Na śmierć X. Stanisława Parczewskiego

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Antoni Edward Odyniec
Tytuł Na śmierć X. Stanisława Parczewskiego
Pochodzenie Poezye
Data wydania 1874
Druk Drukarnia Gazety Lekarskiej
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
NA ŚMIERĆ
X. STANISŁAWA PARCZEWSKIEGO,
ZMARŁEGO W RZYMIE, W MAJU 1830 ROKU.

I.

Dawnoż to było, o! mój przyjacielu!
Gdym twój rówiennik w młodości i zdrowiu,
Gdym twój towarzysz przechadzek bez celu,
Gdy ten sam jeszcze księżyc był na nowiu,
Błądziłem z tobą nad Tybru brzegami? —
Noc była jasna, cicha, i wesoła,
Niebo, jak zajrzeć, błyszczało gwiazdami,
Prócz kroków naszych — milczenie dokoła.

Pełni tajemnéj, uroczéj radości,
Przy Cestyusza staliśmy kolumnie.
Wspomnienia kraju i wspólnej przeszłości
Do ust i myśli cisnęły się tłumnie.
Wtenczas ty, pomnę, patrząc na mogiły,
Wkrąg przed oczyma leżące naszemi,

Które w swém łonie na wieki pokryły
Pielgrzymów obcéj, oddalonej ziemi:[1]
„O! biedni oni: — rzekłeś — każdy pewnie,
„Jak my, do kraju tęsknił lub się śpieszył:
„Każdy miał kogoś, co go kochał rzewnie,
„Nadzieją jego powrotu się cieszył! —
„Ciężko im, ciężko było przed skonaniem,
„Bez pożegnania, bez błogosławieństwa!
„Nikt słodkiém słowem, nikt czułém staraniem
„Nie ulżył bolów, nie pokrzepił męztwa,
„Nikt nie wyleje łzy nad ich mogiłą! —
„My obcy tylko — nie po nich się smucim.
„Kto wié, co komu Niebo przeznaczyło:
„Litwa daleko — kto zgadnie, czy wrócim? —
„Śnił mi się wczoraj przyjaciel umarły,
„Wiódł mię za sobą do ciemnego gmachu:
„Widziałem matkę we łzach i przestrachu,
„Chciała mię wstrzymać — wtém się drzwi zawarły.“ —

Śmiejąc się, pomnę, jam twój sen tłómaczył,
Bo ach! czyż mogłem przewidzieć w te chwilę,
By ten sam jeszcze księżyc mnie obaczył,
Mnie — klęczącego na twojéj mogile? —


II.

Boże! któż celów woli Twéj dociecze,
Kto pojmie drogi Twego przeznaczenia:

Gdy wielkie, piękne zamiary człowiecze,
Gdy gieniuszu wyższego natchnienia,
Jak kwiaty wyższych światów, na tym świecie
Tak często w płonnym opadają kwiecie? —

Ach! jam znał tajnie duszy jego! — cała
Była miłością Boga, kraju, cnoty:
Jam wiedział cele, do których myśl śmiała
Swe nieugięte kierowała loty.
Jam widział skarby jego wyobraźni,
I nauk, pracą zebranych wytrwałą: —
Niestety! czemuż głos tylko przyjaźni
Ma być ich całą rękojmią i chwałą? —

Kilka lat jeszcze — a jużby twe chęci,
Stawszy się czynem, służyły ojczyźnie;
Kilka lat jeszcze — a ziomków pamięci
Imieby twoje zostało w spuściznie! —

U stóp ołtarzy stałeś już gotowy,
W albie Pokory, w stule Poświęcenia,
By śladem Skargi, mówca złoto–słowy,
Lud swój z miłością wołać do zbawienia.
I wyobraźni pochodnię iskrzystą
Wstrząsłszy nad dziejów przeszłością ojczystą,
Jużeś był poczuł ową ducha dzielność,
Co przeszłość słowem wskrzesza w nieśmiertelność.

O! wieleś wróżył krajowi i sobie!
Ale inaczéj rozrządziły Nieba. —

I cóż nam dzisiaj zostało po tobie?
Ach! przykład chyba, jak umierać trzeba.


III.

Pomnę, gdy konał: — północ bliska była,
Wkoło nas ziomków bratnie grono stało.
Mdłe światło lampy, co się w izbie tliła,
Śród cieniów naszych na twarz mu padało.

Twarz miał spokojną: — wiedział, że umierał,
W piersiach już coraz brakło mu oddechu;
Przecież spokojnie na wszystkich spozierał,
I blade usta silił do uśmiechu.

Ujrzał łzy nasze — i wyciągnął rękę.
„Nie płaczcie! gorzko było mi na świecie.
„Proście, bym tylko rychléj skończył mękę! —
„Prędzéj czy późniéj — i wy tam przyjdziecie.

„Żal mi umierać — ale się nie boję.
„Marzyłem tyle o szczęściu, o sławie! —
„A dziś tak nędznie kończę tu dni moje,
„Śladu po sobie nawet nie zostawię!

„Lecz chęci moje widział Bóg na Niebie,
„Chciałem był służyć Jemu i krajowi. —
„Niech choć z was każdy, na moim pogrzebie,
„Po polsku za mnie jeden pacierz zmówi!“ —


Z gorzkiém wzruszeniem rzekł słowa ostatnie,
I oczy jego zalały się łzami.
Skinął nam ręką pożegnanie bratnie,
I nic już więcéj nie rozmawiał z nami.

Odwrócił głowę, i zamknął powieki —
Lecz widać było z ust lekkiego ruchu,
Że myśl, ostatnią, nim zgasła na wieki, —
Wzniósł ku wieczności, i modlił, się w duchu.

Z uszanowaniem poszliśmy na stronę —
Wtém zegar północ po mieście uderzył.
Słyszym westchnienie ciężkie, przytłumione —
Biegniem do łoża — nieszczęsny już nie żył!

Czy go modlitwa tak uspokoiła,
Czy śmierć tak lekko skończyła cierpienia,
Że twarz tak słodka, tak spokojna była,
Jak gdyby tylko spał snem ozdrowienia! —

Cześć nas obeszła: — jak staliśmy wkoło,
Z krzyżem na piersiach, skronieśmy schylili.
Potém zasłonę rzuciwszy na czoło,
Raz piérwszy jego samym zostawili. —



Ziomku! gdy będziesz śród Rzymian stolicy,
A wspomnisz sobie tę powieść żałoby:
Tam, w Stanisława Świętego kaplicy,
Gdzie gości polskich znajdują się groby,


Znajdziesz grób jego: — na bryle kamienia
Wyryte imię. — Pomyśl o nicości;
Nauki, chwały, zdrowia i młodości.
I zmów po polsku Troje Pozdrowienia.

1830, w Rzymie.



Przypisy

  1. Cmentarz Angielski.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Antoni Edward Odyniec.