległości trzydziestu kroków, dzielne psy trzymały go za uszy i za ogon — i osadziły na chwilę, odsłaniając komorę. Można było strzelać jak do stodoły.
— Strzelaj hrabio! krzyknął już groźnie pan Michał.
Lecz hrabia jednym susem, jak wiewiórka, wdrapał się na cienką brzezinę, która uginając się pod jego ciężarem, huśtała go w powietrzu, to schylając się ku ziemi, to ku niebu podnosząc.
— A niech cię wszyscy dyabli porwą! a to mi kawaler! wrzasnął do wściekłości doprowadzony pan Michał.
W téj saméj chwili Kazimierz strzelił, i dzik w śmiertelnych podskokach upadł pod tę samą brzezinkę, na któréj zawisł hrabia.
Ładny to był widok — dzik... gromada psów... a nad tém człowiek kołyszący się w powietrzu.
Borsukiewicz ugryzł sobie pół wąsa, ażeby się na całe gardło nie rozśmiać — ale wynagrodził to sobie w domu, bo przez trzy tygodnie późniéj, budząc się w nocy, parskał tak głośnym śmiechem, że aż psy na dworzu szczekały, a małżonka jego żegnała się krzyżem św. mówiąc:
— Wszelki duch Pana Boga chwali! czy złe starego opętało — czy co?
Ale Kazimierz nie śmiał się z hrabiego — zbliżył się do drzewa i rzekł:
— Panie Adolfie, zejdź pan.
— A dzik? wyjęczał hrabia.
— Już nie żyje...
Podał mu rękę i odprowadził do sanek.
Pomimo najserdeczniejszych zaproszeń, hrabia wprost z lasu wrócił do miasta, a pan Michał ucałował Kazimierza i rzekł do niego:
— No, teraz jedźmy po różę...
— Po którą? zapytał Kazimierz nieśmiało...
— Po którą tylko zechcesz, i która ci się zerwać pozwoli.

. . . . . . . . . . . . . . . . . .

We dworze tego wieczoru było bardzo gwarno. Przez okna dolatywał śmiech Zosi, późniéj piosnka, wesoła i szczęściem tchnąca... późniéj szept cichy, cichszy... i jeszcze cichszy...
A na świecie było biało...







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.